Apostoł nierozsądku

§ 3. Prawdziwy dziennikarz


        Kronikarz "Ilustrowanych Nowości Londyńskich" częstuje kijem każdego, kto patrzy na świat przez okno, próbując go w ten sposób zrozumieć ("Manalive". Nelson. 1912). Chętniej dzisiaj bowiem mówi się o świecie, niż o człowieku. Mocniej porywają dzisiaj każdego wielkie hasła, niż rzeczy małe, codzienne i proste; a tylko przez nie wiedzie droga do człowieka. Za wszelką cenę podejmowana walka o bezosobistość dociekań doznała w ostatnich czasach znacznych porażek. Z dwóch stron bowiem oglądamy codziennie życie, zapatrzeni w równe, systematyczne szpalty dziennikarskie: "z zewnątrz to wszystko, zda się, wkoło na tym świecie kręci się automatycznie, jak zegar i cicho, jak budzący się świt";(1) w istocie zaś wszystkie telefony i kartki dziennikarskie zawierają całe burze stale niespokojnej rzeczywistości. Tylko to przelotne spojrzenie przeciętnego człowieka nie dojrzy nic nadzwyczajnego w skrzynce pocztowej, a to przecie sanctuarium nieomal całych epopei... (Heretics III. Ch.). Modlący się do skrzynki pocztowej czerwonoskóry ma widzenie świata bardziej przenikliwe, niżeli przeciętny dzisiejszy inteligent. Gdy człowiek stwarza sobie równowagę na zewnątrz, wartki potok życia zniweczy jego konstrukcye. Innym dlań wtedy punktem wyjścia staje się chęć wytworzenia drogą destrukcyi innego porządku, który kształtuje się jako nowy schemat i nic w sobie realnego nie zawiera, mimo realistycznego zabarwienia. W istocie zaś jedynie silne i zdrowe ideały powstają już w toku, w przepływie fal, w romansie życia z "ciągiem dalszym", który ma nastąpić; po za nawias dostaje się wszystko rozumne, harmonijne i nie-religijne. Idealizm przyznaje supremacyę życia mechanistycznym skłonnościom rozumu ludzkiego; w burzliwym i awanturniczym otoczeniu, w pełnej przygód atmosferze, natura ludzka nie rezygnuje, lecz wstępuje raczej, idąc za swym powołaniem, w szranki bojowe każdego dnia z jego rewolucyjnym meteorologicznym nastrojem. Modlitwą dzienną stają się słowa księgi Hioba: "bojowanie jest żywot człowieczy na ziemi: a jako dni najemcze dni jego" (VII. 1).

         Obcy jest zgoła klasztornej atmosferze pogańskich myślicieli doby dzisiejszej światopogląd Chestertona, ten najistotniejszy element w człowieku, ważny i dla gospodyni w stosunku do lokatora i dla jenerała ze względu na wroga;(2) ten katolicki pogląd na świat nie zasklepia się w teologii; wylatuje na ulicę, w tłumie się miesza i czuje żywiołową, brutalną swą moc, realną siłę uczucia religijnego.

         Nic zamkniętego w sobie, cała różnorodność wypadków na niebie i na ulicy londyńskiej w ciągu dnia wciela się i w żyłach pulsuje krwią ograniczonego "światka" G. K. Ch’na. Na swoim monoplanie lekko fruwa Imć Pan Jowialski, "ten reakcyjny Torquemada, którego posępna uciecha polega na obronie ortodoksyi i prześladowaniu heretyków...,(3) jak sam o sobie mówi, naśladując powagę recenzentów, która ich czyni tak podobnymi do trenerów i groomów; taki napisze nader chętnie ciężki artykuł i łatwy przez to do Times’a, lub Kölnische Zeitung, ale żaden z nich nie zdobyłby się na lekki, więc trudny żart do Simplicissimusa, lub Punch’a.(4)

         Ten tłum, który goni policyjnych anarchistów w komentarzu poetyckim "Ortodoksyi", w "Człowieku, który był Czwartkiem" (The Man, who was Thursday)(5) doskonale rozumie irracyonalizm. Dlań właśnie religia tak wcześnie powstała i tak się rozpowszechniła, a nauka tak późno i wcale nie stała się własnością ogółu (Heretics VI). Ten świat ulicznych wagabundów i gamain’ów od Franciszka Villona aż po Gavroche’a Victora Hugo nigdy nie uzna picia wina za środek kuracyjny, jak byle racyonalista; niema on wcale przesądów, by szukać w winie ukojenia, lub prozaicznego zabicia smutku. Ci wszyscy nie gonią za wyzyskaniem chwili, przesłoniętej powiewem końca rzeczywistości; religia Horacyańska "carpe diem", tyle droga sceptycznym uśmiechom czasów od W. Patera, O. Wilde’a, aż po An. France’a ich ulicznego śmiechu nie zakłóci; róża gdzieś na drodze zerwana nie jest dla nich ostatnia; wskaże im ona raczej na "nowe życie", kwiecie różane nieśmiertelności, które Dante oglądał. Alkaiosowe "in vino veritas" nie świadczy nigdy o medycznych intencyach chrześcijanina; on wie, że ma z Sakramentalnym trunkiem do czynienia.(6)

         Wszelkie manie dzisiejszego symbolizmu nie zdolne są rozwiązać chodaka tym życiowym pierwiastkom realizmu, w którym przeglądają się niebiosa. Maniactwo myślowe uzależnia się od skutków; tchórzostwem się staje budowanie na skutkach nadziei. Gdy wszystko zginęło, wtedy dopiero nadzieja nabiera istotnej swej siły. Iść za nierozsądnym marzeniem, jakąś zachcianką, wdzierać się na szczyty górskie i ciosać w skałach drogę wzwyż, znaczy dopracować się do największego szczęścia, że będą kiedyś po nich zstępowały anioły. Ale w tem niema nic z bezbarwnej tęsknoty za "status quo", kończącym się podziwem (Heretics VIII). Ludzie i wszyscy badacze L’avenir de la science, zajęci "naturą", nie znają się na naturze ludzkiej zgoła; sztukę antropologii i zamknięte w niej cuda, — nie z książek poznajemy, lecz ze zwykłych stosunków ludzi z ludźmi. (Heretics XI). Gdy natura zaczyna przybierać ludzkie kształty, wtedy przepełnia się duchem; upadamy przed nią na kolana.

         Na ulicy tłum, gdy buntownicza na chwilę zalegnie cisza, za moment już grozi wylaniem całej kaskady ekstrawagancji we wszystkie zakątki i zaułki, to znowu całą falą dostaje się do kościoła, gdzie wspólnym duchem owiany chyli się wobec Tajemnicy; na chórze wtedy, na ławie organisty siada sobie nasz Pantagruel i akompaniuje objawom zbiorowego instynktu i entuzyazmu. W tym tłumie każdy świadomie, lub nie, podlega niepohamowanym skłonnościom natury ludzkiej ku rytuałowi. Poprzez tłum wspólne przebiega uczucie, jeden poryw, który wbrew wszystkim systemom i filozofiom stanowi istotę i przyszłość demokracyi.

         To już jest tak blizkie życia, że przez swój realizm dochodzi nie do obserwacyi faktów, ale do przeżyć i nabiera wszystkich odcieni melodramatyzmu prawdy. Ona też wtedy obchodzi się bez komentarza i nie mówi, co więcej jest warte: myszy, czy koty, arystokracya, czy demokracya.

         Wszyscy wczorajsi i dzisiejsi bezdogmatowi idealiści są ludźmi, którzy, jak Piotr Schlemihl, zgubili własny cień; ci ludzie głoszą wodniste ideały postępu i smutnej bezcelowości arystokracyi, przeciwstawiając im swą mieszczańską pogardę dla tradycyi, tej dziedziczki naszych grzechów, bez których trwalibyśmy dotąd w pierwotnym stanie doskonałości.

         Ponieważ teraz mało kto dba o swój nos, dlatego tyle stwarza się idei, a tak mało jest dogmatyków.

         "Człowiek, który patrzy wstecz", jeśli nie zdobywa wszechmocy, to ma za sobą wszechobecność. Błędne widzenie postępu polega na tym, że nie uwzględnia się kolei, porządku rzeczy, celu i konieczności. Istotnie postępowe myślenie wie, że pogrzebacz stworzony jest dla ognia, ogień dla człowieka, człowiek na chwałę Boga.(7)

         Dzisiejszy intelektualista na widok pogrzebacza zwróci uwagę, jakby to uczynił typowy pozytywista, że ten jest krzywy; nigdy przez myśl mu nie przejdzie ten, lub ów dogmat dotyczący natury ludzkiej, lub jakoweś jasnowidzenie misteryum ognia (1. c. 18 s.). Dzisiejszy "postępowiec" ma tyle przesądów i obaw, jakich w setnej części nie doświadcza wstecznik. Umieć, i to z odwagą, patrzeć wstecz i myśleć o tym, co pozostało poza nami jest jednym z czynów bohaterskich; dzisiaj jednak patrzy się tylko przed siebie i nie dostrzega się nawet gruntu, po którym stąpamy, nazywa się to trzymaniem wysoko sztandaru, polotem i t. d. W gruncie rzeczy istota wszelkiego porywu i czynu nosi wszystkie cechy światopoglądu dzikich; samo słowo "wstecz" działa, jak tabu na dzisiejszych bezdogmatyków.

         P. Helena Lantos powiada o Chestertonie: "er hat die Tollkühnheit nach rückwärts zu blicken, wo jeder vorwärts hastet, zum Vergangenheit zu retieren, wo alles in die Zukunft stürmt. Er ist ein wahrer Neuer, eben weil er nichts Neues bringt, ein durchaus normaler Denker in einer Zeit, in der das Normale schon fast zur Anomalie wurde. Er hat die Energie, gegen die zähesten Gegner, ais da sind Vorurteile, halbes Wissen und Ge-nialitätsdünkel, anzukämpfen".(8)

         Można, często trzeba, szanować cudze przekonania i obcą wiarę, ale nigdy zgodzić się nie można z cudzemi złudzeniami i chwiejnością.

         Dzisiejsi hipokryci, okazy tego, co jest złe na tym świecie,(9) uważają swe zamiary i cele religijne za praktyczne i świeckie, o tyle niżej stojąc od dawnego Tartuffe’a i Peckniff’a, że ci wprost odwrotnie: własną praktyczność mieli istotnie za religijną. Hipokryci nie lubią dogmatów. Żyjemy wogóle w epoce przesądów i to właśnie jest naszą poezyą, a zarazem tylko pewnym kierunkiem. Średniowiecze było epoką określoną, zdecydowanie racyonalistyczną i doktrynerską. Doktryna i przesąd, to dwa kontrasty dzisiejszej i tamtej epoki. "Wołu jeść można, a człowieka nie wypada: to jest doktryna; żeby zaś czegoś można było zjeść tylko tyle, ile potrzeba, to jest przesąd; zwano go niegdyś ideałem". (O. c.: "The new hypocrite" ch. 23).

         Dzisiejsze apostolstwo "ideowości" chce podbić świat, gromadząc legiony pod jeden i ten sam sztandar. Ale wątpliwe jest zwycięstwo pod ryczałtowym signum. Bohater Szczędzina-Sałtykowa, Burbum-Burczejew(10) przejęty był również myślą ubrania całej Europy w jeden i ten sam mundur. Krańcowości łączą się wzajem, różnice wiary, póki są wyraźne i jasne, jednoczą ludzi. W naszych przesądnych czasach zastępujemy wiarę, przekonania, tendencyjnością. Miast cennych, barokowych kolizyi, mamy bezkierunkowość, ogólną rozbieżność. Uniesiona na fantastycznym monoplanie, idea zgubiła po drodze pasażera; wszelkie zaś fluktuacye porywów i uniesień w jego skupiły się duszy. Protagorasowska miara wszechrzeczy i dzisiejszy apel humanistów, z F. C. S. Schillerem na czele do człowieka nakazuje nam wraz z Chestertonem szukać prawdy ludzkiej we "wcielonem Słowie". Doktryna: "Syn człowieczy, mający sądzić żywych i umarłych", wyleczyć jest w stanie z rozbieżności wszystkich "bezdomnych".

         W pogoni za coraz nowymi ideami ginie ten rewolucyjny tupet przeszłości, skupiony w Jedności. Dzisiaj nowość, przyszłość obraca się w bezkrwistym pożądaniu wielości. Zwyciężające ubóstwo zawsze zachwycało tłumy, czy w "Marsyliance", czy w "Magnificat". "Boska radość objawia się w bezgranicznym stworzeniu, gdy zaś człowieka radością jest tworzenie ograniczone"... (o. c.: "The enemies of property" ch. 50). Dookoła człowieka i życia obracają się największe tajemnice, w nich zawarła się istota wszystkich wysiłków myśli, pulsujących krwią tradycyi i przeszłości; dla Chestertona życie ziemskie jest dramatem: łącznie ze wszystkim, co ten termin oznacza t. j. z bogactwem kolizyi i czynu. Dla Fabiańczyka kalwinisty, purytanina dramatyczność życia jest epilogiem. Shaw myśli o embryonie, gdy spirytualista o duchach, a chrześcijanin o człowieku, stojącym wobec istoty życia. Shaw i jego przyjaciele uważają za przesąd pośmiertne wyroki nad duszą ludzką, osądzają więc ją już przed urodzeniem (op. c. "The Calvinism of to-day").

         Życie też nie znosi tego bezbarwnego polotu abstrakcyi: ono domaga się od człowieka dogmatu; on też jest podstawą wychowania przyszłości. Droga ustawicznego powrotu rzeczy skłania nas ciągle do poczynania na nowo. Przed nami złotowłosa panienka w witrażowym blasku; wszystkie korony i królestwa rozpadną się i pójdą za nią, a "wiatry świata uśmierzy to niestrzyżone jagnię" (o. c. conclusion 273).

         Ani zagadnienia śmierci, ani pierwszej miłości nie rozwiąże byle materyalista prawami pociągu płciowego i instynktu samozachowawczego; on część łatwiejszą zanalizuje, z trudniejszą zaś pójdzie do domu na herbatę. (O. c. Wisdom & the weather, ch. 88). Materyalista, opanowany przez racyonalizm staje się bigotem. Tylko zapatrzonemu w burzliwą pogodę słonecznego dnia miłość odsłania swój woal.

         Przeszłość powraca w teraźniejszości i powołani do życia muszą jej treść wypełnić. Wobec dzisiejszej specyalizacyi, jedynie pozostał zwycięski w walce z materyalizmem, wyzwolony i wolny w swym wyborze barw, form i kształtów, uniwersalizm królestwa jasnowłosej panienki.

         Dla zgorzkniałych analityków, poszukiwaczy odmian i zróżniczkowania się ludzkości w kołowrocie czasu, Chesterton ma w zanadrzu silną i trwałą podstawę nieprzemijającej jedności, która tkwi w tym, co wszystkim ludziom jest wspólne. Dla prawdziwego dziennikarza jest to najbardziej oryginalny i pewny sztandar demokratyzmu. Niejednokrotnie prowadzi to do opanowania materyi przez ducha, które niektórzy zowią cudem.



(1)„A Miscellany of Men” 1912: The real Journalist 99 s.
(2)„Heretics” ch. 1. Cytowane przez W. James’a na początku pierwszego rozdziału „Pragmatyzmu”.
(3)„The real Journalist” w „Miscellany of Men” s. 100.
(4)W „Ortodoksyi” pisze G. K. C, jak łatwo jest być trudnym i ciężkim; rzecz niepowszednia i niełatwa być lekkim i jasnym. W kronice „Illustrated London News” z 17. I. 1914 twierdzi, że natura ludzka nie znosi powagi; gdy ta zachodzi musiało się do myśli coś zwierzęcego domieszać; powaga np. ściągłych twarzy trenerów i groomów objaśnia się sąsiedztwem z powagą końskich łbów. Z pośród recenzentów, kruszących kopię o „istotę ortodoksyi” występował zwłaszcza krytyk, satyryk G. K. Street, autor „The Trial of the Bantocks”, „Ghost of Piccardilly” etc.
(5)Cfr. recenzye „Delegata anarchistów” w tłum. w. Rzymowskiego: Prawda 9. V. 1914, Widnokrąg 30 V. 1914, Gaz. Warsz. 1914, Nr. 102, G. Siedleckiego w „Kraju”, oraz dod. do „Dz. Pozn.” 1914 i inne.
(6)Ostatnia przedwojenna powieść z roku 1914: „Latająca oberża” (The Flyinjj Inn) dotyczy tych czasów, kiedy abstynenci od wina scl. mahometanie podbiją wschodnią Europę.
(7)„The Man who thinks Backwards” w „Miscellany of Men” s. 14.
(8)W felietonie „Pester Lloyd’u” z r. 1912. Nr. 119.
(9)„What wrong with the world”, 1910, Cassel. później u Tauchnitza.
(10)W „Historyi głupiego miasta”.

§ 4. Cuda białej magii  > > >

Powrót