Brak demokracji


        Dla prawidłowego działania demokracji potrzebny jest nie tylko demokratyczny system polityczny, czy nawet demokratyczny światopogląd. Potrzebna jest demokratyczna emocjonalność. Demokratyczna emocjonalność, jak przystało na rzecz elementarną i niezbędną, trudno poddaje się opisowi, ale szczególnie trudno ją opisać w naszych oświeconych czasach, z tego prostego powodu, że trudno ją dziś w ogóle znaleźć. Jest to intuicyjne nastawienie, swoiste odczucie, ze sprawy, które łączą ludzi, są niewymownie ważne, zaś sprawy, które dzięgla ludzi (na przykład sam tylko poziom inteligencji) są wręcz niewymownie nieważne. W codziennym życiu nastawienie to przejawia się najwyraźniej w sytuacjach łączących się z szokiem lub ze śmiercią, kiedy odwołujemy się instynktownie do podstawowych ludzkich wyznaczników. Krzykniemy: „Pod kanapą leży trup!", kiedy dokonamy tego dość przykrego odkrycia. Jest mało prawdopodobne, byśmy krzyknęli: „Pod kanapą leży trup człowieka cechującego się znaczną wytwornością!". Powiemy: Jakaś kobieta wpadła do wody". Nie powiemy: „Jakaś doskonale wykształcona kobieta wpadła do wody". Nikt nie oznajmi: „Na tyłach ogrodu leżą doczesne szczątki subtelnego myśliciela". Nikt nie zawoła: Jeśli szybko go nie powstrzymacie, człowiek o świetnym słuchu muzycznym rzuci się w dół urwiska!". To właśnie odczucie, które większość z nas żywi wobec elementarnych spraw, w rodzaju narodzin i śmierci, jest u niektórych osób przyrodzone i stałe, w każdym miejscu i o każdej porze. Było przyrodzone dla świętego Franciszka z Asyżu. Było przyrodzone dla Walta Whitmana. Trudno oczekiwać, by w takim wspaniałym, cudownym natężeniu występowało w całej społeczności lub w całej cywilizacji, niemniej jakaś społeczność lub jakaś cywilizacja może je przejawiać w stopniu większym niż inne. Żadna chyba społeczność nie przejawiała go bardziej niż pierwsi franciszkanie. I żadna chyba społeczność nie przejawia go mniej niż nasza własna.

        Kiedy zbadamy sprawę dokładnie i starannie, wychodzi na jaw, że wszystko w naszych czasach jest zasadniczo niedemokratyczne. W dziedzinie religii i moralności gotowi jesteśmy nawet przyznać, abstrakcyjnie biorąc, że grzechy warstw oświeconych były zawsze co najmniej równie wielkie jak grzechy ubogich prostaczków. Lecz w praktyce między naszą etyką a etyką średniowieczną leży ta ogromna różnica, że my koncentrujemy się wyłącznie na grzechach prostaczków i negujemy, że grzechy warstw oświeconych w ogóle są grzechami. Wiecznie mówimy o grzechu pijaństwa, bo jest ewidentne, że biedni popełniają go częściej niż bogacze. Negujemy jednak, że istnieje grzech pychy, bo inaczej byłoby ewidentne, że bogacze popełniają go częściej niż biedni. Jeśli wykształcony człowiek zstępuje dziś do slumsów, by nieść prostym ludziom dobrodziejstwo światłej rady, chętnie okrzykujemy go prorokiem albo świętym. Ale średniowiecze miało całkiem inną koncepcję świętego i proroka. Średniowieczny prorok albo święty był prostym człowiekiem, który wstępował do wielkopańskich rezydencji, by nieść światłą radę ludziom wykształconym. Dawni tyrani byli dość bezczelni, by obdzierać biedotę, lecz nie aż tak bezczelni, by prawić jej jeszcze kazania. Magnat ciemiężył dzielnice nędzy, lecz to dzielnice nędzy napominały magnata.

        Będąc niedemokratyczni w sprawach wiary i moralności, jesteśmy siłą rzeczy niedemokratyczni w sprawach bieżącej polityki. Dowodem, że nie żyjemy w państwie demokratycznym, jest to, że bezustannie łamiemy sobie głowę, co zrobić z ubogimi. Gdybyśmy byli demokratami, zastanawialibyśmy się, co ubodzy zrobią z nami. Klasa rządząca pyta sama siebie: Jakie prawa trzeba ustanowić?". W państwie czysto demokratycznym pytaliby: „Jakim prawom możemy być posłuszni?". Możliwe, że czysto demokratyczne państwo nigdy jeszcze nie powstało. Jednak nawet w czasach feudalizmu ludzie byli bardziej demokratyczni, bo feudal przynajmniej wiedział, że każde prawo, które stworzy, w ten czy inny sposób odbije się na nim samym. Jeśli zanadto porósł w piórka, łamiąc ustawy skierowane przeciw zbytkowi, król mógł odebrać mu majętności. Jeżeli zdradził króla, mógł dać głowę pod topór. Lecz nowoczesne prawa niemal bez wyjątku mają obowiązywać rządzonych i nie dotyczyć rządzących. Nie ma już ustaw przeciw zbytkowi. Są za to ustawy o licencjonowaniu pubów. Innymi słowy, mamy ustawy utrudniające zabawę i gościnność biedoty, podczas gdy żadna ustawa nie tamuje zabaw i gościnności bogaczy. Mamy prawa karzące bluźnierstwa, przez co rozumie się język tak plugawy i obelżywy, że może się nim posługiwać wyłącznie nędzarski rynsztok. Ale nie mamy praw karzących herezje, czyli przeciwdziałających zatruwaniu umysłów całego społeczeństwa, gdyż herezje mogą propagować tylko ludzie zamożni.

        Arystokracja to zły system. Nie dlatego, by z natury swej prowadziła do narzucania złych praw lub do ludzkiego cierpienia. Arystokracja jest zła, bo oddaje wszystko w ręce ludzi, mogących w każdej chwili narzucić złe prawa, przez które sami nie będą cierpieć. Skutek jest taki, że obojętnie, czy żywią dobre, czy złe intencje, ludzie ci stają się tak samo nieodpowiedzialni. Główny zarzut wobec klasy rządzącej Anglią nic polega na tym, że jest to klasa egoistyczna. Jeśli chcecie, możecie twierdzić, że angielscy oligarchowie są aż nazbyt, wręcz nieziemsko, pozbawieni egoizmu. Zarzut polega na tym, że stanowią prawa powszechne, lecz nigdy takie, które mogłyby ich dotknąć.

G.K. Chesterton, "Heretycy" (255-259), Warszawa-Ząbki: 2004

Powrót