Koniec pogaństwa


        Ludzie nie chcą wierzyć, ponieważ nie chcą rozszerzyć swych umysłów. Zgodnie z własnym swoim wierzeniem mógłbym to oczywiście wyrazić w ten sposób, że nie są oni dostatecznie katoliccy, to znaczy powszechni, aby być katolikami. Nie zamierzam tu jednak dyskutować o prawdach nauki chrześcijańskiej, ale chcę mówić po prostu o fakcie historycznym chrześcijaństwa - takim, jakim by się on mógł przedstawić człowiekowi rzeczywiście oświeconemu i obdarzonemu wyobraźnią, choćby nawet nie był on chrześcijaninem. Chcę tu zaznaczyć, że większa część wątpliwości dotyczy szczegółów. W trakcie przypadkowej lektury człowiek trafia na opis jakiegoś pogańskiego obyczaju, który go uderzy malowniczością, albo na jakiś chrześcijański czyn, który go uderzy Okrucieństwem; ale nie dokonywa dostatecznego wysiłku umysłowego, aby swoje myślenie rozszerzyć, aby pojąć ogólną prawdę co do obyczaju pogańskiego i chrześcijańskiej przeciwko niemu reakcji. Dopóki nie zrozumiemy - niekoniecznie w szczegółach, ale w ogólnych zarysach i proporcjach - tego pogańskiego czynu i tej chrześcijańskiej reakcji, dopóty nie możemy naprawdę zrozumieć tej chwili dziejowej, w której zjawia się św. Franciszek, ani na czym polegało jego wielkie posłannictwo do nas.

        Otóż każdy chyba wie, że wieki dwunasty i trzynasty były przebudzeniem się świata. Był to czas nowego rozkwitu kultury i twórczości po długim okresie znacznie surowszych, a nawet bardziej jałowych doświadczeń, któremu dajemy miano „wieków ciemnych". Można by nazwać te czasy wyzwoleniem; były one z pewnością końcem pewnej epoki, która może się nam choćby wydawać bardziej szorstka i bardziej nieludzka. Ale co właściwie się skończyło? Od czego ludzie zostali wyzwoleni? Tu właśnie następuje konflikt między niezgodnymi poglądami różnych historiozofii. Ze stanowiska często zewnętrznego i świeckiego słusznie mówiono, że ludzie się Obudzili ze snu; ale w owym mistycznym, a czasem potwornym śnie były marzenia. Zgodnie z tą rutyną racjonalistyczną, w którą popadła większość współczesnych historyków, wystarcza, gdy się powie, że ludzie zostali wyzwoleni z dzikich przesądów i postąpili ku bardziej cywilizowanemu oświeceniu. Tymczasem to właśnie jest tą grubą pomyłką, która na samym początku tej naszej historii stanowi kamień obrazy. Każdy, kto mniema, że wieki ciemne były tylko ciemnością i niczym więcej, a jutrzenka wieku trzynastego była tylko światłem dziennym i niczym więcej, nie zdoła nic a nic zrozumieć z historii ludzkiej św. Franciszka z Asyżu. Prawda jest taka, że radość św. Franciszka i jego jongleurs de Dieu nie była jedynie obudzeniem się. Było to coś, czego niepodobna zrozumieć, jeśli się nie rozumie ich wiary mistycznej. Koniec wieków ciemnych nie był jedynie końcem jakiejś niewoli przesądów. Był on końcem czegoś, co należało do zupełnie określonego, ale zgoła innego porządku ideowego.

        Był to koniec pokuty lub - jeśli kto woli - oczyszczenia. Oznaczał chwilę, kiedy pewna ekspiacja duchowa została ostatecznie dopełniona i pewne choroby duchowe zostały ostatecznie usunięte z organizmu. A były one usunięte przez okres ascetyzmu, który stanowił jedyny środek do ich usunięcia. Chrześcijaństwo przyszło na świat, aby go uleczyć, i uleczyło świat w jedyny sposób, w jaki mógł on być uleczony. Jeżeli spojrzymy na całość wysokiej cywilizacji starożytnej ze stanowiska czysto zewnętrznego i doświadczalnego, to kończy się ona nauczeniem się pewnej lekcji, to znaczy nawróceniem się na chrześcijaństwo. Ale ta lekcja była i pewnym faktem psychologicznym - oprócz tego, że była teologiczną wiarą. Ta cywilizacja pogańska była istotnie bardzo wysoką cywilizacją. Nie osłabi to naszej tezy - być może nawet ją wzmocni - jeśli powiemy, że była to najwyższa cywilizacja, do jakiej ludzkość kiedykolwiek doszła. Odkryła ona kunszty poezji i odtwarzania plastycznego, którym dotąd nie dorównano; odkryła swoje własne trwałe ideały polityczne, odkryła swój własny jasny system logiki i języka. Ale przede wszystkim odkryła swój własny błąd.

        Ów błąd był zbyt głęboki, aby można go idealnie określić; nazwijmy go w stenograficznym skrócie błędem kultu natury. Można by go z równą słusznością nazwać błędem zbyt naturalnego obcowania z przyrodą; był to więc błąd bardzo naturalny. Grecy - ci wielcy przewodnicy i pionierzy starożytności pogańskiej - wyszli z poglądu wspaniale oczywistego i prostego, z poglądu, że jeśli człowiek będzie kroczył prosto przed siebie po drodze rozsądku i natury, to nic złego stać się mu nie może; szczególnie, jeżeli będzie - jak był Grek - wybitnie oświeconym i inteligentnym człowiekiem. Powiedzmy żartobliwie, że człowiek miał po prostu iść za końcem swego nosa, dopóki to był nos grecki. Ale przypadki samych Greków dobrze ilustrują tę dziwną a nieuniknioną fatalność, do której to złudzenie prowadzi. Skoro tylko sami Grecy zaczęli iść kierując się swymi nosami i swymi własnymi pojęciami naturalności, wydarzyła się im - jak się zdaje - najdziwaczniejsza rzecz w historii. Była to rzecz zbyt dziwaczna, aby można było o niej łatwo mówić. Można tu zaznaczyć, że nasi najwstrętniejsi realiści nigdy nam nie dają korzystać w pełni z dobrodziejstwa swego realizmu. Ich studia nad obrzydliwymi tematami nigdy nie wzmiankują o świadectwie, które te tematy dają prawdom moralności tradycyjnej. Ale gdybyśmy się w takich rzeczach lubowali, moglibyśmy przytoczyć ich tysiące na poparcie etyki chrześcijańskiej. Nikt, na przykład, w tym sensie nie napisał prawdziwej historii moralnej Greków. Nikt nie dostrzegł doniosłości ani dziwaczności tej sprawy. Najmądrzejsi ludzie świata postanowili być naturalnymi i pierwszą rzeczą, którą zrobili, była najbardziej nienaturalna rzecz na świecie. Bezpośrednim wynikiem oddawania czci słońcu i słonecznemu zdrowiu natury była jakaś perwersja, która poczęła się szerzyć niby zaraza morowa. Najwięksi i nawet najczystsi filozofowie nie mogli się widocznie uchronić od tego niskiego rodzaju obłąkania. Dlaczego? Zdawałoby się, że to takie proste dla narodu, którego poeci stworzyli Helenę trojańską, a rzeźbiarze Wenus z Milo, zachować zdrowie w tym względzie. A jednak prawdą jest, że ludzie, którzy czczą zdrowie, nie mogą pozostać zdrowymi. Kiedy człowiek idzie prosto, sam się skrzywia. Kiedy idzie za końcem swego nosa, sam siebie niejako za nos wodzi albo nawet rozbija sobie nos o latarnię ośmieszając się, i to w zgodzie z czymś tkwiącym w naturze ludzkiej znacznie głębiej, niż czciciele natury mogliby kiedykolwiek zrozumieć. Odkrycie tej głębszej rzeczy - mówiąc po ludzku - było nawróceniem się na chrześcijaństwo. Jest w człowieku wrodzone skrzywienie, jak skrzywienie w pewnym rodzaju kuli do gry, a chrześcijaństwo było odkryciem, jak należy uwzględnić poprawkę przy tym skrzywieniu, aby trafić do celu. Wielu czytelników będzie się śmiało z tego, co tu powiem, ale jest to głęboka prawda, że wesołą, dobrą nowiną przyniesioną przez Ewangelię była nowina o grzechu pierworodnym.

        Rzym wzrósł kosztem swych greckich nauczycieli głównie dlatego, że nie całkiem się zgodził na przyjęcie oszukańczych nauk. Miał on znacznie godziwszą tradycję domową, ale ostatecznie ucierpiał od tego samego złudzenia w swej tradycji religijnej, która w wielkim stopniu była z konieczności pogańską tradycją kultu natury. Niedomaganiem całej cywilizacji pogańskiej było to, że nie dawała ona ludziom jako masie innego pokarmu mistycznego niż tajemnicy bezimiennych sił przyrody - takich jak płeć, rozwój i śmierć. Tak samo w cesarstwie rzymskim - na długo przed jego końcem - znajdujemy kult natury wywołujący z konieczności rzeczy przeciwne naturze. Historia Nerona stała się przysłowiowa; widzieliśmy wówczas sadyzm bezczelnie rozsiadły na tronie w jasny dzień. Ale ta prawda, o której myślę, jest czymś znacznie subtelniejszym i powszechniejszym niż konwencjonalny katalog okropności z okresu cezarów. Zdarzyło się bowiem wyobraźni ludzkiej wziętej jako całość, że cały świat zabarwił się niebezpiecznymi i wyniszczającymi namiętnościami; namiętnościami naturalnymi, które stawały się przeciwne naturze. I tak wynikiem uważania płci jedynie za coś niewinnego i naturalnego było to, że każda inna niewinna i naturalna rzecz nasiąkała i przesycała się płcią. Albowiem płci nie można stawiać na równi z takimi elementarnymi doznaniami, jak jedzenie i spanie. Z chwilą gdy płeć przestaje być sługą, staje się tyranem. Jest coś niebezpiecznego i nieproporcjonalnego w miejscu zajmowanym przez nią w naturze ludzkiej - jakakolwiek by tego była przyczyna - i potrzebuje ona naprawdę specjalnego oczyszczenia i poświęcenia. Współczesne opowiadanie o tym, że płeć jest tak samo wolna jak inne zmysły, o ciele ludzkim, że jest ono tak samo piękne jak każde drzewo czy kwiat, jest albo opisem rajskiego ogrodu, albo próbką tej gruntownie kiepskiej psychologii, której świat miał już dosyć dwa tysiące lat temu.

        Nie trzeba tego mieszać ze zwykłym zgorszeniem na widok zepsucia świata pogańskiego okazywanym w poczuciu własnego zdrowia moralnego. Nie w tym rzecz, że świat pogański był zepsuty, ale w tym, że był na tyle dobry, aby zrozumieć, iż pogaństwo się psuło, albo raczej, iż było na prostej drodze logicznej wiodącej do zepsucia. Sądzę, że „magia naturalna" nie miała przed sobą przyszłości; wszelkie jej pogłębianie prowadziło tylko do jej pociemnienia, to znaczy do czarnej magii. Nie miała przed sobą przyszłości, gdyż w przeszłości tylko dlatego była niewinna, że była młoda. Rzec by można, że tylko dlatego była niewinna, iż była płytka. Poganie byli mądrzejsi niż pogaństwo; dlatego też poganie stali się chrześcijanami. Tysiące pogan miało i filozofię, i cnoty rodzinne, i honor wojskowy, które ich podtrzymywały; ale wtedy już ta rzecz na całkiem powszechny użytek, zwana religią, niewątpliwie ciągnęła ich w dół. Jeżeli się pamięta, że taka psychologiczna reakcja, jaką opisaliśmy, przeciwko temu złu się rozpoczęła, nie zdziwi nas powtórzenie, że było to zło, które istniało wszędzie. W innym i bardziej dosłownym sensie niż imię bożka nazwa jego była Pan. To bynajmniej nie przenośnia, że ci ludzie potrzebowali nowych niebios i nowej ziemi, a to dlatego, że oni rzeczywiście splugawili własną ziemię i nawet własne niebo. Jakżeżby mogli szukać rozwiązania swych spraw podnosząc wzrok ku niebu, skoro na nim wypisane były gwiazdami legendy erotyczne; jakżeżby mogli nauczyć się czegoś od miłości do ptaków i kwiatów, skoro opowiadali o nich takie sprośne historie miłosne? Niepodobna tu mnożyć przykładów, ale jeden drobny wystarczy za wszystkie. Wiemy wszyscy, jakie sentymentalne obrazy wywołuje u nas słowo „ogród"; jakie w nas się budzą przy tym wspomnienia - przeważnie melancholijne i niewinne; często będzie to wdzięczny obraz jakiegoś młodego dziewczęcia albo poczciwego starego proboszcza przy cisowym żywopłocie - może na tle wieży wiejskiego kościółka. A teraz, kto zna nieco poezję łacińską, niech sobie raptem przypomni, co by to było w ogrodzie na miejscu zegara słonecznego czy fontanny, jaka by tam stała w słońcu sprośna i potworna figura i jakiego to rodzaju był bóg ogrodów pogan.

        Od tego opętania mogłaby ich uwolnić tylko religia dosłownie nieziemska. Na nic by się nie przydało radzić tym ludziom, aby mieli naturalną religię pełną gwiazd i kwiatów; nie było tam bowiem nie splamionego kwiatu ani nawet nie splamionej gwiazdy. Trzeba im było iść na pustynię, gdzie nie było kwiatów, albo nawet do pieczary, gdzie nie mogli widzieć gwiazd. Na tę pustynię i do tej pieczary najwyższa kultura ludzka poszła na kilka stuleci, i to było najmądrzejsze, co potrafiła uczynić. Tylko zupełna nadprzyrodzoność mogła jej dać zbawienie; jeżeliby Bóg nie mógł jej zbawić, to bogowie nie mogliby na pewno. Pierwotny Kościół nazywał bogów pogaństwa diabłami i pierwotny Kościół miał słuszność. Jakikolwiek by niegdyś był udział religii naturalnej przy ich powstawaniu, obecnie tylko zło zamieszkiwało puste ołtarze. Bożek Pan był jedynie paniką. Wenus była tylko rozpustą weneryczną. Oczywiście, nie twierdzę ani przez chwilę, że wszyscy poszczególni poganie byli tego typu - nawet pod koniec pogaństwa; ale różnili się odeń tylko jako jednostki. Nic tak jasno nie odróżnia pogaństwa od chrześcijaństwa jak fakt, że sprawa indywidualna zwana filozofią nie miała nic wspólnego - albo bardzo mało - ze sprawą społeczną zwaną religią. Tak czy owak na nic by się nie zdało głosić religii naturalnej ludziom, dla których natura stała się tak samo nienaturalna, jak nienaturalna się wydać mogła wszelka religia. Oni sami wiedzieli znacznie lepiej od nas, co im dolega, i jakie to diabły ich kuszą i dręczą zarazem; toteż umieścili na tym długim okresie historii tekst: „A ten rodzaj nie wypędza się inaczej jak przez modlitwę i post".

G. K. Chesterton "Święty Franciszek z Asyżu" (18-26), Pax, Wa-wa: 1959

Powrót