O nowym imperjalizmie

        Artykuł poniższy, drukowany w „G. K.'s Weekly" z d. 19 marca r. b., podajemy, jako próbkę publicystyki Chestertona, z tej strony mało znanego naszej publiczności. Poza swobodną literacką twórczością temperament działacza skłania Chestertona do stałej walki publicystycznej o wyznawane idee. Każdy numer tygodnika „G. K.'s Weekly" przynosi parę artykułów pióra redaktora, który od wielu lat na łamach swego pisma polemizujące z najbardziej utalentowanymi bojownikami obozu międzynarodowo-radykalnego: H. G. Wellsem i Bernardem Shawem. Zwłaszcza Wells w ostatnich latach cieszy się coraz większym mirem, jako ideolog państwa światowego, którego podwaliną ma być postęp mechaniczny, udoskonalenie środków komunikacji, rozwój handlu i t. d. Idee te przenikają i do nas, i my zatem z pożytkiem czytać możemy odprawę, daną Wellsowi przez Chestertona.(1)

         Blizko trzydzieści lat temu oświadczył Cecil Rhodes, że Imperjum Brytyjskie jest niedość wielkie i że wszystko poświęcić należy dla przeprowadzenia drogi żelaznej, albo telegrafu z Kairu do Kapsztadtu, dla którego to celu przekupił polityków, otworzył Wilhelmowi wrota do Bagdadu i omal nie przyprawił nas o przegraną w wielkiej wojnie. Nazywało się to wówczas „myśleniem imperjami", bo nie obliczono się z imperjum niemieckiem. Lecz zwano to także „myśleniem kontynentami", i ta formuła po dziś dzień jest aktualna.

         Blizko trzy tygodnie temu p. H. G. Wells oświadczył, że wielkie przedsiębiorstwa są nie dość wielkie i że wszystko należy poświęcić dla otwarcia dalekich dróg komunikacji aeroplanowej. I on myślał kontynentami i to energicznie, żalił się jednak, że żadna kombinacja handlowa nie jest dość wielka, aby pokryć wszystkie kontynenty łatwo, zwycięsko i w duchu odpowiedniej pogardy dla państw, z których przypadkowo składają się te kontynenty. Irytują go wciąż zapory granic narodowych, jak gdyby to była jakaś bezsensowna plątanina drutów kolczastych i trapi go wielce, że drobnostki takie jak tradycje Nelsona, Waszyngtona albo św. Joanny d'Arc miałyby wogóle być brane pod uwagę, kiedy wchodzi w grę interes samolotu handlowego. Myśl zawraca mimowoli do tego cudownego drutu, który miał ciągnąć się tysiące mil w dzikich lub niezamieszkałych okolicach podzwotnikowych i filozofji tej nie zmienia fakt, że dawni czciciele drutu dziś wielbią telegraf bez drutu. P. Wells jest, zdaje się, czcicielem aeroplanu. Oto bóstwo, ideał, absolut, dla którego poświęcić warto wszelką sprawę ludzką czy historyczną.

         To tylko smutne, że żaden miljoner nie jest tak wielkim monopolistą, by samolotom móc zmiatać cywilizacje z drogi, domyślamy się zaś, że dla rozszerzenia monopolu zostać musi jeszcze większym miljonerem. Umysł, myślący kontynentami, z natury rzeczy szuka kontynentów, gdzie kultura nie tamuje wymiany handlowej. Nie biorąc przypuszczalnie w rachubę Arktydy i Antarktydy (najlepiej odpowiadających celowi na pierwszy rzut oka, bo nie zatrutych złudzeniami patrjotyzmu), rzuca orle spojrzenie na rozłogi Rosji i Syberji, zostające pod nominalną władzą sowietów i dochodzi do wniosku, że sowiety są za biedne, żeby się na wiele światu zdać mogły. Chwilę zatrzymuje wzrok na innym wielkim i ludnym kraju, (Ameryka - przyp. red.) uważając go słusznie za jedyne wielkie zbiorowisko ludzi, nie podzielone granicami narodowemi. Jest to zarazem jedyna społeczność, z której p. Wells mógłby być wysiudany za oświadczenie, że wierzy w Ewolucję i mógłby czasem być ukarany za zapalenie papierosa, a czasem nie być ukarany za spalenie murzyna żywcem. Powyższe dostatecznie wskazuje, jak szeroka jest ideologja tych szerokich kontynentów.

         Cobyśmy pomyśleli o człowieku, któryby zaczął uskarżać się - może słusznie - że dzwonki elektryczne na pewnej ulicy są źle założone, albo często się psują, a potem zaproponował, aby w każdym domu poświęcono swoisty tryb życia rodzinnego na rzecz ulepszenia dzwonków? Aby Brownowie wyrzekli się obyczajów cyganerji, Smithowie muzyki a Robinsonowie czytania książek i zabaw z dziećmi, bo wszystko to utrudni funkcjonowanie nowego systemu dzwonków? Czy mają dla tej idei wyrzucić meble, porozwalać ściany i utracić domy? Wiele dałoby się za tem powiedzieć, nasuwa się tylko wątpliwość, czy potrzebne są dzwonki bezdomnym? i pocóż korzystać z komunikacji, jeśli wszystko wszędzie jednakowe?

         Lecz we mnie sprawa ta budzi zainteresowanie niemal autobiograficzne, bo przenosi mnie w odległe czasy sporów o Rhodesa, Kiplinga i czerwony kolor na mapie. I z dziwnem wzruszeniem, jakby wywołanem przez szczególny zbieg okoliczności, wspominam, że także w owych czasach, przed wszystkiemi zmianami, co zaszły w stosunkach osobistych i nieosobistych, p. Wells i Shaw stali po stronie owych kosztownych imperjów, ja zaś stronie mniejszych ustrojów. W praktyce popierali bowiem imperjalizm, mimo, że nie poczuwali się do patrjotyzmu. W każdym razie byli po stronie wielkich bataljonów albo wielkich bateryj - zwłaszcza elektrycznych. Bardziej może gustowali wtedy w niszczeniu, dziś zaś uśmiercanie elektrycznością wychodzi z mody. Lecz nawet wtedy imperjalny pokój uważano za jedyny cel imperjalnej wojny, i wydaje mi się, że pokój, za jakim się dziś apostołuje, również jest w istocie swej imperjalny. Ma on podbijać, a zatem brać w niewolę, tylko że chodzi tu nie o panowanie jednej kultury nad innemi, lecz o panowanie bezbarwnej, abstrakcyjnej idei komunikacji nad wszystkiemi kulturami. To znów ta sama sprawa kolei - Kair - Kapsztadt, tylko, że Anglików co tę kolej budują, historja Canterbury obchodzi równie mało, jak historja Kairu. Chcę tu uwydatnić, że świat Wellsa i Webba rozszerzał się wówczas w nieokreślony sposób, rozszerza się wciąż jeszcze i poza rozszerzaniem się niezdolny jest do niczego. P. Wells jest wciąż uwięziony w nieskończoności i nie może uciec ze swego bezkreśnie rozszerzalnego więzienia. Myśliciel tej szkoły ciągle jeszcze stara się uleczyć wady jakości przez powiększenie ilości. Jeśli ciasno mu w obrębie krajobrazu, myśleć może tylko o mnóstwie krajobrazów, jeśli ludzie zachowują się jak głupcy, on proponuje zebrać więcej ludzi i więcej głupców.

         Co do mnie to z każdym dniem lepiej pojmuję, że to, czego świat potrzebuje, to naprawa wgłąb, a nie wszerz. Nic nie warte jest rozszerzanie się bez podniesienia jakości. Imperjaliści z przed lat dwudziestu chcieli znieść granicę pomiędzy Burami a Brytami, a znieśli granicę między Żydami z Johannesburga i nieprzyjaznymi nam Holendrami z Kraju Przylądkowego (Cape). W razultacie jedni i drudzy połączyli się przeciw nam i teraz stan tej granicy jest gorszy, niż pierwotnie. Internacjonaliści dzisiejsi chcą znieść sto granic w stu różnych miejscach, rezultat będzie zawsze ten sam: koalicja najmniej związanych z ziemią i najmniej uczciwych elementów, związująca się w międzynarodową konspirację przeciwko wszystkim innym żywiołom. Typowym przekładem współczesnym są stosunki angielsko-amerykańskie. Radjo, lotnictwo i t. d. - to niewątpliwie gest gigantyczny, który słusznie nazwać można „wyciągnięciem rąk poprzez morze" - Ręce wyciągnięte przez morze oznaczać mogą wszystko od plądrowania kieszeni do szczutka w nos, lecz w rzeczywistości ten rodzaj stosunków powoduje coś jeszcze gorszego: oto wymianę złych nałogów i wulgarności. Nigdy zaś nie prowadzi do wymiany cnót. Londyńczyk może stać więcej Amerykaninem, lecz nie stanie się więcej demokratą. Nie można przenieść typu arystokraty angielskiego, ale można do pewnego stopnia przenieść typ angielskiego snoba. Można naprzykład zainstalować w bogatych domach amerykańskich ten najbardziej niemiły typ Anglików: wyższą kategorję służby domowej zatrudnionej u bogaczy. Cała ta wymiana na wielką skalę do tego się sprowadzi. I zawsze będziemy na tem stratni.



(1)Powyższy tekst ukazał się, jako uzupełnienie artykułu "Motywy ideowe twórczości Chestertona" Witolda Jerzego Chwalewika.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 19 marca 1927
(Tekst pochodzi z tygodnika "Myśl Narodowa", nr 10, 1927r., dostępnego w zasobach Wielkopolskiej biblioteki cyfrowej)

Powrót