Obrona rzeczy brzydkich

< < < Obrona heraldyki

         Niektórzy ludzie twierdzą, że obojętny jest im wygląd osoby, jej płeć i cechy fizyczne; decydującą rzeczą dla nich jest tylko wspólnota duchowa. Nie należy się tern jednak zrażać. Wielu twierdzeniom nie dajemy wiary, jakkolwiekby były sformułowane. Ale nic w świecie nie przekona nas, że przyjaciel Stanisława Aksta, ujrzawszy go wchodzącego do pokoju w fizycznej powłoce pana Porankiewicza, nie dozna zdumienia czy też lekkiej trwogi. W przeciwnym wypadku bowiem nastąpiłoby pewne pomieszanie między siłą atrakcyjną zewnętrzności osoby, tak naturalną i pospolitą, a siłą przyciągającą t. zw. psychicznego piękna, które wcale nie jest naturalne i ani trochę pospolite. Mówiąc dokładniej: pojęcie piękna duchowego zwęża się tu do pewnej, określonej piękności psychicznej, która wyczerpuje możliwość przyciągania z zewnątrz w stopniu nie wyższym, niż powaga pana budowniczego Siekierki wyczerpuje możliwości przyciągania moralnego. Oszustami i tyranami ludzkości w tej dziedzinie byli Grecy. Cała ich wspaniała praca cywilizacyjna nie zdoła zaćmić ich wielkich i strasznych grzechów wobec wielostronności życia. Faktem bowiem przedziwnym jest, że gdy oddawna judzono przeciw Żydom, oskarżając ich o psucie świata jednostronną i ograniczoną miarą etyczną, nikt nie zauważył, że Grecy dali nam nieskończenie straszliwszą askezę, askezę wyobraźni, kultu wyłącznego typu estetycznego. Surowość żydowska miała przynajmniej, jako podstawę, zdrowy rozum; poznała ona, że ludzie żyją w świecie faktów i gdy mężczyzna żeni się z krewną, mogą być z tego pewne skutki. Lecz nie ograniczyli oni instynktu swego do kontrastów i kombinacyj; prorocy ich przypinali wołom skrzydła, a cherubinom dawali wiele oczu z całą rozrzutnością genjuszu Pawła Szeerbarta. Grecy natomiast przenieśli swe przepisy policyjne także na państwo nimf; nie kładli veto przeciw rzeczywistemu wiarołomstwu na ziemi, lecz stawiali je przeciw dzikiemu małżeństwu idei i zakazali publicznego wygłaszania myśli.

         Rozwój kastracji potworów greckich mytycznych, pod zabójczym jak dżuma wpływem Apollina Belwederskiego, jest czemś jedynem w swoim rodzaju. Chimera była tworem, w którym każdy rozsądnie myślący lud mógł ujrzeć coś z własnych wyobrażeń, lecz widząc ją na greckich obrazach czujemy niewymowną chętkę zawiązania jej na na szyi wstążki i podsunięcia talerzyka z mlekiem. Któż odczuł kiedykolwiek, że olbrzymi w sztuce greckiej byli rzeczywiście wielcy, tak wielcy, jak niektórzy olbrzymi z baśni? W pewnej baśni skandynawskiej bohater wędruje milami po grzbiecie górskim, który okazuje się w końcu lemieszową kością olbrzyma. Można to z czystem sumieniem nazwać wielkim olbrzymem. Taka wstrząsająca wyobraźnia przerażała jednak Greków, a ich trwoga odstraszyła całą ludzkość od naturalnego zamiłowania do wielkości, żywości, rozmaitości, energji i brzydoty. Przyroda chciała, by każda twarz ludzka, byle jeno silna, indywidualna i wyrazista różniła się od innych tak dalece, jak topola różni się od dębu, a jabłoń od wierzby. To samo, co uczynili ogrodnicy holenderscy z drzewami, Grecy uczynili z ludzką postacią; obcięli jej żywe i nieregularne rysy, chcąc nadać jej pewien kształt akademicki; odcięli nosy i wygładzili podbródki z obrzydliwą równowagą wiejskich ogrodników. I rzeczywiście doprowadzili nas do tego, że nazywamy niejedną twarz wyrazu pełną i sympatyczną brzydką, niejedną znów najgłupszą i odpychającą uważamy za piękną. Ta haniebna droga pośrednia, owa nędzna skłonność do powagi, wżarła się o wiele głębiej w ducha cywilizacji współczesnej, niż zewnętrzny czysto i praktyczny purytanizm Izraela. W najgorszym razie Żyd kazał człowiekowi tańczyć w kajdanach; Grek zaś postawił mu na głowie kosztowną wazę i zakazał się poruszać. Powiada pismo, że każda gwiazda różni się świetnością od innych; to samo odnosi się i do nosów. Upieranie się przytem, że jakieś oblicze jest brzydkie, ponieważ różni się od oblicza Wenery Milońskiej, dowodziłoby błędnego sposobu patrzenia. Dziwne jest conajmniej, iż mamy ludziom brać za złe ich różnice; powinniśmy raczej brać im za złe podobieństwo do nas. Zasady podobne wprowadziły do krytyki literackiej prawdziwy zamęt i zwyczaj wyrzekania na brak zdrowej logiki w baśniach, i na całkowity brak potęgi słowa w trzyaktowej farsie. Nazywanie twarzy innego człowieka brzydką za to, że wyraża się w niej jego dusza, równa się biadaniu, iż główka kapusty nie posiada dwu nóg. Wobec tego główce kapusty pozostałoby tylko z powagą i pewnym pozorem prawdy wytknąć nam, że nie wszędzie pięknie jesteśmy zazielenieni.

         Owej chłodnej teorji piękna nie udało się jednak zawładnąć sztuką wszystkich ludów, przynajmniej z nazwy. W niektórych stronach nie było jej wcale. Rzut oka na chińskie smoki lub bożki japońskie dowodzi, jak dalece niezależny był Wschód od konwencjonalnej idei regularności twarzy i ciała, jak chciwie i radośnie cieszył się z prawdziwego piękna, wytrzeszczonych oczu, z wydatnych szczęk, ziewających ust i powykrzywianych póz. W średniowieczu ludzie, wyzwoliwszy się od greckiej miary piękna, wznieśli podniebne wieże, ożywione zda się figurami tańczących małp i djabłów. W południe technicznej pełni doskonałości sztuki prowadzono rewolucję, aż do wyczerpania, w studjum ludzkiego oblicza. Rembrandt zwiastował zdrową i męską ewangelję, że mężczyzna posiada godność nie tylko wtedy, gdy wygląda jak grecki bóg, lecz nawet mając silny, brodawkowaty nos niby węzeł, głowę jak śmiało modelowany hełm, a szczęki jak żelazna łapka. Pogardza się zazwyczaj tym rodzajem sztuki, jako groteskowym. Nie zdołałem dotąd pojąć, dlaczego pobudzenie do śmiechu miałoby być czemś poniżającem, zwłaszcza, iż groteska daje innym wzmożoną rozkosz artystyczną. Gdyby jakiś pan, ujrzawszy nas na ulicy wybuchnął płaczem na myśl o naszem istnieniu, możnaby to uważać za rzecz niepokojącą i nieprzyzwoitą; śmiech jednak nie jest nieprzyzwoity. W istocie nazwa „groteskowy" jest błędnem opisaniem brzydoty w sztuce. Nie wynika z tego, by chińskie smoki lub fontanny gotyckie, albo wiedźmowate stare baby Rembrandta były w najmniejszej bodaj części pomyślane komicznie.

         Przesada ich nie była przesadą satyryczną, ale poprostu przesadą żywotności i tutaj leży klucz do stanowiska brzydoty w estetyce. Chętnie patrzymy na bezwstydnie wystającą skałę rafy podwodnej, na świerki, wdzierające się śmiało ku wysokim szczytom, na przepaść między dwoma brzegami gór. Z podobnie szlachetnem natchnieniem, patrzymy na nos wystający zdecydowanie, na rude włosy przyjaciela wspinające się śmiało szczecią na głowie, na jego usta wykrojone szeroko i wyraźnie, jak przepaść górska. Niektórzy przynajmniej z nas lubią to; nie jest to wcale kwestja humoru, Nie pękamy z radości, gdy po raz pierwszy widzimy świerki lub przepaść, lecz lubimy je, gdyż wyrażają one pełnię dramatyczną przyrody, jej śmiałe eksperymenty, jej zdecydowane zepsucie, jej dziką bez trwogi dumę z swych dzieci, W chwili, gdy złamaliśmy czar konwencjonalnego piękna, odsłaniają się nam na każdem miejscu miljony twarzy, podobnie jak istnieją miljony pięknych dusz.

Obrona gwary > > >

Powrót