O zadaniach propagandy polskiej w Anglji
Odczyt G. K. CHESTERTONA, wygłoszony w Kole Polsko-Angielskiem w Londynie, dnia 26 maja 1930 r.

        Właśnie dowiedziałem się z obwieszczenia przewodniczącego, na jaki temat mam mówić(1). Przypuszczam, że gdzieś - kiedyś zgodziłem się go poruszyć, ale tak niezmiernego problemu nie chcę teraz oświetlać, jeno zagadnienie węższe: jaka powinna być propaganda polska w Anglji, żeby najlepiej spełniła swoje zadanie? Odkąd zacząłem interesować się Polską, przez ręce moje przesunęło się mnóstwo broszur propagandowych, które czytałem uważnie i z zaciekawieniem: ale wszystkie grzeszyły, sądzę, jedną wadą kardynalną: były pisane w przypuszczeniu, że jesteśmy (Anglicy) narodem par excellence praktycznym i prozaicznym. Operowały wyłącznie materjałem rzeczowym, statystykami etc. Autorzy tak przemawiali do Anglików, jakby ci znali Polskę równie dobrze, jak jej sąsiedzi. Tymczasem dwa podstawowe tutaj fakty w psychologji Anglika są: ignorancja i imaginacyjność. Anglicy w ogromnej większości tyle że słyszeli o Polsce, ale nic więcej. Dane statystyczne są dobrą i logiczną informacją, ale dla tych, co już coś wiedzą o przedmiocie. Dla Anglika w tym wypadku są to pouczenia statystyczne o kraju baśni. Błędem jest sądzić, że Anglicy są w istocie tak praktyczni i prozaiczni. Z pewnością opinja ta pochlebia im, lubią to od czasu do czasu słyszeć, że są narodem ludzi twardych i praktycznych. Ale w gruncie rzeczy i w tem, jak w innych rzeczach, żyją wyobraźnią. Jest cały szereg takich fikcyj o narodzie angielskim, utrwalonych w popularnem mniemaniu: konstytucja, początek nowoczesnej historji Anglji w XVI i XVII w., wolność prasy — fikcyj, które ogół przyjmuje za prawdę, a które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego. Co do wolności prasy, to o tem, że jej niema, wiem najlepiej z własnego doświadczenia, jako dziennikarz. Otóż trzeba odwołać się do wyobraźni Anglika, która poniekąd przypomina wyobraźnię dziecka, np. lubi obrazki. Prawie całej historji Anglji uczymy się z obrazków, które znowuż przeważnie przedstawiają fikcje. Trzeba uprawiać propagandę bardzo elementarną: pouczać, a zarazem dać pokarm wyobraźni. Zadanie trudne, zwłaszcza w dzisiejszych warunkach, kiedy nastąpiła przemiana społeczeństw arystokratycznych na plutokratyczne. Plutokracja ma zwyczaje kraba - pustelnika, który włazi do cudzej muszli i w niej mieszka — tak plutokracja przejęła mechanizm państwowy po arystokracji. Ongiś ster nawy państwowej dzierżyła w Anglji, a jeszcze przedtem w Polsce, arystokracja. Rządy jej nad zbiorowością polegały na tem w Anglji, że ta patrjotyczna, a cyniczna arystokracja umiała odpowiednio do swych celów zapalać wyobraźnię mas. Wedle swego uznania rozżagwiała wyobraźnię pokoju lub wojny. „Spojrzyjcie na to, co się dzieje u Kamczadalów" - padało hasło, i naród wybuchał oburzeniem na Kamczadalów. „Co też wyprawia ta Nicaragua"! - i rzeczywiście, przy bliższem wejrzeniu, okazywało się, jak wszędzie w podobnych okolicznościach, że Nicaragua niejedno ma nie w porządku. Intencje arystokracji były patrjotyczne, a przedewszystkiem cechowała ją znajomość rzeczy. Taki Lord Balfour znał dobrze sprawę polską i irlandzką; dla patrjotycznych w swojem rozumieniu pobudek Irlandję na całym froncie zwalczał, Polskę niemal na całym froncie popierał. A weźmy takiego przedstawiciela dzisiejszej plutokracji, jak Lord Beaverbrook... Ten napewno nic nie wie o Polsce, a doradców ma tego rodzaju, że też wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nic mu o tem nie powiedzą. Otóż, odwołując się do wyobraźni Anglików, trzeba pokazać historię Polski, jako monumentalną, wielką, heroiczną. Że jeden tylko przytoczę przykład, nie wiedzą dziś ludzie o tym wielkim bohaterze, którego nazwisko raz dobrze wymówiłem w Polsce, ale nie potrafiłbym powtórzyć tutaj, — nazwisko, które poeta angielski, ze względu na rym i rytm, zdeformował na „Kosciusko". Otóż trzeba Anglikom ukazać pierwiastki romantyczne i heroiczne w historji Polski. Bezprzykładny w dziejach był upadek Polski, bezprzykładne zmartwychwstanie. Znają wszyscy anegdotę o słoniu i sprawie polskiej. W tej chwili tem łacniej przychodzi na myśl, że uprzytomnia ją niniejsze zebranie: ja jestem słoń, a wy — to sprawa polska(2). Otóż nie znam piękniejszego epizodu heroicznego, jak ten biblijny o czynie Machabeusza, zapomniany prawie od czasów średniowiecznych. Dziwna rzecz, że zdarzył się w historji Żydów, którzy stali się narodem szwindlarzy (swindlers). W jakiejś bitwie Machabeusz, zbrojny tylko w nóż, stanął do walki ze słoniem, i dźgnął kolosa, że ów padł. Polskę przywaliły trzy wielkie słonie, trzy olbrzymie cesarstwa, a ona dźgała i dźgała, aż wszystkie trzy padły trupem, a ona powstała. Nie znam nic podobnego w historji. Zarys słonia, aczkolwiek potworny, ma to do siebie, że można go jedną linją wyprowadzić; podobnież chodzi o przedstawienie „zarysowe", suggestywne historji Polski, historji wielkiego cudu, który zdarzył się za naszych czasów w środku Europy.



(1) Streszczenie powyższe niżej podpisany zrobił z pamięci zaraz po odczycie. Skrót, mam wrażenie, nigdzie nie zniekształca myśli prelegenta, a miejscami podaje ją dosłownie. Znakomity pisarz wziął pierwotnie za temat przemówienia zagadnienia rozleglejsze: „Anglja, Polska, a kryzys europejski" — ostatecznie uznał za pożyteczniejsze oświetlić inną, bardziej specjalną, kwestję.

(2) Robiąc powyższą aluzję, prelegent przypuszczał mylnie, że audytorjum składa się przeważnie z Polaków. W rzeczywistości przeważali bardzo Anglicy.

Witold Chwalewik, "Myśl narodowa", nr 1, 1932r. (z zasobów Wielkopolskiej biblioteki cyfrowej)

Powrót