Chesterton o pacyfiźmie

        Dlaczego wszystkie broszury, publikacje, wypowiedzi publiczne i konferencje, traktujące o potrzebie pokoju międzynarodowego, są tak straszliwie tępe i nudne? Nie dlatego, żeby sprawa nie miała być interesująca z moralnego punktu widzenia. Nie dlatego, żebyśmy byli na tyle głupi, iżeby podniecać się samym melodramatem militarnym. Ludzie żywi są o wiele bardziej interesujący od martwych; napewno też musi istnieć jakaś możliwość stworzenia literatury, poświęconej zagadnieniom utrzymywania ich przy życiu. Wszyscy jesteśmy pacyfistami w tym sensie, że wszyscy chcemy pokoju, choć zapewne nie pokoju za wszelką cenę. Jest jednakże coś w sposobie traktowania przedmiotu, albo w myślach czy motywach, jakie zwykle za nim się ukrywają, coś, co każe nam się buntować przeciw zimnej i bezosobowej pedanterji, która zupełnie nie sprawia wrażenia występowania rzeczywiście w obronie życia. Trochę nam się wydaje, że tacy moraliści staliby się znacznie bardziej żywi, gdyby przestali żyć. Mówiąc to, uchylam się od wszelkiej odpowiedzialności za czyny tych, którzy lubią brać rzeczy dosłownie; nie mam bynajmniej zamiaru wystrzelać owych ludzi jako zdrajców, ani spalić ich jako heretyków. A pozatem rodzajowi ludzkiemu nigdy dotąd, nawet w jego najciemniejszych i najbardziej mściwych czasach, nie udało się wynaleźć tortury, czy formy śmierci, będącej odpowiednią karą dla nudziarzy.

         Mam jednakże pewne podejrzenie co do niektórych racyj, jakie się kryją poza tem deprymującem wrażeniem. Poczęści sądzę, że wyjaśnienie tej kwestji można znaleźć w zdaniu, które już kiedyś dawno temu wypowiedziałem: że, mianowicie, idealiści tego rodzaju stracili poczucie wspólnoty społecznej z ogromną częścią społeczności ludzkiej. Ustosunkowali się nieprzychylnie do wszystkich żołnierzy i duchownych, do większości kupców, a szczególnie kupców obdarzonych przedsiębiorczością, do wszystkich królów i książąt, zarówno jak do większości władców wogóle, z irytacją tylko myślą o wszelkiej szlachcie, czy arystokracji, przyzwyczaili się wyśmiewać z „burżuazji", lub szanownej klasy średniej, uczono ich również zawsze, że lud wiejski jest zacofany, przesądny i zawsze są gotowi uwierzyć, iż robotnicy nie nadają się zupełnie jako materjał do budowy prawdziwego Państwa Naukowego, czy utopji Inteligentów — odrzuciwszy zaś następnie wszelkie tradycje ludzkie i wzgardziwszy niemi, jako sprzecznemi z takiem czy owakiem, nowem ich pojęciem postępu, stanęli ostatecznie w obliczu „ludzkości", którą mogą sobie kochać w abstrakcji, ale nie w rzeczywistości. Nie pozostanie zbyt wiele z ludzkości, po odrzuceniu wszystkich tych, których oni uważają za przeszkody w jej postępie. Dlatego to każdy nakreślony przez nich zarys „świata bez wojny" jest taki sztywny i pusty. Są bowiem zdolni do tworzenia map i diagramów na temat możliwości unikania śmierci — ale nie potrafią tworzyć obrazów; mianowicie obrazów ludzi, używających życia. Ich nieludzki pogląd na ludzkość objawia się szczególnie w nieludzkim poglądzie na historję. W historji nie potrafią sympatyzować nawet z tymi ludźmi, którzyby z nimi sympatyzowali. Jeden z przesądów ich, które przeważnie są przesądami pychy, polega na przeświadczeniu, że są naprawdę w stanie pogardzić przeszłością. A przecież mogą oni tylko wyglądać przyszłości, ale nie mogą jej oglądać. Przyszłość nie ma oblicza; żadnych rysów, któreby się śmiały, czy chmurzyły; żadnych wspomnień, nic, coby pozwoliło nam zbliżyć się w niej do kogokolwiek, czy czegokolwiek. Jedyna rzecz, którą ci ludzie mogą wiedzieć o swej potomności, to, że będzie ona w ten czy inny sposób powołana do życia i dlatego jedyną rzeczą, o którą pozostaje im się troszczyć, jest zabezpieczanie ludzi przed śmiercią. Przynajmniej przed śmiercią na polu chwały; bo co do samej śmierci, najskrajniejszy nawet pacyfista musi się zgodzić na wcale skromny kompromis.

         Ktoś był łaskaw przesłać mi nowy perjodyk, zwany Biosophical Review (Przegląd biozoficzny), który ilustruje bardzo dobrze powyższe moje uwagi; szczególnie w przedmiocie stosunku do historji. Przypuszczam, że biozofista jest dalszym warjantem antropozofisty, który dalej sam był warjantem teozofisty. Ponieważ ten ostatni oznacza człowieka mądrego w sprawach boskich, drugi człowieka mądrego w sprawach ludzkich, pierwszy zapewne ma oznaczać człowieka mądrego w sprawach życia. Inaczej moglibyśmy mieć pokusę zrobienia przypuszczenia, że biozofista, to sofista mówiący o życiu, antropozofista, sofista mówiący o człowieku, teozofista zaś, to sofista mówiący o Bogu, czy bogach. Porzucając te nowe i bardziej sporne drogi rozumowania, możemy się zadowolić zauważeniem, że przegląd powyżej wzmiankowany, albo przynajmniej wyżej wzmiankowany jego numer poświęcony jest „wychowaniu pokojowemu" i wielu aspektom potrzeby międzynarodowego zapobiegania wojnie. Zabiera tam głos wielu wybitnych ludzi, ale nawet ci wydają się o wiele mniej interesujący, niż wtedy, gdy wypowiadają swe poglądy na inne kwestje. Wolałbym czytać, co mówi Einstein o planetach, a Maeterlinck o pszczołach, aniżeli czytać ich wynurzenia na temat pokoju, choć w teorji zdawałoby się, że chodzi tu o kwestję utrzymania przy życiu rzeczy o wiele bardziej interesujących od planet, czy pszczół: mianowicie ludzi. Ale kilku z zabierających głos ilustruje również owo historyczne wyjaśnienie sprawy, o którem wspomniałem. Że, mianowicie, pacyfiści są za bardzo odcięci od przeszłości; a nawet od pacyfistów przeszłości. Oto jeden z charakterystycznych przykładów:

         „Wielką przeszkodą, uniemożliwiającą ustanowienie prawdziwych szkół pokoju i Stanów Zjednoczonych Świata, jest nacjonalizm. Nacjonalizm jest dzisiaj maską egoizmu, jak była nią w średniowieczu scholastyka. W tym okresie historji scholastyka podtrzymywała teologję i tem przyniosła ruinę religji. Politycy dzisiejsi są odpowiednikiem wczorajszych teologów. Teologja nie pomogła ludzkości, tak jak politycy pozbawieni etyki nie mogą nic pomóc ludzkości".

         Nie mogę sobie wyobrazić czegoś bardziej opacznego, czegoś będącego jaskrawszem odwróceniem prawdy. Jakiekolwiek byłyby błędy scholastyków średniowiecznych, w każdym razie byli bliżsi pokoju międzynarodowego, niż ktokolwiek inny. Bardzo wiele było pychy i kłótni, drażniących ambicyj i destrukcyjnej nienawiści u feudalnych panów i świeckich książąt średniowiecza. Ale teologja scholastyczna, gdziekolwiek miała wpływ, nieustannie próbowała wnieść jakiś ład w to zamieszanie i dać wszystkim tym ludziom międzynarodowe prawo sprawiedliwości, któreby umożliwiło wszystkim życie w pokoju. Najwięksi z teologów scholastycznych, jak święty Tomasz z Akwinu, skierowywali cały swój system polityczny i etyczny prawie wyłącznie ku jedności międzynarodowej i pokojowi. Scholastyka, chociaż zdegenerowała się intelektualnie, nie straciła nigdy całkowicie swej wartości moralnej; nawet wtedy, gdy ostatni dawni scholastycy stali się tylko grupą, prawie takich samych nudziarzy jak nowocześni pacyfiści.

         Mamy tutaj mały, ale typowy przykład błędu, kryjącego się za wszystkiemi sporami i kłótniami: niemożności sympatyzowania z istotami ludzkiemi, różnemi od nas. Pacyfista nie chce uczciwie traktować średniowiecznego scholastyka, zupełnie tak samo, jak w średniowieczu Anglik mógłby nie chcieć oddać sprawiedliwości Szkotowi. Nie chce zauważyć faktu, że chociaż zarówno średniowieczny Anglik jak średniowieczny Szkot mogli łatwo być przejęci drażniącą zaciekłością, to w każdym razie, gdzie tylko średniowieczny scholastyk miał coś do powiedzenia, działał zawsze w kierunku pogodzenia ich we wspólnym porządku chrześcijaństwa. Ponieważ krytyk pacyfistyczny przypadkowo nie znosi żadnych asocjacyj, związanych ze scholastyką, pozwala sobie zamknąć oczy na wszystkie zasługi, zatkać uszy na wszystkie argumenty całej, bardzo ciekawej grupy historycznych istot ludzkich. Przytacza przeciwko nim argumenty, które nie wytrzymują ani przez chwilę próby logicznego rozważenia; stawia im zarzuty, będące odwróceniem prawdziwego stana rzeczy. Coprawda tak właśnie zaczynają się wszystkie spory; i tak też zaczynają się wszystkie wojny. Nacjonalizm, nawet gdyby pogardzał innemi krajami, nie jest ani o włos gorszy, ani też bardziej nie przypomina „maski egoizmu", od owej pogardy dla innych wieków, która każe nazywać biednych starych scholastyków egoistami. Jeżeli mamy próbować zrozumieć obce kultury w świecie współczesnym, powinniśmy także popróbować zrozumieć obce kultury w świecie historycznym. A pacyfista nie jest ani krztę lepszy od pierwszego lepszego militarysty; ponieważ nawet nie próbuje.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 3 lutego 1934
(Tekst pochodzi z tygodnika "Myśl Narodowa", nr 15, 1934r., dostępnego w zasobach Wielkopolskiej biblioteki cyfrowej)

Powrót