Czy coś istnieje?


        Skoro dzieje nowoczesne zaczęły się w wieku XVI, żaden system filozoficzny nie odpowiadał rzeczywiście powszechnemu poczuciu rzeczywistości, czyli temu, co ludzie pozostawieni samym sobie nazwaliby powszechnym zdrowym rozsądkiem. Każdy system filozoficzny zaczynał się od paradoksu; osobliwy punkt widzenia żądał poświęcenia tego, co ludzie nazwaliby zdrowym punktem widzenia. To jest cecha wspólna Hobbesowi i Heglowi, Kantowi i Bergsonowi, Berkeleyowi i Williamowi Jamesowi. Należało wierzyć w coś, w co żaden człowiek normalny by nie uwierzył, gdyby mu to w jego prostocie nagle przedstawiono; jak na przykład, że prawo jest ponad słusznością, albo słuszność jest poza rozumem, albo iż rzeczy istenieją o tyle tylko, o ile je postrzegamy, albo że wszystko jest względne wobec rzeczywistości, która jest poza światem zjawisk. Filozof współczesny, jak człowiek godny zaufania, zapewnia nas, że jeśli choć raz przystaniemy na to, wówczas reszta pójdzie już łatwo, że wzmocni i wyprostuje świat, jeśli mu tylko pozwolimy ten jedyny raz wypaczyć umysł (...)

        Nie jestem biegłym filozofem, obeznanym z techniką rzemiosła, jak ksiądz d’Arcy, którego piękna książka o św. Tomaszu wyjaśniła mi wiele zagadnień. Ale mam nadzieję, iż ksiądz d’Arcy wybaczy mi, że wezmę jeden przykład z jego książki, który dokładnie wyjaśnia, o co mi chodzi (...) może on spokojnie, a nawet ze słodyczą pisać takie oto zdania: „Można wykryć pewne podobieństwa między celami i metodami św. Tomasza a Hegla. Istnieją jednak znaczne różnice. Dla św. Tomasza jest niemożliwe, aby sprzeczności mogły współistnieć. Rzeczywistość i poznanie odpowiadają sobie, ale rzecz musi najpierw istnieć, by być poznawalna”.

        Proszę wybaczyć przeciętnemu człowiekowi, jeśli tu doda, że owa „znaczna różnica”, o której mówi sie wyżej, polega na tym, że św. Tomasz był zdrów, a Hegel obłąkany. Prostak nie chce przyznać, że Hegel może zarazem istnieć i nie istnieć, albo że można rozumieć Hegla, jeżeli Hegel nie istnieje. A jednak ksiądz d’Arcy wspomina o tym paradoksie Hegla, jakby to była całkiem zwykła rzecz: oczywiście dla tego, kto jak on sam wczytywał się ze zrozumieniem i sympatią w dzieła wszystkich filozofów współczesnych. I to mam na myśli mówiąc, że filozofia współczesna zaczyna od kamienia obrazy. Nie popełnimy przesady oświadczając, że wydaje nam się odwróceniem prawdy, gdy kto powie, że pojęcia sprzeczne nie wyłączają się wzajemnie, albo że jakaś rzecz może „być” poznawalna, a przy tym nie „być” w ogóle.

        Temu wszystkiemu przeciwstawia się filozofia św. Tomasza oparta na powszechnym mniemaniu zdrowego rozsądku, że jajka to są jajka. Heglista powiedziałby, że jajko jest w rzeczywistości kurą, gdyż jest częścią nieskończonego procesu stawania się; zwolennik Berkeleya mógłby uważać, że jajka sadzone istnieją tak, jak istnieje sen, skoro równie łatwo można nazwać sen przyczyną jaj, jak jaja przyczyną snu; pragmatysta może sądzić, że najlepiej zrobimy jajecznicę zapomniawszy, że w ogóle były tu jaja, a tylko zapamiętawszy, że zostały rozbite. Ale żaden uczeń św. Tomasza nie potzrebuje ubijeć swego mózgu, aby ubić jaja, ani patrzeć na nie pod osobliwym kątem widzenia, ani zezować na nie, ani mrugać jednym okiem, aby drugim zobaczyć w nich nowe uproszczenie. Tomista staje w świetle braterstwa ludzi, we wspólnym z nimi przeświadczeniu, że jaja nie są kurami, ani snami, ani wyłącznie przypuszczeniami przyjętymi dla celów praktycznych, ale rzeczami poświadczonymi przez pochodzący od Boga autorytet zmysłów.

        Tak więc nawet ci, którzy w innych sprawach doceniają głębię metafizyczną tomizmu, dziwili się, że nie zajmuje się on wcale tym, co niektórzy uważają za główne pytanie metafizyki: czy można dowieść, że pierwotny akt rozpoznania pewnej rzeczywistości jest rzeczywisty. Odpowiedź brzmi, że św. Tomasz natychmiast odgadł to, do czego dzisiejsi sceptycy dość pracowicie dochodzą, a mianowicie, że człowiek musi albo odpowiedzieć twierdząco na to pytanie, albo nigdy nie powinien odpowiadać na żadne pytania, nigdy nie powienien zadawać żadnego pytania, nawet nigdy nie może istnieć umysłowo, aby móc odpowiadać albo pytać. Sądzę, że jest to prawda w tym znaczeniu, że człowiek może być radykalnym sceptykiem, ale wówczas nie może być niczym więcej, a w każdym razie nie może być nawet obrońcą radykalnego sceptycyzmu. Jeżeli ktoś czuje, że wszystkie drgnienia jego własnego umysłu są bez znaczenia, to umysł jego jest bez znaczenia i on sam jest bez znaczenia, i nic to nie pomoże mu do wykrycia tego znaczenia. Większość nieugiętych sceptyków przeżywa tę logiczną klęskę, ale to dlatego, że nie są stale sceptykami, to raz, a po wtóre, że nie są bynajmniej nieugięci. Najpierw zaprzeczają wszystkiemu, a potem przyjmują coś jakby dla wygody dowodzenia – a raczej częściej dla wygody atakowania bez argumentacji. Widziałem niemal zdumiewający przykład takiej absolutnej lekkomyślności u wyznawcy nieugietego sceptycyzmu w pewnej niedawno przeczytanej rozprawie. Napisał on, że nie uznaje nic poza solipsyzmem, do czego dodał, że często się dziwił, dlaczego ta filozofia nie jest bardziej rozpowszechniona. A solipsyzm znaczy po prostu tyle, że człowiek wierzy we własne istnienie, ale poza tym w niczyje inne ani w nic innego, I nigdy nie zastanowiło tego prostego sofisty, że jeśliby jego filozofia była prawdziwa, wówczas nie byłoby rzecz jasna innych filozofów, którzy by ją wyznawali.

        Na pytanie: „Czy coś istnieje?” – św. Tomasz zaczyna od odpowiedzi: „Tak”, gdyby zaś zaczął od odpowiedzi „Nie” – nie byłby to początek, lecz koniec. I właśnie to niektórzy z nas nazywają zdrowym rozsądkiem. Albo nie ma filozofii ani filozofów, ani myślicieli, ani myśli, ani w ogóle niczego, albo istnieje rzeczywisty most między myślą a rzeczywistością.

G. K. Chesterton "Święty Tomasz z Akwinu" (134-138), Pax, Wa-wa: 1976

Powrót