Autobiografia Chestertona

        Z głębokiem wzruszeniem brałem do ręki "Autobiografię Chestertona" - ostatnie słowo ust, umilkłych na wieki. Usta te były nietylko wymowne, ale i czyste - płynęła z nich nieśmiertelna prawda, do której wielki pisarz doszedł w ciężkim trudzie walki wewnętrznej, nieledwie zresztą identycznej z walką zewnętrzną, prowadzoną przezeń z fałszywemi bożyszczami czasów. Pierwszą ukończył (i wygrał) wcześniej, w drugiej nie ustał do ostatnich chwil życia, które sobie niewątpliwie skrócił wytężającą pracą.

         Stanowiło ono wielką jedność. Czy Chesterton zwalczał imperialistyczny najazd na Transwaal i Oranje, czy rozprawiał się z tołstojowską zasadą niesprzeciwiania się złemu, czy w czasie "afery Marconiego" stawiał pod pręgierzem korupcję, wynikłą z symbiozy polityki i plutokracji, czy rozwijał sztandar narodowy w czasie wojny światowej, czy przechodził na łono Kościoła rzymskiego, czy uderzał w międzynarodowy kapitał i międzynarodowy socjalizm, czy ośmieszał prohibicję, czy bronił Polski przed propagandą Niemców i niemieckich najmitów publicystycznych, czy dawał wyraz sympatii do Irlandii - był to bez względu na pozorne sprzeczności jeden i ten sam człowiek, konsekwentny w działaniu, był to posąg z jednej bryły. Tylko z biegiem czasu to, co było nieświadome, podświadome czy półświadome stawało się coraz bardziej tryumfalnie świadomem.

         Wejście Chestertona w życie przypadło na koniec okresu wiktoriańskiego, na czasy sceptycyzmu, socjalizmu, imperializmu i ubóstwienia nauk ścisłych. Kierunek umysłowości Chestertona był zawsze humanistyczny, a imperializm zawsze przejmował go wstrętem. Natomiast złożył w młodości hołd sceptycyzmowi i socjalizmowi. Lecz nawet w tym czasie buntował się przeciw przekonaniom, mechanicznie nabytym od otoczenia. Jako sceptyk tak był głodny religii, że szukał jej namiastki w spirytyzmie. Spowiada się z tego jako z grzechu, co więcej uważa odpowiedzi ekierki za dzieło sił nieczystych i uzasadnia to dwoma przykładami. Dopiero po przeczytaniu tego ustępu rozumiemy genezę "Magii" i najefektowniejszej sceny tego utworu.

         Młodego literata ponosił nieraz temperament bojowy. W czasie wojny południowo-afrykańskiej poszli razem z przyjacielem na wiec imperialistycznie nastrojonego tłumu. Wpadli na bajeczny pomysł sprowadzenia wojowniczego nastroju do absurdu i zaczęli wznosić okrzyki na cześć pionierów zaborczej polityki. Tłum wtóruje. Niech żyje Chamberlain! Niech żyje Rhodes! - Lecz przyszła kolej na inne znakomitości, "których nazwiska były równie symboliczne, jak nosy" - wiadomo, czyje interesa popchnęły były Anglię do wojny. Niech żyje Beit! - Poszło. Przy Ecksteinie zaczęto się wahać, a gdy nastąpił Albu, poznano się na kawale i przyszło do bójki. Chesterton stanął do boksu z jakimś bankowcem. Jak wypadły zapasy, nie dowiadujemy się, ale pod jednym względem napewno tragicznie. Czupurnemu literatowi ktoś ukradł podczas nich zegarek. Ten imperializm był konsekwentny, wierzył w politykę aneksji - brzmi komentarz.

         Lecz rycerskość Chestertona objawiała się w czemś więcej, niż w gotowości do takiej walki, jakąby wybrał przeciwnik. Chesterton nienawidził pewnych idei, ale nigdy nie przenosił nienawiści na ich przedstawicieli. Bywał w polemice zawzięty, ale wyróżniał rzeczy od osób. Można powiedzieć nawet, że sympatyzował z oponentami. Klasycznym przykładem jest jego stosunek do Bernarda Shaw'a. Autobiografię zaś pisał u schyłku życia. Temperament złagodniał, a prawdziwie chrześcijański sposób myślenia czynił Chestertona niekiedy wprost zanadto wyrozumiałym i pobłażliwym dla ludzi, którzy na to nie zasługiwali.

         T. zw. afera Marconiego urosła z faktu, że jeden z dwuch braci Isaacsów, Godfrey, był dyrektorem angielskiego oddziału spółki telegrafii bez drutu, drugi, Rufus, ministrem. Brat Gilberta Keitha Chestertona, Cecil, sam Gilbert Keith i jego serdeczny przyjaciel Hilaire Belloc napiętnowali fakt nabycia przez Rufusa, Lloyda George'a i jeszcze jednego ministra znaczniejszej ilości akcyj spółki w czasie, gdy rozstrzygała się sprawa nadania jej koncesji na Anglię o charakterze monopolu. Co więcej kryło się poza tranzakcją, trudno powiedzieć, ale już ona sama wykraczała przeciw dobrym obyczajom. Ostatecznie winnych wyprała komisja parlamentarna, choć było jasne, że podczas dyskusji w Izbie Gmin wypaczali prawdę, a nawet poprostu kłamali. Cecil Chesterton został za inne zarzuty, dotyczące przeszłości Godfrey'a Isaacsa skazany na grzywnę, a i Gilbert Keith doznał pewnych przykrości. Rzecz znamienna, że usiłuje on dla braci Isaacsów znaleźć okoliczności łagodzące. Bez żadnej ironii podkreśla w ich postępowaniu "typowo-żydowską cnotę", solidarność rodzinną.

         Gdy Cecil poległ w wojnie światowej, Gilbert Keith ogłosił list otwarty do Rufusa Isaacsa (wówczas już lorda Reading). Mówi, że Rufus działał na szkodę narodu angielskiego, ale "na korzyść swej własnej krwi", a kłamstwa jego w Izbie Gmin wynikały ostatecznie z tych samych "głębokich uczuć lojalności rodzinnej", z jakich w danej chwili wynika boleść Chestertona. Lecz kończy słowami: "Pan jest znacznie nieszczęśliwszy, bo pański brat jeszcze żyje". Widoczna tu gorycz znikła z chwilą śmierci Godfrey'a, który na krótko przed nią przeszedł na katolicyzm. W "Autobiografii" Chesterton traktuje sprawę, która przecież polegała na zatruciu przekupstwem życia publicznego Anglii, zbyt łagodnie. Zapewnia również, że ani on, ani brat, ani Belloc nie powodowali się antysemityzmem i nie byli antysemitami. Powtarza jednak z naciskiem, że "Anglią nie może rządzić kapitalizm żydowski". Przebaczył po chrześcijańsku ludziom, co do przedmiotu sporu nie zna kompromisu.

         Jak wytłumaczyć, że Chesterton zwalczał wojnę południowo-afrykańską, a zajął stanowisko gorącego patrioty podczas wojny światowej? Mając w chwili jej wybuchu lat czterdzieści, byłby, jak młodszy brat, poszedł w pole, gdyby nie ciężka choroba. Ledwie trzymając się już na nogach, pojechał do Oxfordu, gdzie na zebraniu studentów uzasadniał wypowiedzenie wojny przez W. Brytanię. Po powrocie położył się do łóżka - i zaczął dyktować artykuł polemiczny przeciw Bernardowi Shaw, który wystąpił był z pacyfistyczną enuncjacją. Lecz musiał przestać. Nastąpiło kilka miesięcy cierpień i niebezpieczeństwa, w pewnym momencie sądzono nawet, że to koniec. Natychmiast jednak po jakiem takiem przyjściu do sił, wziął się Chesterton do pracy propagandowej. Jego broszura "Zbrodnie Berlina" zdziałała dużo w krajach neutralnych. Napisał też wówczas "Zbrodnie Anglii".

         Wymienia tu na pierwszem miejscu kwestię irlandzką, ale wszystkie zbrodnie wywodzi z germanizacji sposobu myślenia, jaką Anglikom przyniosła reformacja, a potem niemiecka dynastia - i broszura zamienia się w akt oskarżenia przeciw pruskiemu militaryzmowi. Spotykamy tu znamienne słowa: "Strawiłem większą część życia na krytykowaniu i potępianiu obecnych rządców i urządzeń ojczyzny. Sądzę, że jest to bezsprzecznie najbardziej patriotyczna rzecz, jaką ktoś może czynić".

         Chestertonowi burzyła się w żyłach krew na widok Anglii, pochłaniającej republiki burskie. Kochał ją tak, że nie chciał, aby gwałciła prawo do życia innych. Bo prawo to przyznawał każdemu, a szczególnie sympatyzował ze słabymi i ciemiężonymi. Stąd jego stosunek do Transwalu, do Irlandii - i do Polski. Ustęp poświęcony podróży do niej, pełen jest sentymentu, co więcej podyktowany jest chęcią wpłynięcia na naszą korzyść na opinię angielską, zawiera nawet rodzaj groźby.

         "Spotkałem wielkiego Piłsudskiego, a ten imponujący i dość ponury rycerz fortuny powiedział mi mniej więcej,że z dwojga" (podkreślenie Chestertona) "woli Niemcy od Rosji. Jest równie jasne, że jego współzawodnik Dmowski, który nas również gościł w swojem wiejskiem ustroniu, osądził, że z dwojga" (j. w.) "woli Rosję od Niemiec". A więc Polacy "mają zawsze wybór z pośród dwojga złego". Chesterton pisał zapewne przed paru laty, gdy w prasie angielskiej, czerpiącej przeważnie natchnienie od naszych wrogów, wypływały wciąż pomysły odebrania nam częściowo lub zupełnie Pomorza. Dawał więc do zrozumienia, że Polska ma możność zwrócić się przeciw państwom zachodnim razem z Rosją.

         Skoro już wspomniałem Dmowskiego, warto z "Autobiografii" przytoczyć epizod z dawniejszych czasów. Profesor edynburski Sarolea, będąc z Dmowskim u Chestertona dokuczał Polakowi, zwalczając jego antysemickie poglądy: "Ostatecznie pańska religia pochodzi od żydów". - "Moja religia pochodzi od Jezusa Chrystusa, którego żydzi zamordowali", brzmiała replika.

         Polacy przypominają Chestertonowi Anglików bardziej, niż którykolwiek inny naród. Obiecywał sobie przyjechać do nas ponownie na dłużej i jeszcze w "Autobiografii" zapowiadał osobną książkę o Polsce. Niestety jedno i drugie nie mogło się spełnić.

         O ile idzie o krótki pobyt Chestertona w roku 1927, to jako klasyczny świadek, który towarzyszył mu przez trzy dni, poświęcone Lwowowi, mogę stwierdzić jego żywą sympatię, nadzwyczajną bystrość w orientacji w obcem bądź co bądź środowisku, wreszcie wielki takt i zaufanie do gospodarzy i przewodników. Konsul angielski tłumaczył mu w rozmowie w cztery oczy, że powinien złożyć wizytę metropolicie Szeptyckiemu. Chesterton powiedział mi to i dodał: "ale ja zdaję się na pana i zrobię to, co mi pan doradzi". Ja zaś poradziłem posłać bilety wszystkim trzem arcybiskupom - i na tem stanęło. Zapewne również za ingerencją konsula poprosił mnie Chesterton o przyprowadzenie na rozmowę jakiegoś zwolennika rządu, gdyż chciał pomówić z nim o kwestii ruskiej.

         Przyprowadziłem mu późniejszego premiera, prof. Leona Kozłowskiego. Nawiasem mówiąc, posiadam cenną pamiątkę - autokarykaturę wielkiego pisarza, który niegdyś chodził był do Szkoły Sztuk Pięknych, narysowaną kilku pociągnięciami ołówka na białym spodzie pudełka po cukierkach. Przedstawia go ona stąpającego po skałach tatrzańskich (wrócił był z Zakopanego).

         Wróćmy jednak do "Autobiografii". Chesterton zadaje sobie pytanie, co go we wczesnej młodości popchnęło do socjalizmu. Takie już były czasy, narzucały wybór między imperializmem a socjalizmem. Lecz on czuł się zawsze "niechętnym socjalistą". Nie mógł wyzbyć się uczuć patriotycznych, a nawet gdy zwalczał wojnę południowo-afrykańską, nie czynił tego jako pacyfista. Uważał, iż Anglia nie ma prawa najeżdżać kraju Burów, lecz oni mają wszelkie prawo go bronić. Zaczęła go też u socjalistów razić niekonsekwencja, którą ujmuje w słowach: Jak można twierdzić, że "wieśniak nie ma prawa do własnego pola, a ogół wieśniaków ma prawo do pól naftowych?" Wszechwładza państwa kłóciła się z jego umiłowaniem wolności. Zanadto kochał upośledzonych, aby mógł zgodzić się na ich wydanie na jej pastwę. Zorientował się, że pod tym względem socjalizm i kapitalizm w praktyce mają jednakowe konsekwencje, i stał się fanatykiem własności prywatnej.

         Swej ewolucji religijnej nie poświęca on osobnego rozdziału, ale łatwo ją zrekonstruować ze wzmianek, rozrzuconych po całej książce. Nastręcza się ciekawe spostrzeżenie: Już na podstawie takich pism, jak "Heretycy" (1905), lub wkrótce po nich wydana "Prawowierność" (chodzi o "Ortodoksję, wydaną w 1908 - przyp. B.Z.) można było Chestertona wziąć za katolika. Był też nim niewątpliwie z przekonań, lecz daleko było do samowiedzy i do formalnego nawrócenia się. Te rzeczy przyszły znacznie później. Rozstrzygający moment stanowił sakrament pokuty. Z nieprzepartą siłą pociągała wielkiego pisarza myśl o odrodzeniu duchowem, jakie przynosi rozgrzeszenie. "Sakrament pokuty daje nowe życie i godzi człowieka z życiem... Za ten dar trzeba zapłacić pewną cenę i warunkiem jest spowiedź. Innemi słowy cenę stanowi prawda, którą można również nazywać rzeczywtstością, ale tu idzie o spojrzenie w twarz rzeczywistości co do siebie samego".

         Jedną z cech Chestertona jest, że nie uznaje on rzeczy godnych lekceważenia. Silne poczucie jedności wszelkich zjawisk, płynącej z działania Opatrzności, każe mu zwracać uwagę na drobnostki, a nawet wnioskować z nich o najgłębszych zagadnieniach bytu. Ostatni rozdział "Autobiografii" poświęcony jest stosunkowi do Boga. Chesterton udowadnia Jego istnienie mniej więcej tak, jak czynił to sławny angielski apologeta XVIII wieku, który mówił: "Jeżeli jest zegarek, musi być i zegarmistrz". Lecz Chesterton nie weźmie za przykład rzeczy tak skomplikowanej, jak zegarek, lub tak imponującej ogromem, jak np. ocean lub niebotyczne góry. Wybierze za punkt wyjścia niewinną rozkosz, jaką sprawia człowiekowi gałązka rozkwitłych lwich pyszczków.

         Poza zanotowanemi tu tematami przynosi "Autobiografia" wielkie bogactwo treści, na którego wyczerpanie brak mi miejsca. Roztacza ona barwny obraz życia literacko - dziennikarskiego Anglii przedwojennej, zawiera wyborne sylwetki z tego świata i z poza niego (np. z pośród polityków), wreszcie na każdej stronie prawie napotykamy uwagi o kwestiach społecznych, politycznych, literackich i artystycznych, zazwyczaj ujęte w formę paradoksów, a przecie głęboko prawdziwe.

Władysław Tarnawski, "Myśl narodowa", nr 17, 1937r. (z zasobów Wielkopolskiej biblioteki cyfrowej)

Powrót