Rozsądek Kościoła


        I tak, na przykład, byłem wielce poruszony inteligentnym atakiem przedstawiającym chrześcijaństwo jako coś nieludzko ponurego; zawsze bowiem uważałem (i nadal uważam) szczery pesymizm za grzech nie do wybaczenia. Nieszczery pesymizm jest osiągnięciem społecznym, raczej znośnym, i na szczęście niemal wszyscy pesymiści są nieszczerzy. Ale jeśli chrześcijaństwo było, jak mówiono, czymś całkowicie pesymistycznym i przeciwnym życiu, to nie wahałbym się wysadzić w powietrze katedry św. Pawła. Natrafiłem jednak na rzecz niezwykłą. Otóż w pierwszym rozdziale udowodniono mi (ku memu całkowitemu zadowoleniu), że chrześcijaństwo jest zbyt pesymistyczne. W rozdziale drugim jednak próbowano mnie przekonać, że tchnie ono zbyt wielkim optymizmem. Jednym z oskarżeń wytaczanych przeciwko chrześcijaństwu było to, że posługując się niezdrowymi łzami i terrorem, nie pozwalało ludziom szukać radości i wyzwolenia na łonie natury. Ale już następne oskarżenie głosiło, że religia ta pocieszała ludzi zmyśloną opatrznością i pozwalała im żyć w różowym świecie dziecinnego pokoju. Jeden wielki agnostyk zapytywał, dlaczego nie doceniono piękna natury i dlaczego tak trudno być wolnym. Drugi agnostyk, równie wielki, sprzeciwiał się temu, że chrześcijański optymizm, „płaszcz pozorów utkany rękami pobożnych", skrywał przed nami brzydotę natury i fakt, że wolności nie można osiągnąć naprawdę. Jeden racjonalista ledwie zdążył nazwać chrześcijaństwo koszmarem, gdy już następny nazywał je rajem głupców. Wprawiło mnie to w zakłopotanie; zarzuty nie wyglądały na spójne.

        Chrześcijaństwo nie mogło być równocześnie czarną maską skrywającą biały świat i białą maską przysłaniającą czerń świata. Położenie chrześcijanina nie mogło być równocześnie tak wygodne, że trwanie w nim wynikało z tchórzostwa, i tak niewygodne, że trwanie w nim wynikało z głupoty. Jeśli chrześcijaństwo zmieniało ludzką wizję świata, to musiało ją przekłamywać w jedną lub w drugą stronę; nie mogło zakładać ludziom jednocześnie różowych i czarnych okularów. Z okrutną radością, jak wszyscy ówcześni młodzieńcy, rozsmakowywałem się w słowach, którymi Swinburne urągał odpychającej wierze:

Zwyciężyłeś, blady Galilejczyku,
świat zszarzał od Twego oddechu.


        Kiedy jednak czytałem stworzone przez tego samego poetę opisy pogaństwa (na przykład w Atalancie), dochodziłem do wniosku, że świat, o ile to możliwe, był jeszcze bardziej szary i ponury, zanim skaził go oddech Galilejczyka. Swinburne utrzymywał bowiem, że samo życie jest czarne jak węgiel, a jednak chrześcijaństwu udało się w jakiś sposób uczynić je jeszcze czarniejszym. Człowiek, który oskarżał chrześcijaństwo o pesymizm, sam okazał się pesymistą. Uznałem, że coś tu nie jest w porządku. W jednej szalonej chwili przemknęło mi nawet przez głowę, że być może nie są najlepszymi sędziami wpływu religii na szczęście ci, którzy nie znają ani jednego, ani drugiego. Nie należy przez to rozumieć, że pospiesznie uznałem owe oskarżenia za fałszywe, a wygłaszających je oskarżycieli za głupców. Doszedłem jedynie do wniosku, że chrześcijaństwo musi być jeszcze bardziej zwariowane i złe, niż je przedstawiano. Mogła istnieć rzecz łącząca w sobie dwie przeciwstawne wady; musiała to być jednak rzecz dość dziwaczna. Można wyobrazić sobie człowieka zbyt grubego w jednych partiach ciała i zbyt chudego w innych. Jego kształt byłby jednak koszmarny. Na tym etapie myślałem jedynie o dziwaczności religii chrześcijańskiej; nie przypuszczałem, że może istnieć coś dziwacznego w umyśle racjonalistów.

        A oto inny przykład tego samego rodzaju. Czułem, że poważnym zarzutem jest wskazanie nieśmiałej, mnisiej, niemęskiej atmosfery otaczającej wszystko, co nosi miano chrześcijaństwa, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek tej religii do oporu i walki. Wielcy sceptycy dziewiętnastego wieku byli zasadniczo typami męskimi. Bradlaugh na sposób ekspansywny, Huxley na sposób powściągliwy — obaj jednak byli zdecydowanie męscy. W porównaniu z nimi można było utrzymywać, że rady udzielane przez chrześcijan charakteryzuje słabość i zbytnia cierpliwość. Ewangeliczny paradoks drugiego policzka, fakt, że księża nigdy nie walczyli, a także sto innych rzeczy usprawiedliwiało zarzut, iż chrześcijaństwo próbuje zbytnio upodobnić ludzi do pokornych owieczek. Przeczytałem o tym zarzucie i uwierzyłem w niego; i gdybym nigdy nie przeczytał niczego innego, zapewne nadal bym w niego wierzył. Tak jednak się nie stało. Odwróciłem stronę mego agnostycznego podręcznika i natychmiast mój umysł fiknął koziołka. Odkryłem bowiem, że mam nienawidzić chrześcijaństwa nie za to, że walczy za mało, ale za to, iż walczy zbyt wiele. Chrześcijaństwo okazało się matką wszelkich wojen. Chrześcijaństwo skąpało świat we krwi. Zdążyłem już zezłościć się porządnie na chrześcijanina za to, że nigdy się nie złościł; teraz zaś kazano mi się na niego złościć za to, że jego złość była największa i najstraszniejsza w całej historii świata; ziemia była nią przesiąknięta, a blask słońca przyćmiony jej dymem. Ci sami ludzie, którzy ganili chrześcijaństwo za łagodność i bierne posłuszeństwo klasztorów, zarzucali mu także przemoc i waleczność wypraw krzyżowych. Jakimś cudem stare, biedne chrześcijaństwo było winne zarówno temu, że Edward Wyznawca nie walczył, jak i temu, że Ryszard Lwie Serce walczył aż za dużo. Najbardziej typowymi chrześcijanami (jak nam mówiono) byli kwakrzy, a jednak masakry Cromwella i Alvy stanowiły przestępstwa typowo chrześcijańskie. Co to wszystko mogło znaczyć? Czym było chrześcijaństwo, skoro zawsze zabraniało wojen i zawsze je wywoływało? Jaka była jego natura, skoro można było je oskarżyć po pierwsze o to, że nie chce walczyć, a po drugie o to, że walczy nieprzerwanie? W jakim świecie zagadek narodziła się ta potworna krwiożerczość i upiorna pokora? Obraz chrześcijaństwa stawał się dla mnie dziwaczniejszy z każdą chwilą.

        Przytoczę jeszcze trzeci przykład; najosobliwszy ze wszystkich, bo zawierający jedyny prawdziwy zarzut przeciwko wierze. Jest nim po prostu to, że uważa się ona za jedyną religię. Świat jest wielki, pełen najróżniejszych ludów. Chrześcijaństwo (można całkiem spokojnie stwierdzić) jest tylko jedną z religii ograniczoną do jednego ludu; zrodziła się w Palestynie i właściwie zakończyła swoje podboje na Europie. Argument ten w młodości zrobił na mnie, jak można się było spodziewać, wielkie wrażenie; skłaniałem się wówczas ku doktrynie głoszonej kiedyś w Towarzystwach Etycznych - mam na myśli doktrynę mówiącą o istnieniu jednego wielkiego kościoła ludzkiej podświadomości, opartego na fakcie wszechobecności ludzkiego sumienia. Wyznania - twierdzono w owym czasie - dzielą ludzi, ale moralność ich łączy. Dusza mogłaby szukać najdziwniejszych i najdalszych miejsc i epok, a i tak znalazłaby tam etyczny zdrowy rozsądek. Mogłaby spotkać pod drzewami Wschodu Konfucjusza, a on pisałby właśnie: „Nie będziesz kradł". Mogłaby odczytać na pustyni najbardziej zawiłe hieroglify, których słowa brzmiałyby: „Mali chłopcy powinni zawsze mówić prawdę". Wierzyłem w tę doktrynę braterstwa wszystkich ludzi, wyrażającą się we wspólnym wyczuciu moralnym, i wierzę w nią nadal, tak jak wierzę w wiele innych rzeczy. Byłem zatem wściekle zły na chrześcijaństwo za to, że (jak przypuszczałem) odmawiało ono światła sprawiedliwości i rozumu całym epokom dziejów i wielkim imperiom. Potem jednak odkryłem coś zdumiewającego. Zrozumiałem mianowicie, że ci sami ludzie, którzy uznawali całą ludzkość od Platona do Emersona za jeden wielki kościół, uważali równocześnie, że moralność zmieniła się całkowicie, i że to, co było dobre w jednej epoce, jest złe w innej. Jeśli zapytałem na przykład o ołtarz, w odpowiedzi słyszałem, że nie potrzebujemy ołtarza, ponieważ nasi bracia, ludzie, poprzez swoje uniwersalne obyczaje i ideały głoszą nam zupełnie jasne wyrocznie i jedną wiarę. Ale jeśli mimochodem wspomniałem, że jednym z uniwersalnych obyczajów ludzkich jest budowanie ołtarzy, moi agnostyczni nauczyciele odwracali się na pięcie i stwierdzali, że człowiek zawsze żył w nieświadomości i ulegał barbarzyńskim przesądom. Odkryłem, że ich powszednim zarzutem przeciwko chrześcijaństwu było to, iż dawało ono światło jednym ludziom, a innym pozwalało umrzeć w ciemności. Odkryłem jednak także, że w szczególny sposób szczycili się oni tym, iż nauka i postęp zostały wynalezione przez wąską grupę, a cała reszta żyła w ciemności. Ich główny zarzut przeciw chrześcijaństwu był zarazem głównym komplementem wobec samych siebie, a równoczesne upieranie się przy tych dwóch twierdzeniach wydawało mi się dziwnie nieuczciwe. Omawiając dzieła poganina lub agnostyka należało pamiętać, że wszyscy ludzie są wyznawcami tej samej religii, natomiast rozważając dzieła mistyka lub spirytualisty wystarczyło zauważyć, jak absurdalne mogą być wyznawane przez ludzi religie. Można było zaufać etyce Epikteta, ponieważ etyka nie ulega zmianie. Nie wolno jednak było ufać etyce Bossueta, ponieważ etyka od jego czasów zmieniła się zupełnie. Etyka mogła ulec zmianie w ciągu dwustu lat, ale nie w ciągu dwóch tysięcy.

        Wszystko to stawało się niepokojące. Wyglądało nie tyle na to, że chrześcijaństwo jest tak złe, iż można w nim znaleźć wszystkie wady, ale że każdy kij jest wystarczająco dobry, by nim uderzyć w chrześcijaństwo. Czym jest - pytałem znowu - ta zadziwiająca rzecz, której ludzie tak bardzo starają się zaprzeczyć, że nie zważając na nic przeczą sami sobie? Wszędzie widziałem to samo. Nie mogę poświęcić więcej miejsca szczegółowej analizie tego tematu, ale na wszelki wypadek, gdyby ktoś uważał, że nieuczciwie wybrałem trzy dotychczasowe przykłady, wymienię pokrótce kilka innych.

        Tak więc pewni sceptycy pisali, że wielką zbrodnią chrześcijaństwa jest atak na rodzinę; popycha ono bowiem kobiety ku samotnej kontemplacji w klasztorach, odrywając je od prowadzenia domu i rodzenia dzieci. Ale natychmiast inni sceptycy (nieco bardziej postępowi) stwierdzali, że największą zbrodnią chrześcijaństwa jest wpychanie nam na siłę rodziny i małżeństwa, skazywanie kobiet na monotonię prowadzenia domu i zajmowania się dziećmi oraz odmawianie im prawa do samotności i kontemplacji. Zarzut więc całkowicie odwrócono. Albo inny przykład: pewne sformułowania z Listów Apostolskich albo z ceremonii ślubnej były uznawane przez niektórych przeciwników chrześcijaństwa za przejaw pogardy dla intelektu kobiety. Odkryłem jednak, że ci sami przeciwnicy chrześcijaństwa przejawiali pogardę dla kobiecego intelektu; przedmiotem ich szyderstwa z Kościoła na starym kontynencie był fakt, że chodzą doń „tylko kobiety". Innym razem atakowano chrześcijaństwo za głodne i chłodne obyczaje, za wór pokutny i klęczenie na grochu. Ale już w następnej minucie zarzucano mu pompatyczność i rytualizm, sanktuaria z porfiru i szaty ze złota. Pomiatano nim równocześnie za zbytnią monotonię i za nadmierną pstrokaciznę. Zawsze zarzucano chrześcijaństwu, że za bardzo ogranicza sferę seksualną człowieka, dopóki Bradlaugh i Malthus nie odkryli, że ogranicza ją za mało. Chrześcijaństwo bywa oskarżane jednym tchem o sztywną powagę i o religijną ekstrawagancję. Na stronach jednej i tej samej ateistycznej broszurki natknąłem się na krytykę wiary z powodu braku jedności: „Jeden myśli to, drugi co innego", a także z powodu przesadnej jedności: „To różnice opinii nie pozwalają światu zejść na psy". W tej samej rozmowie jeden z moich przyjaciół-wolnomyślicieli oskarżył chrześcijaństwo o niechęć do Żydów, a zaraz potem wyraził swoją własną niechęć do chrześcijaństwa z powodu jego żydowskiego pochodzenia.

        Chciałem być wówczas całkiem uczciwy i taki też chcę być teraz; nawet wtedy, gdy dostrzegłem te sprzeczności, nie doszedłem do wniosku, że ludzie atakujący chrześcijaństwo są po prostu w błędzie. Uznałem jedynie, że skoro chrześcijaństwo myli się, musi to być błąd naprawdę wielki. Tak straszliwe, zwalczające się cechy mogły charakteryzować tę samą rzecz, ale rzecz ta musiała być wyjątkowo dziwna i odosobniona. Istnieją ludzie skąpi, którzy równocześnie są rozrzutnikami, ale takich jest ich niewielu. Istnieją ludzie zmysłowi, a przy tym rzeczywiście mogła istnieć ta masa szalonych sprzeczności - zarazem strachliwa i krwiożercza; pełna przepychu i zgrzebna; surowa, a jednak absurdalnie pośrednicząca w zaspokajaniu żądz wizualnych; wroga kobietom, a przy tym stanowiąca schronienie dla ich głupoty; uroczyście pesymistyczna, a zarazem głupio optymistyczna - jeśli rzeczywiście istniało coś tak złego, to była jakaś doskonałość i niezwykłość w tym nagromadzeniu zła. Nie znajdowałem bowiem u moich racjonalistycznych nauczycieli wytłumaczenia dla tak wyjątkowego zepsucia. Chrześcijaństwo (ujmując rzecz teoretycznie) było w ich oczach tylko jednym ze zwykłych mitów, jedną z pomyłek śmiertelników. Oni nie proponowali żadnego klucza, który pomógłby mi rozwiązać zagadkę tak skrzywionego, nienaturalnego okropieństwa. Ten paradoks zła urósł wreszcie do wymiarów nadprzyrodzonych. W rzeczy samej był on czymś niemal tak samo nadprzyrodzonym jak nieomylność papieża. Instytucja, która w swej historii nigdy nie miała racji, jest niemal takim samym cudem jak instytucja, która nigdy się nie myli. Jedynym wyjaśnieniem, jakie natychmiast pojawiło się w mojej głowie, było to, że chrześcijaństwo nie przyszło do nas z nieba, ale z piekła. Rzeczywiście, jeśli Jezus z Nazaretu nie był Chrystusem, to musiał być Antychrystem.

        A potem, w chwili wyciszenia, uderzyła mnie nagle jak bezgłośny piorun zadziwiająca myśl. Niespodziewanie przyszło mi do głowy inne wytłumaczenie tej sytuacji. Przypuśćmy, że słyszymy wiele osób wypowiadających się na temat nie znanego nam człowieka. Przypuśćmy, że ze zdumieniem słyszymy, jak jedni uważają go za zbyt wysokiego, a inni za zbyt niskiego; jedni narzekają na jego tuszę, a inni ubolewają nad jego chudością; jedni uważają, że ma włosy za ciemne, inni zaś, że za jasne. Jednym wyjaśnieniem tej sytuacji (jak już przyznaliśmy wcześniej) może być fakt, że człowiek ten rzeczywiście wygląda dziwnie. Istnieje jednak inne wytłumaczenie. Otóż może on wyglądać zupełnie normalnie. Wyjątkowo wysocy ludzie uznaliby go wówczas za niskiego, natomiast bardzo niscy uważaliby, że jest za wysoki. Podstarzali kolesie ze skłonnością do tycia widzieliby w nim kogoś niedostatecznie zaokrąglonego, podstarzali, zasuszeni pięknisie mogliby twierdzić, że jego tusza przekroczyła wąskie ramy elegancji. Szwedzi o włosach jak konopie uznaliby go za człowieka ciemnowłosego, podczas gdy Murzyn widzieliby w nim wyjątkowo jasnego blondyna. Krótko mówiąc: być może ta niezwykła uroda jest tak naprawdę zupełnie zwykła, normalna, leżąca pośrodku. Być może to chrześcijaństwo charakteryzuje zdrowy rozsądek, a wszyscy jego krytycy są szaleni — każdy na swój sposób. Wypróbowałem tę myśl zadając sobie pytanie, czy w którymkolwiek z oskarżycieli było coś chorobliwego, co mogłoby wyjaśnić jego zarzuty. Ze zdumieniem odkryłem, że ten klucz pasował idealnie. Weźmy na przykład dziwny fakt, że współczesny świat oskarżał chrześcijaństwo zarówno o surowość, jak i o artystyczny przepych. Ale dziwne jest również to, że współczesny świat łączy w sobie skrajny luksus ze skrajnym brakiem artystycznego przepychu. Współczesny człowiek uważa szaty Becketa za zbyt bogate, a jego posiłki za zbyt ubogie. Ale pod tym względem współczesny człowiek jest prawdziwym wyjątkiem w dziejach ludzkości; nikt przed nim nie jadał tak wyszukanych obiadów będąc jednocześnie ubranym tak niechlujnie. Współczesny człowiek uważa Kościół za zbyt surowy dokładnie tam, gdzie współczesny świat przejawia zbytnią złożoność, i za zbyt bogaty tam, gdzie współczesny świat jest zbyt obskurny. Człowiek, który nie potrafi znieść zwykłego rytmu świąt i postów, ma równocześnie bzika na punkcie przystawek. Ktoś, kto nie lubi bogatych szat, nosi parę niedorzecznych spodni. Z pewnością zaś za przejaw szaleństwa należy uznać spodnie, a nie miękko spływające szaty. Ekstrawaganckie przystawki są niewątpliwie większym szaleństwem niż chleb i wino.

        Przebadałem wszystkie zarzuty i stwierdziłem, że jak dotąd klucz pasuje jak ulał. Fakt, że Swinburne'a z jednej strony irytowało przygnębienie chrześcijan, a z drugiej jeszcze bardziej irytowała go ich radość, można było teraz łatwo wyjaśnić. Nie chodziło bowiem o skomplikowaną kombinację chorób chrześcijaństwa, ale skomplikowaną kombinację chorób Swinburne'a. Ograniczenia, jakie wnosi chrześcijaństwo, smuciły go po prostu dlatego, że był większym hedonistą, niż na zdrowego człowieka przystało. Natomiast wiara chrześcijan złościła go, ponieważ był większym pesymistą niż większość ludzi. W ten sam sposób maltuzjaniści instynktownie atakowali chrześcijaństwo nie dlatego, że jest w nim coś szczególnie przeciwnego maltuzjanizmowi, ale po prosu dlatego, że jest coś przeciwnego ludzkiej naturze w samym maltuzjanizmie.

        Czułem jednak, że prawda nie kończy się na stwierdzeniu, iż chrześcijaństwo jest rozsądne i stoi pośrodku. Był w nim bowiem element emfazy, a nawet szaleństwa, który usprawiedliwiał powierzchowne ataki sekularystów. Chrześcijaństwo było może mądre, jak coraz bardziej się o tym przekonywałem, ale nie była to zwykła mądrość tego świata; nie, było ono jedynie taktowne i godne szacunku. Dzikie wyprawy krzyżowe i pokorni święci równoważyli się być może nawzajem, a jednak wyprawy krzyżowe były naprawdę dzikie, a święci naprawdę pokorni; tak pokorni, że ich pokora przekraczała wszelkie granice przyzwoitości. I właśnie w tym momencie moich rozważań przypomniałem sobie o moich wcześniejszych rozmyślaniach na temat męczeństwa i samobójstwa. Odkryłem wówczas kombinację dwóch zupełnie szalonych postaw, które jednak złączone, jakimś cudem okazywały się rozsądne. Była to po prostu jeszcze jedna sprzeczność; jej słuszność odkryłem już wcześniej. Oto jeden z tych paradoksów, w których sceptycy dopatrywali się niesłuszności wiary, a w których ja odkrywałem jej słuszność. Choćby chrześcijanie nie wiem jak szaleńczo kochali męczenników i nienawidzili samobójców, nie mogli nienawidzić i kochać bardziej szaleńczo niż ja, który podzielałem ich uczucia wtedy, gdy o chrześcijaństwie nawet mi się nie śniło. Od tej chwili rozpoczął się najtrudniejszy i najbardziej interesujący etap mojego procesu myślowego; zacząłem po omacku odkrywać ślad jednej myśli we wszystkich wielkich pojęciach teologii. Nakreśliłem ją już w kontekście mojego stosunku do optymizmu i pesymizmu: mówiła ona, że tak naprawdę nie chcemy kompromisu, ale obu skrajności w jak największym natężeniu; chcemy płomiennej miłości i równie płomiennego gniewu. W tym miejscu zajmę się jedynie prześledzeniem tej myśli w etyce. Nie muszę chyba przypominać czytelnikowi, że pojęcie łączenia sprzeczności znajduje się tak naprawdę w centrum całej ortodoksyjnej teologii. Kładzie ona szczególny nacisk na to, że Chrystus ani nie był oderwany od Boga i człowieka jak elf, ani nie był na wpół człowiekiem i na wpół nieczłowiekiem jak centaur, ale jednym i drugim naraz, i to w sposób doskonały, będąc prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Niech mi będzie wolno przedstawić teraz tę koncepcję tak, jak do niej wówczas dochodziłem.

G. K. Chesterton "Ortodoksja" (148-161), Warszawa - Ząbki: 2004

Powrót