Religioznawstwo porównawcze


        Religioznawstwo porównawcze jest tak naprawdę religioznawstwem względnym. Tak wiele zależy w nim od stopnia, odległości i różnicy, że odnosi ono względny sukces tylko wtedy, gdy dokonuje się za jego pomocą porównań. Gdy przyjrzymy się temu z bliska, zobaczymy, że porównywane rzeczy są w istocie absolutnie nieporównywalne. Przyzwyczailiśmy się już do widoku tabel czy katalogów, w których największe religie świata figurują w przystających do siebie kolumnach, i zaczęło nam się wydawać, że religie te są rzeczywiście do siebie przystające. Przyzwyczailiśmy się do stawiania w jednym rzędzie imion wielkich założycieli religii: Chrystusa, Mahometa, Buddy, Konfucjusza. Tak naprawdę jednak jest to zwyczajna sztuczka, kolejne złudzenie optyczne, które dowolne przedmioty ukazuje w danej relacji dzięki zmianie punktu widzenia. Wielkie religie i ich założyciele, a raczej to, co wedle swego uznania włączamy do tego zbioru, tak naprawdę nie mają wspólnej natury. To złudzenie do pewnego stopnia jest wywoływane przez islam, który na liście znajduje się zaraz za chrześcijaństwem, bo islam rzeczywiście przyszedł po chrześcijaństwie i był w dużym stopniu jego imitacją. Jednakże inne wschodnie religie nie tylko nie przypominają Kościoła, ale nawet nie przypominają siebie nawzajem. Dochodząc do konfucjanizmu na samym końcu listy, znajdujemy się już w całkiem innym świecie myśli. Porównywanie religii chrześcijańskiej z konfucjańską jest jak porównywanie chrześcijanina z angielskim ziemianinem albo jak pytanie, czy ktoś jest wyznawcą wiary w zmartwychwstanie czy raczej stuprocentowym Amerykaninem. Konfucjanizm jest być może formą cywilizacji, ale nie jest formą religii.

        W rzeczywistości Kościół jest zbyt unikatowy, by mógł dowieść swojej unikatowości. Najpopularniejszym i najłatwiejszym dowodem jest bowiem dowód przez podobieństwo, a tu o żadnym podobieństwie nie może być mowy. Niełatwo jest zatem wykazać błąd w rozumowaniu, które tworzy fałszywą klasyfikację w celu rozmycia unikalnego zjawiska, gdy jest to rzeczywiście zjawisko unikalne. Tak jak nigdzie nie ma dwóch takich samych faktów, tak nigdzie nie ma dwóch takich samych błędów. Posłużę się jednak jak najbardziej zbliżonym przykładem odosobnionego społecznego zjawiska, aby wykazać, w jaki sposób dokonuje się to rozmycie i zasymilowanie. Jak mniemam, większość z nas zgodzi się, że jest coś wyjątkowego i unikatowego w położeniu Żydów. Nie ma drugiego tak samo międzynarodowego narodu - starożytnej kultury rozsianej w różnych krajach, a mimo to odrębnej i niepoddającej się zniszczeniu. Otóż przedsięwzięcie, o którym mówimy, przypomina tworzenie listy narodów wędrownych w celu rozmycia niezwykłej samotności Żydów. Można to zrobić dość łatwo, stosując tę samą metodę: stawiając na pierwszym miejscu coś możliwie zbliżonego, a potem stopniowo przechodząc do innych rzeczy dorzucanych jakkolwiek, żeby uzupełnić listę. I tak na nowej liście narodów wędrownych zaraz za Żydami figurowaliby Cyganie, którzy przynajmniej są rzeczywiście wędrowni, nawet jeśli nie są prawdziwym narodem. Następnie profesor nowej nauki pod nazwą „nomadyka porównawcza" przeszedłby z łatwością do innego, choćby zupełnie odmiennego zjawiska. Mógłby na przykład wspomnieć o wędrownych przygodach Anglików, którzy rozsiali swoje kolonie po tak wielu morzach, i ich także nazwać wędrowcami. To prawda, że bardzo wielu Anglików nie może sobie znaleźć miejsca, przebywając w Anglii. To prawda, że nie wszyscy z nich opuszczają swój kraj dla dobra tego kraju. A skoro wymieniliśmy już wędrowne imperium Anglików, musimy również wspomnieć o dziwnym imperium Irlandczyków na wygnaniu. Jest bowiem rzeczą bardzo ciekawą, odnotowaną przez naszą imperialną literaturę, że wszechobecność i niespokojny duch, stanowiące dowód angielskiego sukcesu i przedsiębiorczości, stanowią zarazem dowód irlandzkiego niepowodzenia i lenistwa. Następnie profesor nomadyki rozejrzałby się z namysłem i przypomniał sobie, że ostatnio wiele mówiło się o niemieckich kelnerach, niemieckich fryzjerach, niemieckich urzędnikach i w ogóle Niemcach naturalizujących się w Anglii, Stanach Zjednoczonych i republikach Ameryki Południowej. Niemcy zostaliby zatem zakwalifikowani jako piąta rasa wędrowna; bardzo przydatne okazałyby się tu słowa Wanderlust i Volkerwanderung. Naprawdę bowiem byli historycy, którzy wyjaśniali wyprawy krzyżowe, stwierdzając, że Niemców znaleziono błąkających się bez celu (jak mówi policja) w okolicach Palestyny. Następnie profesor czując, że zbliża się do końca dowodu, wykonałby ostatni desperacki skok. Przypomniałby sobie, że francuskie wojsko zajęło prawie wszystkie stolice Europy, że przemaszerowało przez niezliczone podbite kraje pod wodzą Karola Wielkiego i Napoleona, i uznałby również i to za przejaw Wanderlustu oraz cechę rasy wędrownej. W ten sposób miałby swoich sześć narodów wędrownych, porządnie skompletowanych i upakowanych, i czułby, że Żydzi nie są już jakimś tajemniczym, a nawet mistycznym wyjątkiem. Jednak ludzie obdarzeni większą dozą zdrowego rozsądku prawdopodobnie zdaliby sobie sprawę, że profesor powiększył listę nomadów, rozszerzając jedynie pojęcie nomadyzmu, i że rozszerzał je tak długo, aż straciło w ogóle jakiekolwiek znaczenie. To prawda, że francuski żołnierz odbywał jedne z najwspanialszych marszów w historii wojskowości. Ale prawdą jest również, że jeśli francuski rolnik nie jest rzeczywistością osiadłą, to coś takiego jak osiadła rzeczywistość nie istnieje nigdzie na świecie; innymi słowy, jeśli on jest wędrowcem, nie ma nikogo, kto by nim nie był.

        Takiej samej sztuczki próbowano przy porównywaniu religii i założycieli religii światowych ustawionych godnie w szeregu. Religioznawstwo porównawcze klasyfikuje Jezusa tak, jak nomadyka porównawcza klasyfikowała Żydów: wynajduje nową klasę tylko po to, by uzupełnić ją zapchaj dziurami i fałszerstwami z drugiej ręki. Nie chodzi mi o to, że te pozostałe zjawiska nie są często wielkie z własnej natury i w swojej klasie. Konfucjanizm i buddyzm to wielkie zjawiska, ale nazywanie ich Kościołami rozmija się z prawdą. Tak samo Francuzi i Anglicy to wielkie narody, ale nazywanie ich nomadami to absurd. Istnieją pewne podobieństwa między chrześcijaństwem i jego naśladownictwem w islamie. Jeśli o to chodzi, istnieją też pewne podobieństwa między Żydami i Cyganami. Dalej jednak lista tworzona jest ze wszystkiego, co znajdzie się pod ręką; ze wszystkiego, co można umieścić w tym samym katalogu, mimo że nie należy do tej samej kategorii.

Gilbert Keith Chesterton, "Wiekuisty Człowiek" (127-131), Warszawa - Ząbki: 2004

Powrót