Dlaczego potrzeba nam religii?


        W naszych czasach rozpowszechnił się pogląd, że atakowanie cudzej religii, albo wyciąganie z niej wniosków co do cudzej etyki i poglądów politycznych, to przejaw małoduszności i ciasnoty umysłowej, względnie błahy pretekst do ataku. Oskarżenie o ciasnotę jest samo w sobie groteskowo ciasne. Weźmy choćby niedawne wydarzenia polityczne. Człowiek, który nie ufał Japonii i z obawą patrzył na jej rosnącą siłę, ponieważ Japończycy są poganami, był jeszcze parę lat temu pokazywany palcem w charakterze ponurego przykładu bigoterii i obskurantyzmu. Jego postawa uchodziła za anachroniczny fanatyzm. A przecież nikomu nie przyszłoby do głowy nazywać bigoterią nieufność wobec innych ludzi motywowaną tylko różnicami w obyczajach, codziennych lub politycznych. Nikt nie uważał za obskurantyzm wypowiedzi w rodzaju: „Nie podobają mi się ich wpływy, bo to zwolennicy protekcjonizmu". Nikt nie uważał za dowód ciasnoty twierdzeń takich jak: „Niedobrze, że stają się popularni, bo to socjaliści", „bo to zwolennicy wolnego rynku", „bo to militaryści, który chcą wprowadzić obowiązkową służbę wojskową".

        Nikogo nie dziwią dyskusje o istocie parlamentaryzmu. Ten temat uchodzi za poważny. Ale nie wolno się spierać o naturę grzechu, gdyż natura grzechu nie ma żadnego znaczenia. Różnica zdań co do systemu podatkowego jest powszechnie akceptowana. Różnica zdań co do celu ludzkiej egzystencji jest uznawana za nieważną i nie wypada o niej wspominać. W efekcie wolno nam okazywać nieufność wobec kogoś, kto żyje w odmiennym systemie politycznym, lecz nie wolno okazywać nieufności wobec kogoś, kto żyje w odmiennym kosmosie duchowym. I to właśnie nazywa się oświeceniem. Takie oświecenie jest niewyobrażalną ciemnotą. Aby odwołać się do porównania, którego użyłem już wcześniej, sprowadza się ono do twierdzenia, że wszystko jest ważne, z wyjątkiem Wszystkiego.

        Oto czemu nie można zostawiać religii na marginesie. Religia obejmuje wszystko. Nie da się zapakować wszystkich rzeczy do walizki, po czym ignorować walizkę. Każdy, chcąc nie chcąc, ma jakiś pogląd na ludzką egzystencję. Ten pogląd kształtuje, a ściślej biorąc tworzy i ogarnia, wszystkie nasze słowa i uczynki, czy nam się to podoba, czy nie. Jeśli uważamy, że życie jest snem, uważamy, że snem jest również urząd skarbowy. Jeśli uważamy, że świat to jeden wielki żart, uważamy też, że katedra św. Pawła jest żartem. Jeśli wszystko na świecie jest złe, w takim razie musimy uznać (o ile to możliwe), że i piwo jest złe. Jeśli wszystko jest dobre, zostajemy zmuszeni do absurdalnego wniosku, że dobra jest również naukowa filantropia. Dowolny człowiek na ulicy musi posiadać system metafizyczny i trzymać się go ściśle. Bywa jednak, że trzyma się go tak ściśle i tak długo, że zapomina o jego istnieniu.

        W takiej właśnie sytuacji znalazł się nowoczesny świat. Dokoła nas aż roi się od ludzi, którzy tak mocno uchwycili się dogmatów, że stały się one dla nich czymś naturalnym i zwyczajnym, jak powietrze — więc zapomnieli, że są dogmatami. Można powiedzieć, że jest to typowe dla całego w ogóle świata dzisiejszego, rozumianego jako zbiorowość. Kręgi zwane postępowymi uważają na przykład, że pogląd o doskonaleniu się ludzi na tamtym świecie jest dogmatyczny. Tymczasem dokładnie tak samo dogmatyczny jest pogląd, że ludzie doskonalą się na tym świecie. Przecież nikt jeszcze nie dowiódł, że idea postępu jest prawdą, tak jak nikt nie dowiódł, że prawdą jest idea nieśmiertelności duszy, a z racjonalnego punktu widzenia obie są równie nieprawdopodobne. Ale tak się składa, że postęp to jeden ze współczesnych dogmatów, zaś dogmat współczesny nie jest uważany za dogmatyczny.

         Nie widzimy też nic „dogmatycznego" w ciekawej, lecz na pewno dziwacznej koncepcji naukowej, która głosi, że trzeba gromadzić fakty dla samych tylko faktów, nawet gdy zdają się równie nieprzydatne jak gałązki czy źdźbła słomy. Koncepcja jest sugestywna i pełna rozmachu. Kto wie, może nawet okaże się trafna, ale jej trafność jest równie sporna j a k trafność wyroczni i wróżb, które też mogą się kiedyś okazać naukowo uzasadnione. Nie należymy do cywilizacji, która głęboko wierzy w wyrocznie, przepowiednie i miejsca święte, toteż widzimy całe szaleństwo ludzi, którzy zabijali się, by dotrzeć do Grobu Chrystusa. Należymy za to do cywilizacji, która wierzy w dogmat o gromadzeniu informacji naukowych, toteż nie dostrzegamy szaleństwa ludzi* którzy zabijają się, by dotrzeć do bieguna północnego. Nie mówię tu o przydatności z perspektywy dziejów, która dotyczy zarówno krucjat, jak wypraw polarnych. Chcę po prostu powiedzieć, że w naszych czasach widzimy powierzchowną i zaskakującą osobliwość pomysłu, by ludzie mieli przemierzać kontynent na czele wielkich armii po to, by zdobyć miejsce, gdzie umarł pewien człowiek. Nie widzimy zaskakującej osobliwości pomysłu, by ludzie mieli ginąć w męczarniach, szukając miejsca, gdzie żaden człowiek żyć nie może - miejsca interesującego wyłącznie dlatego, że ponoć krzyżują się tam jakieś nieistniejące linie. Wyruszmy zatem w długą umysłową podróż. Zabierzmy się za ryzykowną eksplorację. Kopmy, drążmy i przetrząsajmy, aż znajdziemy nasze własne zdanie. Dogmaty, w które naprawdę wierzymy, są znacznie bardziej niesamowite i, kto wie, może znacznie piękniejsze niż przypuszczamy(...)

        Racjonaliści nie istnieją. Wszyscy wierzymy w bajki; wszyscy żyjemy w świecie naszych bajek. Niektórzy, o zacięciu bardziej literackim, wierzą w Niewiastę obleczoną w słońce. Inni, o bardziej ludowych, elfich instynktach* jak pan McCabe, wierzą po prostu w słońce, skądinąd też nieprawdopodobne. Niektórzy wyznają niemożliwy do dowiedzenia dogmat o istnieniu Boga, inni równie niemożliwy do dowiedzenia dogmat o istnieniu sąsiada zza płotu.

        Prawdy zamieniają się w dogmaty, gdy tylko zostaną podważone. Każdy, kto wysuwa wątpliwość, określa kształt religii. Sceptycyzm naszych czasów w gruncie rzeczy nie tępi wierzeń, lecz je wytwarza; nadaje im granice, a przez to konkretny, wyzywający kształt. My, liberałowie, wyznawaliśmy kiedyś nasz liberalizm niefrasobliwie, bo uważaliśmy go za oczywistość. Ale liberalizm został zaatakowany, więc od tej pory wyznajemy go zaciekle, jak religię. My, zwolennicy patriotyzmu, uważaliśmy kiedyś, że patriotyzm jest postawą racjonalną i nie zastanawialiśmy się nad nim wiele. Teraz już wiemy, że jest to postawa irracjonalna i mamy pewność, że jest słuszna. My, chrześcijanie, nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy, ile, filozoficznego zdrowego rozsądku tkwi w misteriach chrześcijaństwa, póki nie pokazali nam tego antychrześcijańscy publicyści.

        Wielki marsz umysłowej destrukcji pójdzie dalej. Wszystko zostanie zanegowane. Wszystko stanie się kwestią wiary. Całkiem uzasadnione jest stanowisko, przeczące istnieniu ulicznego bruku; twierdzenie, że bruk istnieje, stanie się więc dogmatem religijnym. Całkiem racjonalna jest teza, że życie jest snem; dowodem mistycznego zdrowego rozumu będzie teza, że żyjemy na jawie. Zapłoną stosy, by można było dać świadectwo, że dwa razy dwa to cztery. Rozbłysną miecze, by dowieść, że latem liście są zielone. Zostaniemy zepchnięci do obrony nie tylko niewiarygodnych cnót i normalności ludzkiej kondycji, ale też czegoś bardziej jeszcze niewiarygodnego — rozległego, niemożliwego wszechświata, który rozpościera się tuż przed naszymi oczami. Będziemy walczyć o widzialne cuda, jakby były niewidzialne. Będziemy z przedziwną odwagą spoglądać na trawę i niebiosa, które są nieprawdopodobne, a przecież istnieją. Będziemy z tych, którzy widzieli, a jednak uwierzyli.

G. K. Chesterton "Heretycy" (267-268), Warszawa - Ząbki: 2004

Powrót