Obrona gwary

< < < Obrona rzeczy brzydkich

         Arystokraci 19 wieku unicestwili swą jedyną wartość. Cechuje ich pyszałkowość i arogancja; lecz pycha ich jest natrętna, a próby arogancji przygnębiające. Do tej pory głównym ich rysem była zmienność, żywotność i pełnia życia; oligarchja stanowiła pierwszą próbę wyzwolin na świecie. Obecnie jednak piastuje ona wprost przeciwny ideał „dobrych form", co dałoby się określić, jako purytanizm bez religji. Dobra forma usunęła arystokrację w cień, jak dźwięk dzwonka pogrzebowego. Panowie ziemi dążyli dawniej przedewszystkiem do wyróżnienia się; w tym celu wsadzali na hełmy swe wstrętne figury i malowali jaskrawo swe tarcze. Pragnęli podkreślić dokładnie, że niejaki Norfolk różnił się od pewnego Argylla tak dalece, jak biały lew od czarnej świni. Obecnie jednak ideał ich jest wprost przeciwny; gdyby Norfolkowi i Argyllowi udało się ubrać tak dalece jednakowo, że nie rozróżnianoby ich, tańczyliby z radości, wracając do domu.

         Skutki tego są wszechstronne. Arystokracja musi tracić swe znaczenie wobec świata, swą wartość idei zmienności, eksperymentu i barwy, my zaś musimy poszukiwać tych rzeczy w innej sferze. Pytanie, czy znaleźlibyśmy je w średniej warstwie społeczeństwa, równałoby się igraszce ze świętościami. Pozostaje jedyny wniosek, że istnieją pewne słoje klasy niższej, jak n. p. woźnice omnibusów, ze swym bogatym rokokowym sposobem myślenia, wśród których należy rozejrzeć się w poszukiwaniu drogowskazu do wolności i świata. Żargon stanowi jedyny zwycięsko płynący prąd poezji. Codzień tka bezimienny poeta jakąś przędzę języka ludowego. Bezsprzecznie i świat towarzyski, podobnie jak demokratyczny, mówi żargonem; prawda ta jest znakomitem poparciem naszego poglądu. Nie masz jednak rzeczy bardziej uderzającej, jak kontrast między ciężkim, formalistycznym, zdechłym żargonem światowym, a lekkim, żywotnym, giętkim żargonem ulicznego handlarza. Charakter języka wyższych warstw społeczeństwa, ludzi wykształconych, jest zaprawdę najbardziej bezkształtnym, bezplanowym i beznadziejnym produktem literackim, jaki świat widział kiedykolwiek.

         Oto znów znamię zwyrodnienia klas wyższych. Posiadamy dostateczne dowody, że dawni wodzowie wojen lenniczych wyrażali się z pewną naturalną symboliką i płynnością, która nie pochodziła z książek. Gdy Cyrano de Bergerac w sztuce Rostanda gromi przedstawiciela chrześcijańskiej głupoty i braku kultury, ów odpowiada: „Bah! on trouve de mots quand on monte a l'assaut; Oui, j'ai un certain esprit facile et militaire"; i te dwa wiersze ogarniają całą prawdę dawnych oligarchów. Nie umieli oni często napisać trzech liter czytelnych, ale zdolni byli nieraz tworzyć literaturę mówioną. Douglas przebiwszy serce Bruce'a, który stał przed nim w owej słynnej, ostatniej bitwie zawołał: „Idź naprzód wielkie serce, jak zwykłoś czynić zawsze." Pewien szlachcic hiszpański, gdy mu król poruczył podjąć gościnnie potężnego stanowiskiem znanego zdrajcę, rzekł: „Pragnę go przyjąć z całem oddaniem, a potem dom swój spalić”. Oto literatura bez kultury; oto mowa ludzi, wierzących w konieczność dumnej walki o poezję życia.

         Kto chciałby szukać podobnych pereł w rozmowie z młodzieńcem ze współczesnej Belgravia, miałby w życiu swojem wiele kłopotów. Dumna walka o poezję życia: nie tylko niemożliwa jest dla arystokraty; jest ona dla niego bardziej niemożliwa, niż dla kogokolwiek innego. Uchodziło w praktyce za gminność, gdy szlachcic szczycił się starożytnością swego nazwiska, po bliższej jednak rozwadze możnaby ujrzeć w tem jedyny i rozumny cel jego istnienia. Gdyby ktoś głosił na ulicy szorstką retoryką, właściwą czasom feudalnym, że jest Earl of Donkaster, zamkniętoby go w szpitalu warjatów; gdyby się jednak okazało, iż doprawdy jest on Earl of Donkaster, uważanoby go poprostu za człowieka ordynarnego. Nie należy dziś oczekiwać od Earlów, jako klasy, żadnej prozy poetyckiej. Elegancki bowiem żargon zaledwie jest mową; stanowi raczej rodzaj nieartykułowanych wrzasków zwierzęcych, zaznaczających niewyraźnie pewne określone i najprostsze stany duchowe. „Kaput", „elegancki", „szykowny" i t. d., to język jakiegoś dzikiego plemienia, skarb słowa złożony z dwudziestu dźwięków. Gdyby człowiek mody chciał protestować przeciw błędom innego człowieka mody, mowa jego byłaby szeregiem sztywnych zdań, nieżywa, jak zdechłe ryby, nanizane na sznurek. Ale woźnica z omnibusu wypowiedziałby to samo z solidnem literackiem zacięciem. Jasne jest jak słońce, że ten sposób mówienia jest nietylko literacki, ale literacki w bardzo kwiecistem, prawie artystycznem znaczeniu. W żadnym sonecie nie używa Keats tak rozległych przenośni, jak klnący handlarz uliczny, którego mowa jest jedną długą alegorją, niby Spensera "Królowa nimf".

         Nie uważam za potrzebne dowodzić, iż owa obrazowość poetycka stanowi cechę charakterystyczną żargonu. Są tu pewne wyrażenia, godne naprawdę Meredilha w swym tajemniczym i zawikłanym sposobie wypowiadania myśli, Amerykanie n. p. mają znane określenie „swelled head" (spuchnięty łeb) dla kogoś zarozumiałego ze swoich czynów i niedawno słyszałem na ten temat godną uwagi anegdotę. Oto pewien Amerykanin wyraził się, że Japończycy po wojnie z Chinami „potrzebują wzuwaka do butów przy wkładaniu kapeluszy". Jest to pomnik prawdziwej natury żargonu, którego wartość polega na coraz większem oddalaniu się od pierwotnego wyobrażenia i coraz większem i większem usuwaniem go w cień domysłu. Tkwi w tem coś z doktryny literackiej symbolistów.

         Istotna przyczyna tak wielkiego wygadania klas niższych, zwraca myśl naszą znowu do ustępu o arystokracji dawnych czasów. Klasy niższe żyją w stanie wojny, wojny słów. Ciętość ich jest produktem takiego samego płomiennego indywidualizmu, jak ciętość dawnych oligarchów wojowniczych. Każdy dorożkarz musi trzymać język w pogotowiu, podobnie jak każdy szlachcic minionych stuleci musiał być gotów do szabli. Nieszczęściem poezja, rozwijająca się podczas tego procesu, może być tylko poezją groteskową. Lecz, gdy wyższe klasy społeczeństwa zrezygnowały całkowicie ze swego prawa do heroicznej wymowy, nie jest cudem wcale, że rozwój języka musiał pójść w kierunku gadatliwości pospólstwa. Zasadniczą rzecz stanowi tu bowiem konieczność czyjejkolwiek pracy przy warsztacie, wzbogacanie języka nowemi symbolami i nowym wyrazem. Każdy żargon jest przenośnią, zaś każda przenośnia poezją. Gdybyśmy zbadali najpospolitsze, codzienne zdania, przechodzące ciągle przez nasze usta, przekonalibyśmy się, że są one równie bogate i sugestywne jak niektóre sonety. Weźmy bodaj jeden przykład: mówimy o jakimś człowieku, działającym społecznie, że „przełamuje lody". Gdyby oblec to w kształt sonetu, ujrzelibyśmy ponury i wzniosły obraz oceanu, pełnego wiecznych lodów, mroczne i szydercze zwierciadło północy, a na niem ludzi w tańcu, idących i ślizgających się, a pod tem szumiący i pracowity żywioł wodny — bezdenny. Świat żargonu jest pewnego rodzaju stawaniem poezji na głowie, pełen jest błękitnych cudów i białych słoni, pełen ludzi gubiących swe głowy, ludzi ściganych przez własne języki — jest pełnym chaosem baśni.

Obrona miłości do dzieci > > >

Powrót