Z okazji przyjazdu do Polski katolickiego pisarza Chestertona. Kilka uwag o jego religijnych poglądach

        Jedną z najpiękniejszych kart nowożytnych dziejów Kościoła jest odrodzenie i szybki rozrost katolicyzmu w Anglii. Jak wiadomo, ten rozwój myśli katolickiej nad Tamizą został zapoczątkowany około 1835 r. w starożytnem, pełnem średniowiecznych pamiątek katolickich, uniwersyteckiem mieście Oxfordzie, przez ludzi tej miary, co dr. Keble, Pusey, Ernest Naville. Niestety, ani jeden z tej trójki nie miał odwagi przekroczyć progów kościoła katolickiego. O nich wszystkich można powtórzyć to, co Pius IX powiedział o Pusey'u: „podobny jest do dzwonu, który innych wzywa do wnętrza kościoła, sam zaś zostaje zawsze zewnątrz świątyni".

         Atoli praktyczny zmysł, cechujący Anglików, nie chciał poprzestać jedynie na teoretycznej sympatji, nie mógł ograniczyć się tylko do idealnej łączności z Rzymem. Rozpoczął się okres masowych nawróceń na katolicyzm. Z pośród najznakomitszych konwertytów wystarczy wyliczyć takie nazwiska, jak Dalgairns, późniejszy cysters, Faber — oratorjanin, asceta i mistyk, kardynałowie Manning i Newman. Najwięcej rozgłosu narobiło nawrócenie Newmana; według Gladstona „było to najwspanialsze zwycięstwo, jakie Kościół rzymski odniósł od czasów Reformacji".

         Za Newmanem poszedł Vaughan, a z pośród arystokracji rodowej - lord Ripon nawrócony w 1874 r.

         Dwa objawy najbardziej uderzają i cieszą w tem przebudzeniu się ducha katolickiego w Anglji: 1 że odrodzenie to objęło przedewszystkiem sfery naukowe, inteligentne, które wytwarzają opinję wśród mas, i 2 że zapał do katolicyzmu nietylko że nie stygnie z biegiem czasu, ale przeciwnie - wzmaga się, rośnie z roku na rok. Wystarczy wspomnieć lorda Halifaxa i t. zw. „rozmowy mechlińskie", prowadzone przez nieodżałowanego kardynała Merciera z „filarami" kościoła angiikaiiskiego na temat unji z Rzymem (1923 r.).

         Temu prądowi religijnemu, jaki ogarnął elitę umysłową Angji, w dużej mierze zawdzięczamy nawrócenie na katolicyzm znakomitego pisarza angielskiego G. K. Chestertona.

         Zaproszony przez Polski Klub Literacki, przybył Chesterton w końcu kwietnia do Warszawy i zamierza pozostać w Polsce przez pięć tygodni. We wszystkich większych miastach polskich potworzyły się specjalne komitety do przyjęcia wybitnego gościa. Nie od rzeczy więc będzie powiedzieć słów kilka o religijnych poglądach i o tych przeżyciach wewnętrznych Chestertona, które w rezultacie doprowadziły go do tego, że w 1922 r. porzucił anglikanizm i przeszedł na łono Kościoła katolickiego.

         Gibert Keith Chesterton, utalentowany dziennikarz i poeta, płodny pisarz (autor 50 tomów książek), głęboki filozof i socjolog, zapalony apologeta, liczy dziś 53 lata i jest w pełni rozwoju swego talentu literackiego.

         Rozwój jego poglądów religijnych możemy dokładnie obserwować w jego dziełach: Ortodoksja (1908 r.) i Wieczysty Człowiek (1925 r.). Z tych książek dowiadujemy się, że Chesterton w 12 roku życia był poganinem, w 16 roku - agnostykiem i wrogiem Kościoła katolickiego, aż wreszcie zapragnął uformować sobie pewien określony światopogląd, stworzyć pewien system filozoficzno - religijny, swoją „herezję", jak on sam się wyraża.

         Namiętnie badał świat, studjował jego stosunek do nadprzyrodzoności, do Boga, do religji, do chrześcijaństwa. Zdawało mu się, że jest wzięty w tryby dwóch olbrzymich maszyn, które pozornie nie mają z sobą żadnej łączności: świata i chrystjanizmu. I oto nagle zauważył w świecie pustkę, w tej olbrzymiej maszynie znalazł otwór, którego nic nie było w stanie zapełnić, z wyjątkiem nauki Chrystusowej, dogmatów wiary katolickiej. To był pierwszy krok Chestertona do chrystjanizmu. W ślad za tem pierwszem doświadczeniem religijaem przyszły następne spostrzeżenia; po usnutej przez siebie nici myślowej doszedł on do wnętrza Kościoła rzymskiego i jego nauki. Ku niemałemu zdziwieniu swemu stwierdził, że dogmaty i tajemnice wiary jedne tylko dają nam ścisłą i jasną odpowiedź na wszystkie zagadki, stawiane nam przez przyrodę. Objawienie nadprzyrodzone, to odpowiedź Ojca naszego, który jest w niebie, na wszystkie potrzeby i pytania ludzkie. Stąd też tylko głęboka wiara religijna zaspokoi umyśli ludzki i da człowiekowi prawdziwy pogląd na rzeczy.

„Tylko wierzący ludzie mają rację", oto słowa Chestertona.

         Rzekome paradoksy katolickiej nauki, jak np. umartwienie zmysłowe i liturgia działająca na zmysły, pokora i duch wojujący, cnota czystości i sakrament małżeństwa, tłumaczy Chesterton tem, że chrystjanizm, obejmując całą istotę człowieka, zaspakaja w nim najsprzeczniejsze aspiracje i zupełnie sobie przeciwne pragnienia.

         Zbyt oryginalnie mówi Chesterton o Chrystusie Panu, o grzechu pierworodnym i o miłosierdziu chrześcijańskiem. Wierzy on w Bóstwo Jezusowe, opierając się na cudach Chrystusa. Z przesadą sobie właściwą twierdzi, że tak samo winniśmy wierzyć Apostołom, świadkom życia i cudów Chrystusa Pana, jak wierzymy człowiekowi, nawet prostakowi, który w sądzie świadczy np. w sprawie o zgbójstwo. Według Chestertona Chrystus Pan nietylko był Bogiem i Królem, ale był też i "buntownikiem", powstańcem, przez którego mękę, śmierć i zmartwychwstanie my wszyscy „powstajemy", podnosimy się moralnie i idziemy w dziejach ku postępowi i reformom. Motorem wysiłków ludzkich ku tej "wiecznej rewolucji" jest poczucie własnej słabości, wypływające z grzechu pierworodnego. Zgoła niesłuszne i błędne są poglądy Chestertona na miłosierdzie chrześcijańskie i na demokratyczność Kościoła. Wedle niego na tem polega demokratyczność chrystjanizmu, że nam wszystkim stale przypomina nasze ułomności i naszą słabość woli. Specjalnie skłonne do nadużyć wszelkiego rodzaju są klasy posiadające; nie kto inny, tylko arystokraci wespół z władzą rządową skazali na śmierć Chrystusa, który pozostanie na zawsze patronem wszystkich powstańców i „buntowników". Stąd też Kościół, pomny na wskazania Chrystusa "rewolucjonisty", kiedy ociera łzy nieszczęśliwym, kiedy podaje miłosierną rękę głodnym, czyni to w tym celu, by stale podniecać wśród pokornych i ubogich nieufność do bogaczy i kapitalistów.

         Z powyżej powiedzianego nie wynika, że Chesterton jest w swoich poglądach społecznych socjalistą. Broń Boże! Co najwyżej Chesterton źle zrozumiał lub zbyt poetycznie tłumaczy błogosławieństwo Chrystusa. „Błogosławieni ubodzy duchem". Według nauki katolickiej Chrystus Pan nie błogosławił, jako pierwszy buntownik, pewnej klasie ludzi, ale, jako pierwszy męczennik, błogosławił tym, którzy nie przywiązują się zbytnio do dóbr doczesnych. A jeśli Kościół w dziejach swoich litował się nad nędzą ludzką, to czynił to nie dlatego, że gardzi wielkimi tego świata, ale dlatego, że ubodzy więcej mają tytułów do miłosierdzia chrześcijańskiego. Dla Kościoła katolickiego miłosierdzie nie może być gestem demagogicznym, podsycającym "wieczną rewolucję". Nauka św. Pawła o posłuszeństwie niewolników wobec swoich panów dobitnie nam wskazuje, że nie woino zasad Chrystusowych oddawać w monopol pewnej klasie ludzi, choćby to byli nędzarze; ani pewnej partji, choćby nosiła nazwy ultra chrześcijańskie.

         Jeśli te wszystkie "niezupełności religijne" Chestertona włożymy na karb jego skłonności do paradoksów, do poetyzowania i romantyzowania teologji, to wtedy zauważymy, jak z pod tej chropowatości zewnętrznej pisarza, - jak z twardej skorupy orzecha smaczne jądro, - przebija wielki entuzjazm i zapał wewnętrzny do wszystkiego co szlachetne, co chrześcijańskie, co boże.

         Jak cudownie pięknie i prosto mówi on pod koniec swego dzieła Ortodksja o Kościele katolickim. Porównuje on stosunek wiernych do Kościoła, do stosunku syna do ojca, który prowadzi swe dzieci przez ogród, pouczając je, że pszczoły kłują a róże pachną. Jak dziecko nie tworzy sobie w takiej chwili filozoficznego poglądu na nauki ojca, ale wierzy szczerze jego radom, przekonane z doświadczenia, że ojciec jest dla niego źródłem wiedzy i prawdy, tak i wierni winni wierzyć Kościołowi bez zastrzeteń. „Wierzę Kościołowi, bo jest moim żyjącym nauczycielem. Nietylko wierzę w to, czego mnie uczył wczoraj, ale jestem przekonany, że i jutro czegoś się nauczę od niego". Tak myślącego człowieka trudno posądzić o nieprawomyślność.

         Chesterton, posuwając się w swoich dociekaniach religijnych, odnalazł w katolicyzmie nietylko swoją "herezję" religijną, ale znalazł tam swój pogląd na sztukę i na życie. Przeszedł na katolicyzm po mozolnych i głębokich studjach apologetycznych, a przestąpiwszy raz progi Kościoła katolickiego, oddał swój talent i swoje siły na usługi prawdzie Chrystusowej. Chesterton kroczy odważnie śladami Manninga i Newmana.

Ks. dr. J. Sznuro, "Ateneum Kapłańskie", 1927 R.13 T.19 Maj z.5, 125, s. 491-494 (z zasobów Wielkopolskiej biblioteki cyfrowej)

Powrót