Obrona niedorzeczności, pokory, romansu brukowego i innych rzeczy wzgardzonych

Przedmowa tłumacza



        W duszach współczesnych zamiera kult piękna i miłości. Człowiek dzisiejszy traci z oczu ziemię, nieba jeszcze nie dosięga. Sprawdza się jedyna droga do nieskończonej szczęśliwości raju. Związek bowiem istoty ludzkiej z ziemią nie jest przekleństwem, ale błogosławionym szlakiem radosnej pełni życia, dokonania przeznaczeń naturalnych człowieka. Prawdy to stare, ale treść ich zawsze na nowo dusze pokoleń niepokoi. Oderwany od nich duch błądzi między błękitem nieba a wielobarwnym oceanem urody ziemi. W położeniu takiem jest dusza współczesnego inteligenta. Porwany tętnem cywilizacji zatraca on poczucie piękna kształtów ziemskich, widzi na niebie w dzień tylko szaro-siną barwę, a w nocy świecące punkty gwiazd, pozbawione uroku i poezji, którą posiadały niegdyś dla oczu człowieka pierwotnego. Potęga duszy czującej i uroda życia maleje w prostym stosunku do rozwoju cywilizacji, nie przez ubóstwo nowoczesnego bytu, lecz wskutek postępowego zanikania poezji w duszach tych, którzy byli jej dziedzicami z tradycji i powołania w ciągu wieków. Nie winna temu wspaniała cywilizacja, dająca poecie równie bogaty materjał jak wszelkie inne zjawisko, lecz dusza, która ugięła kolana przed bałwanem tej cywilizacji, przed konwenansem.

         W miarę wzrostu szablonów, zwanych kulturą nowoczesną, zanika zdolność rozumienia świata poza kategorjami banalnemi i konwencjonalnem pojęciem piękna. Wszystko niepowszednie, samorzutne, żywiołowe staje się przez kontrast w takiej atmosferze - brzydotą. Wszelka poezja, płynąca z odwiecznych dążeń ducha do niezwykłości i szlachetnego gestu, zasycha w zielniku herboryzujących dziejopisów. Piękno bowiem wyraża się dziś nie przez sugestywną moc życia, ale przez nałóg lub frazes. Inteligent dzisiejszy zapomniał o wzniosłości, nazwał ją patosem, stracił miarę wielkiego gestu, ośmieszył go jako pretensjonalność, odwykł od silnych wzruszeń, nazwał je przeczuleniem - słowem, każdą niemal, istotnie cenną, wynikającą z ludzkiej przyrody właściwość określił mianem pogardliwem lub ironicznem, wywyższył się ponad bezpośredniość, ugrzęznął w spokoju, w kwietyzmie duchowym i nazwał to kulturą.

         W powszechnej pogardzie dla żywiołu zabrakło wprost miejsca na wielkoduszność, pozostała formalistyka, wyblakła, jak oblicze młodzieńca „z dobrego domu". Obawa ruchu, konserwatyzm pozorów obok skrzętnej ekonomii fantazji tkwi pod powłoką arystokratyzmu warstwy monopolizującej dziś prawo do kultury, Sprowadzenie tajemnicy życia do systemu, pozbawiło je już w zaraniu organów poezji: zdrowej ciekawości i entuzjazmu. Stąd też pogarda dla tłumu, dla mas ludowych, dla odwiecznego źródła postępu i nowości. Poniża się je zamiast kochać, pogardza zamiast wyszlachetniać. Dusza pospólstwa miast pociągać przeraża nas niecierpliwością swej zachłannej wyobraźni, razi zawiędłe w gabinetach duszyczki, zwietrzałą w bezruchu arystokrację. Lecz niewiadomo, czy z tej masy, której odmawiany wszelkich wartości, poza fizyczną siłą i złym instyktem, nie wyjdzie jak ongiś nowy prorok. Podobnie jak cieśla z Nazaretu odda on klucze przyszłości pogardzonym tłumom i powtórzy słowa wiecznie żywe: „Błogosławieni poniżeni, albowiem ich jest Królestwo Niebieskie."

         Przeciętnemu czytelnikowi naszemu książka Chestertona, obrońcy pogardzanych mas, może się wydać paradoksem, podobnie jak niegdyś Wilde'a „Djalogi o sztuce". Dziedziczne obciążenie kategoriami nałogowemi, kulturą pozorów, nie pozwoli może dojrzeć tu prostoty i szczerego do życia stosunku, konwenans nie uzna swego przeciwieństwa, pozór uśmiechnie się z ironją na widok prawdy. Lecz w oświetleniu pozorów każda prawda musi wydać się paradoksem, każda rzecz nowa sensacją. To też sama dążność Chestertona do szukania poezji nowoczesnej w duszy tłumu wydać się musi paradoksem. W życiu jednak paradoksów niema, chyba podczas spirytystycznych seansów, istnieją one tylko w literaturze. Książka zaś Chestertona jest dziełem życia. „Obrona rzeczy wzgardzonych" jest manifestem przyszłości raczej, niż literacko-adwokackiem roztrząsaniem kontrastów współczesnego życia. Nie walczy Chesterton mieczem, lecz miłością.

         Zwietrzałe bałwany rozsypują się same w jego łagodnej dłoni. Jest on optymistą rewolucyjnym wielkiego stylu, gdyż kocha człowieka, jak przyrodę, za pracę i namiętność, za miłość i nienawiść, za wiarę i twórczy żywioł. Zwalcza w nim tylko jedno: obojętność. Świat jego pełen jest mądrej pogody i nieogarnionej poezji kosmosu. W tem znaczeniu jest Chesterton poetą, jednym z nielicznych, którym objawiła się prawda życia, nie w sferze złudzeń ale w rzeczywistości codziennej, w wiekuistym ruchu wyobraźni najnędzniejszych nawet parjasów ludzkich, w oceanie i przydrożnej kałuży. Na nic zda się bowiem wykrętna mądrość sofistów, gdy życie staje się cudem.

S. B.

Wstęp > > >

Powrót