Czem jest Chesterton?

        Chesterton, od trzydziestu blisko lat piszący bez przerwy, szybko i obficie, dziś, w wieku lat pięćdziesięciu trzech, jako pisarz o światowej sławie i znanej całemu światu fizjognomji duchowej, jednak nie przestaje być zjawiskiem literackiem, które w żadną z przyjętych kategoryj się wtłoczyć, w żadnej ideowej formułce zamknąć się nie da. Historycy literatury, dzielącej sobie swój materjał według rodzajów, z rozpaczą stają wobec tej postaci, zmuszeni twórczość Chestertona przy całej silnej jej jednolitości rozwlec po wszystkich rozdziałach swych książek.

         Poetą jest Chesterton niewątpliwie, i to niepospolitym. Rozpoczął wszak swą karjerę tomikiem "Obłąkany rycerz i inne poezje" (1900). Później w "Balladzie o białym koniu" stworzył jedyny może od czasów Tennysona, Browninga i Swinburna dłuższy poemat opowiadający, który dzisiejszego czytelnika może naprawdę pociągać; wskrzesił, jak może nikt od Scotta, wspaniały galop rytmiczny i krewki furor poetycki starych ballad angielskich i szkockich ludowych. W ciężkich dniach wojny przypomniał się rodakom jako śpiewak przez pełne uroczej spontaniczności rymy "Wino, woda i pieśń" (początkowo ogłoszone jako wstawki w powieści "Latająca gospoda"). Po wojnie w "Balladzie o św. Barbarze i innych wierszach" dał znowu garść liryków o świetnym impecie, wśród nich kilka z najgłębiej pomyślanych i najgłębiej wzruszających nagrobków poetyckich dla "nieznanego żołnierza", tego wielkiego bohatera wojny światowej. Świeżo znów wyszedł zbiór wierszy religijnych o Matce Boskiej p. t . "Królowa Siedmiu Mieczy".

         Bezsprzecznie niektóre z najznakomitszych i najtrwalszych rzeczy, jakie Chesterton napisał, znajdują się wśród jego poezyj.

         Za sam jeden króciutki wierszyk o osiołku, co wśród wzgardy ludzi przypomina sobie pocichu triumfalną chwilę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy, - albo za grzmiącą balladę o zwycięstwie morskiem Don Juana d'Austria nad Turkami pod Lepanto, - należy się poezji Chestertona miejsce w każdej antologji angielskiej.

         Mimo to jednak określenie "poeta" z pewnością nie będzie pierwsze, jakie się nam nasunie, gdy go zechcemy zdefinjować. Nietylko dlatego, że lwią część jego dorobku stanowią utwory prozą. Ale przedewszystkiem dlatego, że w samej jego poezji zbyt silny, jak na poezję w zwykłem znaczeniu słowa, jest związek z chwilą, - z okolicznościami społecznemi i politycznemi, co ją natchnęły. Doskonałe wiersze satyryczne przeciwko niedorzecznościom w okólnikach ministerstwa oświecenia, w mowach parlamentarnych lub wiecowych tego czy owego polityka, w artykule tego czy owego dziennika, w manifeście tego czy owego stowarzyszenia, - przewijają się wciąż wśród poezyj o tematach ogólniejszych. Nawet w jednym z wierszy na cześć poległych nie może sobie autor odmówić porównania ich z żywymi, którzy w pętach lichwy i wszelkich innych nieprawości powojennych bardziej są martwi od nich. Do jednego z tych bohaterów woła, by raczej już ze snu swego się nie budził i zapomniał o tej Anglji, która w swej zgniliźnie kramarskiej zapomniała o nim i jemu podobnych.

         A wnajambitniejszym ze swych utworów poetyckich, "Balladzie o białym koniu", Chesterton temat walki króla Alfreda Wielkiego z pogańskimi najezdnikami ze Skandynawji uczynił symbolem walki starych walorów kultury chrześcijańskiej przeciw zalewowi przez pseudonaukowy materjalistyczny dogmatyzm i antyreligijny indyferentyzm (czyli, jak w Anglji mówiono, "agnostycyzm") XIX w.

         Jeżeli więc nie poeta, to powieściopisarz, powie przeciętny czytelnik, przyzwyczajony w dzisiejszej literaturze do tej antytezy. Istotnie, do najpoczytniejszych w całym cywilizowanym świecie utworów Chestertona należą jego dzieła w formie powieściowej. Dla "człowieka na ulicy", czy to w Anglji czy poza Anglją, nazwisko Chestertona, o ile mu wogóle coś mówi, oznacza tego, co napisał "Napoleona z Notting Hill" (o wojnie między dzielnicami londyńskiemi w odległej przyszłości), "Człowieka co był Czwartkiem" (o klubie anarchistów, po kolei demaskowanych jako detektywowie), "Latająca gospoda" (o walce ostatniego karczmarza w Anglji przeciw ustawie prohibicyjnej), "Żywego człowieka" (o ekscentryku, co własną żonę od czasu do czasu uprowadza dla romantycznego urozmaicenia życia), albo wreszcie rozkoszne zbiorki opowiadań o zdumiewających triumfach genjuszu śledczego, co tkwi w skromnym księżynie katolickim (The Innocence of Father Brown, The Wisdom of Father Brown, The Incredulity of Father Brown). Wszystkie te książki tryskają iście dickensowskim humorem i realizmem w przedstawieniu rdzennie angielskiego środowiska. Ale, jak już wynika z powyższych krótkich wzmianek o głównych motywach ich treści, co krok tu z twardego bruku ulic czy gościńców angielskich ulatujemy w krainy nieprawdopodobieństw tak gigantycznie napiętrzonych, jak to tylko w bardzo dziwacznych snach albo w baśniach wschodnich zdarzać się może. T. zw. "powieści" Chestertona są tak pełne najfantastyczniejszych ekstrawagancyj, satyrycznych alegoryj i polemicznych ekskursów, że jako zwykłej nowoczesnej strawy powieściowej czytelnik dzisiejszy ich tak samo przyjąć nie może, jak - powiedzmy - klasycznych "Podróży Gullivera" Swifta. I tak samo jak latającą wyspę matematyków czy akademję projektomanów, czy wreszcie same królestwa karłów, olbrzymów lub cnotliwych koni u Swifta, tak i żartobliwe fantasmagorje Chestertona zrozumieć należycie można właściwie tylko, gdy się zna same też zjawiska w bieżącem życiu społecznem Anglji i świata, które autor bierze za tarczę do strzał swego nieporównanego dowcipu.

         Jak te powieści nie są właściwemi powieściami, tak właściwą sztuką teatralną nie jest - również z powodu fantastycznej treści i swawolnej struktury - jedyna komedja Chestertona "Czary" (Magic), choć znamienity miała sukces, gdy ją w kilka lat po wojnie wprowadzono na deski teatru. Kawiorem dla tłumu według znanego określenia Hamleta musi jednak dla zwykłego audytorjum teatralnego dzisiejszego pozostać sztuka, której bohaterka wierzy w elfy, a bohater, czarnoksiężnik, przyznaje się do stosunków z djabłem. Znów oczywiście chodzi nie o stworzenie utworu literackiego o pewnym określonym przez tradycję typie, lecz o dowcipną szermierkę przeciw apodyktycznej pewności siebie trzeźwego człowieka nauki czy interesu.

         Próbujmy więc wymykającego się definicjom autora uchwycić z innej strony. Jest niezawodnie świetnym krytykiem literackim i napisał długi szereg znakomitych przyczynków do historji literatury. Ulubiony jego okres to w. XIX:, jest autorem dwu znakomitych książek o Dickensie, świetnej monografji o Robercie Browningu, studjów o pisarzach tak rozmaitych, jak Carlyle i Tennyson, Thackeray i Matthew Arnold. Wreszcie dał także syntezę swoich poglądów na całą epokę wiktorjańską w tomiku doskonałej serji "Domowa Bibljoteka Uniwersytecka" (The Home University Library). Ale żałowaćby wypadało tego studenta literatury angielskiej, któryby z tej i innych jego książek chciał się uczyć do egzaminu. Znowu od pierwszej chwili jest rzeczą oczywistą, że nie o literaturę jako taką, a przynajmniej nie przedewszystkiem o nią, tutaj chodzi. Tezą książek o Dickensie jest twórcza potęga optymizmu i zbawcza mądrość humoru, nawet karykaturalnego. Estetycyzm Williama Morrisa służy jako przykład, by wykazać płytkość i niewystarczalność religji piękna. Konwulsyjna walka tetrycznego Carlyla o stworzenie z opornego materjału zwartej konsekwentnej filozofji życia i dziejów daje wyborną sposobność do frontowego ataku humorysty na fanatyzm logiki i bałwochwalstwo konsekwencji. Staroświecka technika powieściopisarzy o romantycznej umysłowości, jak Karolina Bronte lub R. L . Stevenson, doznaje skwapliwej obrony w myśl zasady, że akcesorja mogą podlegać krytyce, ale w istotnych rzeczach romantyk ma słuszność. Tołstoj przydaje się wybornie dla doprowadzenia ad absurdum odwiecznego hasła "powrotu do natury". Nawet Byron obok Dickensa wprzęgnięty jest nolens volens w rydwan triumfalny optymizmu życiowego: jego melancholja - to "czarna tablica", na której duch jego pisze "białą kredą" wyznanie wiary w życie i w człowieka.

         Zainteresowania Chestertona zatem, nawet gdy o literaturze pisze, zawsze wychodzą daleko poza literaturę. Może będziemy bliżsi ujęcia tego lotnego ducha w sieć słowną, gdy go zaliczymy do essayistów. Tylko do essayistyki, tej tak wspaniale od trzech zgórą wieków rozrośniętej gałęzi piśmiennictwa angielskiego, zaliczyć można całą chmarę książek Chestertona o takich wysoce charakterystycznych, a arcy-trudnych dó przetłumaczenia, zawsze żartobliwych tytułach, jak "Obrońca" (The Defendant), "Proces fantazyj przeciwko modnym dziwactwom" (Fancies versus Fads), "Zważywszy wszystko" (All Things Considered), "Potężne drobiazgi" (Tremendous Trifles), "Hałasy i dywersje" (Alarms and Discursions), "Pożytki rozmaitości" (The Uses of Diversity), lub stosunkowo najsystematyczniejsza "Co brakuje światu" (What's Wrong with the World).

         Jak już widać z tych rozkosznych tytułów, są to wszystko rozprawy z zakresu tej wielkiej dziedziny wiedzy, którą Carlyle nazywał "nauka o rzeczach wogóle" (the science of things in general). Powstałe często z luźnych szkiców i okolicznościowych artykułów, książki te są mozaikowemi obrazami poglądów autora na świat i życie. Jeżeli jednak zgodzimy się na to, żeby Chestertona ze względu na główną masę jego twórczości i na górujące jej cechy określić jako essayistę, to stąd krok już tylko do tego, by jeszcze właściwiej po imieniu nazwać ten osobliwy fakt w biologji literatury, któremu na imię Gilbert Keith Chesterton. Essayistyka - to wszakże nic innego, jak dziennikarstwo wkraczające w literaturę. Normalna droga essayisty prowadzi od feljetonu do książki: essayista - to dziennikarz, piszący o sprawach bieżących z większą niż zwykle dbałością o formę, z szerszym rozmachem w uogólnieniach i głębszą miarą refleksji, - a także z wyższą niż na codzień kolorystyką imaginacyjną i temperaturą uczuciową.

         Przypomnijmy sobie teraz, jak zagadnienia aktualne swym fermentem przenikają u Chestertona i poemat i powieść i komedję, i przeinaczają je gatunkowo. I rozważywszy to, miejmy odwagę powiedzieć, co - dobrze pojęte - będzie właściwym dla niego hołdem: że w Chestertonie bodaj po raz pierwszy na same wyżyny piśmiennictwa wchodzi urodzony dziennikarz. Dziennikarzami w swem wszechwładnem upodobaniu do dyskusji nad kwestjami dnia są i inni najlepiej światu znani pisarze angielscy naszych czasów: dziennikarzem dramatycznym jest Shaw, dziennikarzem powieściowym Wells, jak dziennikarzem-poetą często był Robert Browning. Ale wszyscy oni co do stylistycznego kształtu swojej twórczości pozostali w granicach wskazanych przez tradycję literacką rodzajów. U Chestertona zaś pod powiewem natchnienia dziennikarskiego nic nie pozostało tem czem było: ani poezja, ani powieść, ani komedja, ani krytyka literacka, ani - jak jeszcze zobaczymy - historja. Dziennikarstwo, tę najpospolitszą i najbardziej spospolitowaną dziś formę powszechnej pracy piórem, w osobie Chestertona oglądamy i podziwiamy w stanie najszczytniejszego wyniesienia, w stanie najdoskonalszej kwintesencji, w jakiej je dotychczas może w całem piśmiennictwie świata nowoczesnego widziano. A podstawą tego jedynego fenomenu jest poprostu fakt, że Chesterton wymarzone zalety idealnego dziennikarza posiada w najwyższym stopniu: a więc akrobatyczną iście obrotność dowcipu i słowa, cudowną łatwość znajdywania coraz nowych form dla swych pomysłów, wiecznie żywą wszechstronność zainteresowań, lotną fantazję, co zewsząd jak powój oplata rzeczywistość, wreszcie promienny humor, który ratuje od doktrynerstwa, od niedorzeczności, od nietaktu, jako zaś warunek podstawowy humoru zdolność do uczucia, zmysł społeczny, słowem ludzkość w najlepszem znaczeniu tego wyrazu.

         Poza tem wszystkiem zaś i ponad tem: idee, bez których publicysta jest tylko "jako miedź brzęcząca i jako cymbał brzmiący". Jakaż jest treść ideowa tego posłannictwa, które nasz "dziennikarz na Olimpie" w postaci istnego gradu swych tomików rzuca z tych wysokości współczesnemu światu? I tu zrazu równie trudno znaleźć odpowiedź, jak przy szukaniu określenia Chestertona jako pisarza. Trudno przedewszystkiem dlatego, że bezustanna gra barw jego dowcipu często dochodzi do granic bezcelowej zabawy. Niewątpliwie manierą już nazwać trzeba styl takich igraszek, jak owe niedawne Tales of the Long Bow (1925), w których żart wciąż na nowo polega na tem, iż przedsięwzięcia przysłowiowo niemożliwe - jak "zjeść swój kapelusz", "podpalić Tamizę", "uczyć świnie latać" - są z całym rozmachem traktowane dosłownie, ad maiorem gloriam romantycznej prawdy iluzji przeciw trzeźwemu fałszowi codziennej rzeczywistości. Ale to tylko wyjątkowe momenty przesady. W rzeczywistości Chesterton jest jako ów żongler-wojownik Taillefer, co śpiewając dumę o Rolandzie i bawiąc się podrzucaniem miecza, jechał w śmiertelny bój pod Hastings. Chesterton we wszystkiem, co tak żartobliwie pisze, niemniej stale poważne ma myśli i cele, jak drugi najniestrudzeńszy kpiarz Bernard Shaw, o którym Chesterton właśnie tak wnikliwą napisał książkę. Drugiem źródłem trudności - to nie tylko gadki i kuglarstwa Taillefera, ale sama już jego wojowniczość. O co się bić może, kto tak walczy ze wszystkiemu? Nienawidzi socjalizmu, ale przeklina kapitalizm; nienawidzi także imperjalizmu, ale niemniej wstrętne mu są frazesy internacjonalizmu; Czyż nie jest pesymistą z gruntu, kto w swej uprzemysłowionej ojczyźnie tak stanowczo widzi piekło, że nie życzy poległym na wojnie, by mogli z grobów powstać i na nią spoglądać? Czyż może kochać Anglję, kto tak wciąż złorzeczy jej bankiersko-lichwiarskiej cywilizacji? Wszakże to Chesterton w czasie największej popularności szowinistycznych uniesień Kiplinga rozpoczynał swą karjerę pisarską pod znakiem protestu przeciw okrucieństwom popełnianym na Boerach. Wszakże on w pierwszym roku wojny światowej, gdy ze strony niemieckiej rozległo się hasło Gott strafe England! - w sensacyjnej książce "Zbrodnie Anglji" (The crimes of England) napiętnował imperjalistyczne grzechy Wielkiej Brytanji sam jak najdobitniej, nie szczędząc szczególnie jaskrawych słów potępienia polityce angielskiej w Irlandji.

         Ale tego zawziętego czarnowidza znamy przecież skądinąd jako najsłoneczniejszego optymistę, jaki zajaśniał w literaturze angielskiej od czasów Dickensa. Ten wróg imperjalizmu kocha do bałwochwalstwa piękną, zieloną starą Anglję w idyllicznej krasie jej sielskiej przyrody, kocha do zapamiętania jej dzielny lud i śpiewa hymn osobny na cześć milczących bohaterstw jego historji. Corruptio optimi pessima: to zasada, co każe mu narzekać na "zniemczenie Anglji" w ostatnich dwóch stuleciach, co każe mu lżyć kupców-hurtowników, fabrykantów, a wielbić stare karczmy, chłopskie folwarki i rzemieślnicze warsztaty, Chesterton socjalistą nie jest; ale goręcej od niejednego socjalisty ukochał cierpiące, upośledzone masy, i radykalniejsze od socjalistów zaleca środki społecznego zbawienia w tych czasopismach New Witness i G. K.'s Weekly, których kolejno jest duszą. "Dziś możemy uniknąć socjalizmu tylko przez przemianę równie ogromną, jak sam socjalizm. Jeżeli mamy uratować własność, musimy na nowo rozdzielić własność, prawie tak srogo i doraźnie jak rewolucja francuska". Oto słowa z jednej z typowych jego książek Chesterton nie jest liberałem starego typu, bo liberalizm wszakże, ze swemi ideałami nieograniczonej wolnej konkurencji, doprowadził do potworności dzisiejszego kapitalizmu. Ale Chesterton ideał liberałów - wolność - kocha goręcej od niejednego liberała, i prawdziwej wolności - a więc przedewszystkiem także wolności gospodarczej - pragnie całem sercem dla tego "małego człowieka", który dziś jest bezwolnem kółkiem w mechanizmie ekonomicznym, jest uniformowanym pionkiem w coraz bardziej "standardyzującym" się świecie społecznym.

         Chesterton - wielki humorysta, pełen sentymentu i sentymentów, - nie jest i nie może być racjonalistą, boć tyranja racjonalizmu zaczęła wytrawiać ze świata w XIX wieku jego romantyczną duszę. Ale nie jest też Chesterton - mimo wszelkich pozorów - romantycznym fantastą. Przesady fanatyka zawsze jak ognia unika: niczego przecież tak zapalczywym nie jest wrogiem w swej prozie, a także w licznych wierszach, jak - prohibicji. Od popadania w ostateczności chroni go nietylko boski dar humoru, ale przedewszystkiem bezcenne brytyjskie dziedzictwo zdrowego sensu. Ten Don Kiszot jest "Don Kiszotem chłopskiego rozumu", jak go się ośmieliłem kiedyś w jego obecności nazwać.

         To też goręcej od liberałów kochając, jak się rzekło, ideał wolności osobistej, z drugiej strony bardziej stanowczo od samych socjalistów wyznaje przekonania o potrzebie wskrzeszenia autorytetu w dobie dzisiejszej. I po wskrzeszony autorytet sięga w głąb historji, do średnich wieków: siłą fundamentalną autorytetu zachwyca go ich kultura. Pisząc krótką historję Anglji, w dziejach jej od renesansu i reformacji widzi niemal już same tylko ekscentryczne aberacje.

         Tą drogą, - podobną jak przed nim Newman - dotarł Chesterton. Jak Newman w "Apologji", tak Chesterton wykreślił swoją doń pielgrzymkę w pismach autobiograficznych: w "Heretykach" od strony negatywnej, w formie krytyki typów odmiennych, w "Ortodoksji" od strony pozytywnej, by wreszcie w "Kuli i krzyżu" dać syntezę osiągniętych już wtedy (1910) niemal z zupełną jasnością wyników. Na łono kościoła katolickiego przeszedł Chesterton formalnie dopiero po wojnie. Ale gdy raz twardo na jego gruncie stanął, okazało się, jak dalece była to zawsze anima naturaliter Christiana: okazało się, że religja, jak od początku podświadomie była, tak teraz już na zawsze być musi, słońcem jego świata duchowego. Więc w "Świętym Franciszku z Assyżu" (1924) tworzy najrzewniejszą, może najgłębszą swą książkę. Ale i tu nie opuszcza go dziennikarski zmysł dla aktualności, ta stała cecha jego umysłu: na największym z przykładów historycznych to nadewszystko wykazać usiłuje, że właściwy średniowieczu zmysł społeczny, gdy w swej najczystszej esencji gorzeje w sercu jednostki jako franciszkański ogień miłości, - jako indywidualna cząstka dantejskiego l'amor chi muove il sol e l'altre Stelle, - jest na dziś i na zawsze dla społeczności zbawieniem, a dla pojedynczego człowieka prawdziwą wolnością i prawdziwem szczęściem.

         Religja teraz dzierży władzę niemal nieograniczoną nad natchnieniami tego pisarza. Gdy w jednej z najnowszych swych książek, "Wiecznotrwały człowiek" (The Everlasting Man), nawiązuje do operetkowego procesu o darwinizm w Dayton w Ameryce i chce poważnie wystąpić przeciw bałwochwalcom teorji ewolucji, widzi w historji nadewszystko dwa wielkie cuda, których żadna ewolucja nie wytłumaczy: pojawienie się człowieka i żywot Chrystusa. Gdy w tej książce głośnemu "Zarysowi historji powszechnej" Wellsa usiłuje przeciwstawić własną syntezę historiozoficzną, okresy dziejów ludzkości w erze chrześcijańskiej same już mu się układają według wielkich ruchów ideowych, które kolejno, jak fale, i wszystkie jednakowo bezsilnie, biły o wiekuistą opokę chrześcijaństwa: arjanizm, nauka albigensów, sceptycyzm odrodzenia, filozofja encyklopedystów i ewolucjonizm... Tak to z młodego absolwenta Slade School, który w zaraniu naszego stulecia ołówek rysownika zamienił na pióro dziennikarza i rychło obok Hilarego Belloc i Maksa Beerbohm zasłynął jako "jeden z trzech najdowcipniejszych ludzi Londynu", wyrósł "wesołek" największej miary w literaturze dni dzisiejszych, dziś już, jak uwielbiany przezeń święty Franciszek, "wesołek Boży" - ioculator Dei.

"Czem jest Chesterton?" - 1 część VII rozdziału książki "O Anglji i Anglikach" prof. Romana Dyboskiego, Księgarnia F. Hoesicka, Warszawa 1929

Powrót