Obrona pokory

< < < Obrona farsy

         Podejmując w dzisiejszych czasach obronę jednej z cnót kardynalnych, doznajemy takiego podniecenia, jakby chodziło o grzech. Moralne komunały bowiem są dziś zachwiane do tego stopnia, iż skrzyć się poczynają niby błyskotliwe paradoksy. Wogóle każdy, usiłujący bronić pokory, wśród współczesnej apoteozy jaźni (ego), ma w sobie coś nieopisanie łotrowsiki ego. Ja osobiście, nie chcę tutaj bronić pokory ze względów praktycznych. Praktyczne względy są mało zajmujące, jakkolwiek pokora sama zaleca się z powodów praktycznych. Zgadzamy się wszyscy, że „boska glorja jaźni" jest plagą społeczną i zazwyczaj cenimy przyjaciół swych za skromność, prostotę i dobroduszność. Niezależnie od pobudek, żywimy gorące uznanie dla pokory innych ludzi.

         Zbadajmy jednak tę sprawę głębiej. W oświetleniu społecznem obrona pokory mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, przyczem egoiści zyskaliby podstawę do pozy na szlachetnych męczenników, walczących o wyższe ideały. To też dałby się wysnuć dość trafny wniosek z ich stosunkowo skromnej niechęci do świata. W badaniu pokory jednak należy przedewszystkiem skupić uwagę na wewnętrznej stronie rzeczy. Nowa filozofja samowartościowania i samopotwierdzenia uważa pokorę za grzech. Jeśli nawet jest tak naprawdę, należy ona bezwątpienia do grzechów, stanowiących część składową grzechu pierworodnego. Czyli słowem wynikają z niej wszystkie rozkosze bytu. Każdy zakochany święci wprost orgje pokory.

         Wszyscy ludzie z temperamentem i szczerzy kosztują pokory już jako uczniacy, z chwilą zainteresowania się jakimś bohaterem. Głosiciele i wrogowie chrystjanizmu zaznaczają w pokorze specjalne chrześcijańskie pierwiastki, pomijając jednak często prawdziwe tego przyczyny. Poganie ciążyli do mocnego samopotwierdzenia jaźni, co było w związku z istotą ich wiary; bogowie ich byli coprawda silni i sprawiedliwi, ale przytem zmienni, kapryśni i obojętni. Istotą chrystjanizmu zaś był dosłownie Nowy Testament — przymierze z Bogiem, który ukazał człowiekowi jasną perspektywę wyzwolenia. Ludzie poczuli się bezpiecznymi, a wówczas, pewni przysięgi Najwyższego, zaczęli żądać pałaców ze srebra i pereł, uznali, mocą jakichś nieodwołalnych obietnic, swe prawo do wznoszenia się ponad gwiazdy i równocześnie odkryli pokorę. Powstał w ten sposób nowy dowód na nieodmienny paradoks, że właśnie ci najpewniejsi siebie, świadomi, są pokorni. Przykładem tego są fanatycy, umacniający swą ideę ewangeliczną na publicznych drogach. Są dość niemili, ale kto poznał ich naprawdę, nie może zaprzeczyć, iż budzą wstręt z dwu głównie powodów: z powodu swego rażącego rozradowania i swej drażniącej pokory. To zespolenie radości i poniżenia zbyt jest uderzające, by dało się przeoczyć...

         Należy zaznaczyć także, iż z chwilą zdyskredytowania pokory jako cnoty, odczuwa się silny odpływ radości z literatury i filozofji. Ludzkość wróciła do dawnego samopoczucia starożytnych Greków, ale zarazem do całej goryczy pesymizmu greckiego. Powstała literatura, która, uczyniwszy ubóstwienie jaźni wymagalnikiem, przedstawiała ludzi, jako najnędzniejszych szaleńców, zasługujących niby psy na uwiązanie do łańcucha. Sytuacja zaiste dziwna: radując się z całej duszy, nie uważamy się za godnych szczęścia; uznając boską emancypację własnej jaźni, wydajemy się sami sobie zgoła bez wartości. Wyjaśnia to jedynie fakt, że pokora zapuściła o wiele głębiej korzenie, niż sądzą współcześni, i stąd możnaby ją nazwać cnotą metafizyczną, nieomal matematyczną. Dowodzi tego najlepiej obserwacja ludzi, zarzekających się jawnie pokory, głosicieli samouznania i nieskrępowanego rozwoju jaźni, jako cnoty głównej. Ludzie ci, rzecz prosta, dążą do możliwie najwyższego udoskonalenia swych wrodzonych darów duchowych, unikając wszystkiego, co ma bodaj pozór niższości. Odsuwanie się takie nie ma racji, dowodzi tylko, iż od czego odsuwamy się, od tego bywamy również odsuwani. Zatrzaskując drzwi od wiatru mogę z równą ścisłością twierdzić, że mi wiatr drzwi zatrzasnął.

         Jakiekolwiek przeto byłyby cnoty, do których skłania nas triumfujący egoizm, w żaden sposób nie da się racjonalnie stwierdzić, że popycha on nas do głębszego poznania. Można usprawiedliwić wyrzucenie żebraka za drzwi, lecz przesądzanie z góry, że zna się wszystkie historje, które mógłby on opowiedzieć, wydaje się czystą głupotą, a to jest właśnie pretensja właściwa egoizmowi: mniema on, że przez samopotwierdzenie zdobywa wiedzę. Chrząszcz może być lub nie być niższy od nas, lecz gdyby nawet, to po tysiąckroć razy prawdą będzie zawsze, iż istnieje „chrząszczowe" pojmowanie prawdy, o którem nigdy się nie dowiemy. Kto zechce to zrozumieć, nie będzie szumnie się puszył, że nie jest chrząszczem, Nietzsche, najświetniejszy przedstawiciel szkoły egoistycznej, dowiódł z nieomylną logiką i szacowną miłością prawdy, iż filozofja samozadowolenia doprowadziła do wyniosłości wobec słabszych, tchórzów i nieoświeconych. Patrzenie z góry może być wielką przyjemnością, lecz z aeroplanu nie widzi się nic w postaci rzeczywistej, począwszy od szczytu górskiego do główki kapusty. Filozof egoistyczny może spoglądać z niebiańskiej i przejrzystej wyżyny, lecz zobaczy wszystko w skrócie i zniekształcone.

         Gdyby ktoś zechciał naprawdę, w granicach możliwości ujrzeć postać rzeczywistą świata, doszedłby do całkiem innej prawdy. Dążyłby do chwilowego wyzbywania się właściwości osobistych, oddalających go od przedmiotu badań. Chcąc poznać dokładnie rybę, nie można myśleć o własnych nogach, jako o największej ozdobie swej osoby. Poważny badacz moralności rybiej będzie abstrahował od swoich nóg. Tak samo miłośnik ptaków wyeliminuje swe ramiona; miłośnik żab zapomni o własnych zębach, słowem, kto pragnie zgłębić wszystkie nadzieje i cierpienia musi ograniczyć swoją osobowość, aż do zatrważającego stopnia. Ciało nasze, z którego tak słusznie jesteśmy dumni, faktycznie zaczyna nam przeszkadzać, gdy chcemy oceniać rzeczy w ich rzeczywistem bytowaniu; odbywa się w nas podczas docierania do jądra spraw proces duchowej askezy, kastracja całej istoty. Zdolność zmieniania się w coś jeszcze bardziej przejrzystego i niewidzialnego niż szyba, może tutaj oddać nam tylko przysługę. W pewnej bardzo zajmującej książce dla dzieci jest zdanie, że punkt nie zajmuje przestrzeni i nie dzieli się na części. Pokora jest tą sztuką zbytkowną, która redukuje się sama do punktu; nie do rzeczy wielkiej lub małej, lecz do rzeczy niepotrzebującej objętości, wobec której wszystkie przedmioty kosmiczne są tem, czem są istotnie - bezgranicznemi wielkościami. Przez czysty przypadek drzewa są wysokie a trawa krótka; ma to znaczenie tylko w stosunku do naszej miary.

         Lecz dla tego, który zdołałby bodaj na moment wyzbyć się tej przymusowej miary, będzie trawa wiecznym lasem, słupki przydrożne zagadkowemi górami; mlecz stanie się gigantycznem ogniskiem radości, zaś jaskry na łodygach, jak gwiazdy niebiańskie jedna ponad drugiemi. Między jednym a drugim kołkiem w płocie są nowe, dreszcz budzące krajobrazy: tu pustynia, ze sterczącą brzydką skałą; tam las cudowny z drzewami dźwigającemi korony, błyszczący wszystkiemi barwami zachodzącego słońca; tam znów jezioro potworów pełne, których nie odważyłby się uroić sobie nawet sam Dante, Są to wizje człowieka, który jak dziecko w bajce, trwoży się rzeczy nawet najmniejszych. Inny zaś sposób, droga zarozumiałości i wielkości, równałby nas z olbrzymem, który staje się coraz to większy i większy, co znaczy, iż gwiazdy są coraz mniejsze i mniejsze. Światy jeden za drugim rozpadają się przed nim; namiętne, „zawikłane życie codzienne" ginie mu z oczu tak, jak życie wymoczka człowiekowi patrzącemu niań bez mikroskopu. Przechadza się wśród pustych wieczności; może stwarzać nowe systemy i zapominać o nich, może odkrywać nowe ziemie i znów je porzucać. Lecz płomienna, wzniosła wizja rzeczywistości: olbrzymi jaskier, ognisty mlecz, cała odysea wśród dziwnie barwnych oceanów i drzew fantastycznych — ta wizja rozproszy się wraz ze śmiercią ostatniego człowieka pokornego.

Obrona nierozważnych ślubów > > >

Powrót