Mitologia czy filozofia?


        Religia nie tylko nie jest mitologią; nie jest też filozofią. Nie jest filozofią dlatego, że jako wizja nie przypomina wykresu, tylko malowidło. Religia nie jest jednym z tych uproszczeń, które sprowadzają wszystko do abstrakcji, wyjaśniając na przykład, że wszystko się powtarza albo że wszystko jest względne, albo że wszystko jest nieuniknione, albo że wszystko jest złudzeniem. Nie jest to proces, tylko opowieść. Wiara ma swoje proporcje, tak jak opowieść albo malowidło, nie ma natomiast regularnych powtórzeń, jakie mają wzór albo proces. Z powodzeniem zastępuje jednak wszelkie procesy i wzory dzięki temu, że jest przekonująca tak jak malowidło albo opowieść. Innymi słowy, jest ona z życia wzięta. Bo w istocie jest ona życiem. Dobry przykład tego, co chcę tu powiedzieć, można znaleźć w stosunku filozofii i wiary do problemu zła. Łatwo jest stworzyć schemat życia na czarnym tle, jak malują je pesymiści, a potem dopuścić istnienie jednego czy dwóch okruchów gwiezdnego pyłu, mniej albo bardziej przypadkowych, a w każdym razie w dosłownym znaczeniu tego słowa znikomych. Równie łatwo jest stworzyć inny schemat na białym papierze, jak to robią chrześcijańscy scjentyści, i starać się w jakiś sposób wyjaśnić albo zlekceważyć te kropki i plamy, których istnieniu trudno byłoby przeczyć. Ostatecznie zaś najłatwiej jest uznać, wzorem dualistów, że życie przypomina szachownicę, na której czerń i biel przeplatają się w równych proporcjach, i o której można równie słusznie powiedzieć, że przedstawia czarne pola na białym tle, jak i białe pola na czarnym tle. Każdy człowiek czuje jednak w głębi serca, że żaden z tych papierowych planów nie jest z życia wzięty, że żaden z tych światów nie nadaje się do zamieszkania. Coś mu podpowiada, że ostateczna idea świata nie jest zła ani nawet obojętna; patrząc na niebo, na trawę, na prawdy matematyki albo na nowo złożone jajko, ma on niejasne wrażenie przypominające cień tego, co powiedział wielki chrześcijański filozof, św. Tomasz z Akwinu, że każde istnienie jako takie jest dobre. Z drugiej strony coś innego mu podpowiada, że jest rzeczą niemęską i podłą, a nawet chorą, minimalizować zło do rozmiarów kropki czy też plamy. Człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że optymizm jest niezdrowy. Jest, o ile to możliwe, jeszcze bardziej niezdrowy niż pesymizm. Te niejasne, ale zdrowe uczucia, gdyby spróbował je zanalizować, doprowadziłyby go do przekonania, że zło stanowi w jakiś sposób wyjątek, ale wyjątek gigantyczny, i że ostatecznie można je nazwać inwazją albo jeszcze lepiej: rebelią. Człowiek nie uważa, że wszystko jest dobre albo że wszystko jest złe, albo że wszystko jest równie dobre i złe. Uważa jednak, że dobro ma prawo być dobre, a zatem ma prawo istnieć, natomiast zło nie ma prawa być złe, a zatem nie ma prawa istnieć. Zło jest księciem tego świata, ale równocześnie jest na tym świecie uzurpatorem. W ten sposób człowiek mgliście tłumaczy sobie to, co wyraźnie przedstawia mu wizja, i jego tłumaczenie nie różni się wcale od dziwnej historii zdrady w niebie i wielkiej dezercji, przez którą zło uszkodziło i próbowało zniszczyć niestworzony przez siebie kosmos. Jest to bardzo dziwna historia, a jej proporcje, linie i kolory są tak arbitralne i niepodlegające dyskusji jak kompozycja malowidła. Jest to wizja, którą rzeczywiście przedstawiamy na obrazach pod postacią tytanicznych kończyn i gorących barw skrzydeł, w otchłannej wizji spadających gwiazd i mieniących się pawimi kolorami pancerzy nocy. Ale ta dziwna historia ma jedną małą przewagę nad schematami. Jest z życia wzięta.

        Inny przykład można znaleźć nie tyle w problemie zła, ile w czymś, co nazywamy problemem postępu. Jeden z najzdolniejszych agnostyków naszego wieku zapytał mnie kiedyś, czy uważam, że ludzkość zmienia się na lepsze, czy na gorsze, czy też pozostaje niezmieniona. Był pewien, że takie przedstawienie sprawy wyczerpuje wszystkie możliwości. Nie dostrzegał, że obejmowało ono jedynie schematy, a nie obrazy; procesy, a nie opowieści. Zapytałem go, czy sądzi, że pan Smith z Golders Green stawał się lepszy, czy gorszy, czy też pozostawał dokładnie taki sam między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia. Wtedy zaświtało mu, że sprawa ta zależy raczej od samego pana Smitha i od tego, co sam zdecyduje. Nigdy przedtem nie przyszło mu do głowy, że postęp ludzkości mógłby zależeć od tego, co ona sama zdecyduje, i że tor tego postępu nie byłby poziomą albo wznoszącą się czy opadającą linią, ale że mógłby raczej przypominać ślad przecinającego dolinę człowieka, który idzie, gdzie mu się podoba i zatrzymuje, kiedy ma chęć - wstępuje po drodze do kościoła albo wpada pijany do rowu. Życie człowieka jest opowieścią; jest opowieścią przygodową, a w naszej wizji to samo dotyczy nawet opowieści o Bogu.

        Wiara katolicka jest pojednaniem mitologii i filozofii, ponieważ stanowi urzeczywistnienie ich obu. Jest ona opowieścią i w tym sensie stanowi jedną z setek opowieści; tyle że jest opowieścią prawdziwą. Jest filozofią i w tym sensie stanowi jedną z setek filozofii; tyle że jest to filozofia z życia wzięta. Nade wszystko jednak jest ona pojednaniem obu tych zjawisk, gdyż stanowi coś w rodzaju filozofii opowieści. Zdrowy instynkt narracyjny, który wydał na świat wszystkie bajki, jest czymś zaniedbywanym przez wszystkie filozofie — wszystkie, oprócz tej jednej. Wiara jest usprawiedliwieniem tego pospolitego instynktu, jest odkryciem pasującej do nieigo filozofii czy też analizą filozofii, którą ten instynkt zawiera. Dokładnie w ten sam sposób, w jaki człowiek będący bohaterem opowieści przygodowej musi przejść rozmaite próby, by ocalić swoje życie, tak człowiek będący bohaterem tej filozofii musi przejść rozmaite próby i zbawić swoją duszę. W obydwu wypadkach występuje idea wolnej woli działającej w ramach pewnego planu. Innymi słowy, istnieje pewien cel i zadaniem człowieka jest zmierzanie do tego celu; przyglądamy się zatem człowiekowi, by stwierdzić, czy trafi do niego, czy nie. Otóż ten głęboki demokratyczny i dramatyczny instynkt jest wyśmiewany i lekceważony przez wszystkie filozofie, z wyjątkiem jednej. Albowiem wszystkie filozofie zgodnie z własną deklaracją kończą się tam, gdzie się zaczęły, natomiast opowieść z definicji jest czymś, co kończy się inaczej, co zaczyna się w jednym miejscu, a kończy w zupełnie innym. Od Buddy i jego koła po Echnatona i jego tarczę słoneczną, od Pitagorasa z jego abstrakcją liczb po Konfucjusza z jego religią rutyny nie ma ani jednego filozofa, który w jakiś sposób nie grzeszyłby przeciwko duchowi opowieści. Żaden z nich nie pojmuje naprawdę tego jakże ludzkiego pojęcia baśni, próby, przygody; nie pojmuje zmagań wolnego człowieka. Każdy skazuje niejako instynkt narracyjny na śmierć głodową i w ten czy inny sposób niszczy w życiu ludzkim element romantycznej opowieści — albo przez fatalizm (pesymistyczny czy też optymistyczny) i przeznaczenie, które uśmiercają przygodę, albo przez obojętność i dystans, które uśmiercają dramatyzm, albo przez fundamentalny seeptyeyzm, który zmienia aktorów w atomy, albo przez materialistyczne ograniczenie przysłaniające perspektywę moralnych konsekwencji, albo przez mechaniczną powtarzalność, która nawet próby moralne zaraża monotonią, albo przez bezdenną względność, która nawet praktyczne próby skazuje na niepewność. Jest coś takiego jak ludzka opowieść i jest coś takiego jak Boska opowieść, która jest równocześnie opowieścią ludzką; nie ma jednak niczego takiego jak opowieść heglowska albo monistyczna, albo relatywistyczna, albo deterministyczna. Albowiem każda opowieść, tak, nawet tani romans albo krwawy szmatławiec, ma w sobie coś, co należy do naszego wszechświata, a nie do wszechświata filozofów. Każda opowieść naprawdę zaczyna się od stworzenia i kończy sądem ostatecznym.

        I to właśnie jest przyczyna, dla której mity i filozofie toczyły wojnę do czasu przyjścia Chrystusa. Oto dlaczego ateńska demokracja zabiła Sokratesa z szacunku dla bogów i dlaczego każdy wędrowny sofista stroił się w piórka Sokratesa, ilekroć mógł przemawiać z wyższością o bogach; oto dlaczego heretycki faraon zburzył wielkie idole i świątynie dla jednej abstrakcji i dlaczego kapłani mogli triumfalnie powrócić i zdeptać jego dynastię; oto dlaczego buddyzm musiał oddzielić się od braminizmu i dlaczego w każdym wieku i w każdym kraju poza światem chrześcijańskim istniał niekończący się spór między filozofami i kapłanami. Łatwo jest powiedzieć, że filozofowie najczęściej mieli więcej rozsądku, a jeszcze łatwiej zapomnieć, że kapłani zawsze cieszyli się większą popularnością. Kapłani bowiem opowiadali ludziom historie, a filozofowie nie rozumieli filozofii opowieści. Pojawiła się ona dopiero wraz z opowieścią o Chrystusie.

        Dlatego też musiało to być objawienie czy też wizja zesłana z góry. Każdy, kto zastanowi się nad teorią opowieści albo malowideł, łatwo zrozumie dlaczego. Prawdziwa opowieść o świecie musi zostać opowiedziana przez kogoś komuś innemu. Z samej natury opowieści wynika, że nie może ona po prostu każdemu przyjść do głowy. Opowieść ma swoje proporcje, warianty, niespodzianki, szczególne skłonności, których nie można rozpracować przez zastosowanie abstrakcyjnej zasady, tak jak rozwiązuje się równanie. Z pitagorejskiej teorii liczb albo idei powtarzalności nie możemy wydedukować, czy Achilles zwróci ciało Hektora. Podobnie na podstawie wyjaśnienia, że wszystko kręci się w kółko zgodnie z kołem Buddy, nie możemy odgadnąć, w jaki sposób świat odzyska ciało Chrystusa. Człowiek, być może, byłby w stanie dojść do twierdzenia Euklidesa, nawet gdyby nigdy nie słyszał o Euklidesie; nie mógłby jednak dojść do szczegółowej legendy o Eurydyce, gdyby nigdy nie słyszał o Eurydyce. W każdym razie nie byłby pewien, jak ta historia się skończy i czy Orfeusz ostatecznie poniesie klęskę. Jeszcze trudniej byłoby mu odgadnąć zakończenie naszej opowieści, naszej legendy o Orfeuszu, który powrócił z martwych nie pokonany, ale zwycięski.

        Podsumowując, możemy stwierdzić, że świat odzyskał trzeźwość umysłu, a człowiek zyskał możliwość zbawienia dzięki czemuś, co naprawdę zaspokoiło dwie wojujące ze sobą tendencje przeszłości; tendencje, które nigdy nie zostały w pełni zaspokojone, a już na pewno nie zostały zaspokojone równocześnie. To nowe zjawisko zaspokoiło mitologiczne pragnienie przygody przez to, że było opowieścią, i zaspokoiło filozoficzne pragnienie prawdy przez to, że było opowieścią prawdziwą. Oto dlaczego idealny bohater tej opowieści musiał być postacią historyczną, za jaką nikt nigdy nie brał Adonisa albo Pana. Ale z tego samego powodu bohater ów musiał być ideałem, a nawet wypełniać wiele innych funkcji przypisywanych takim ideałom - dlatego właśnie był on jednocześnie ofiarą i ucztą, dlatego jego symbolem mogła być rosnąca winorośl albo wschodzące słońce. Im głębiej będziemy rozważać tę kwestię, tym mocniej będziemy przekonani, że jeśli rzeczywiście istnieje Bóg, to Jego stworzeniu trudno byłoby osiągnąć inny punkt kulminacyjny niż takie właśnie obdarowanie świata prawdziwą opowieścią. W przeciwnym razie dwa bieguny ludzkiego umysłu nie mogłyby się nigdy spotkać i mózg człowieka pozostałby na zawsze parzysty i rozdzielony - jedna półkula śniłaby niemożliwe sny, a druga powtarzała niezmienne kalkulacje.Twórcy obrazów malowaliby w nieskończoność portret nieprzedstawiający nikogo. Mędrcy w nieskończoność dodawaliby liczby, które w sumie nie dawałyby niczego. Tej przepaści nie mogło pokonać nic poza wcieleniem, które było boskim ucieleśnieniem naszych snów, i odtąd nad przepaścią stoi ten, którego imię oznacza więcej niż kapłan i jest starsze nawet niż chrześcijaństwo: Pontifex Maximus, najpotężniejszy budowniczy mostów.

G. K. Chesterton "Wiekuisty Człowiek" (387-394), Warszawa - Ząbki: 2004

Powrót