Zarozumiałość i karykatura

        Jeśli człowiek musi już być zarozumiały, to z pewnością będzie lepiej, gdy pyszni się zasługami i talentami, których tak naprawdę nie posiada. Wówczas to jego próżność pozostaje mniej lub bardziej powierzchowna; pozostaje zaledwie błędem w ustaleniach faktycznych, jak u człowieka, który myśli, że jest dziedzicem królewskiej krwi, albo posiada nieomylny system pod kasyna Monte Carlo. Ponieważ zasługa jest nierealna, to nie uszkadza ani też nie fałszuje prawdziwych zasług. Człowiek ten obnosi się z próżnością na temat cnoty, której nie posiada, jednak może wykazać pokorę względem swoich cnót rzeczywistych. Jego naprawdę szanowne przymioty pozostają w stanie pierwotnej niewinności; nie może ich zobaczyć, a kłamstwo nie może ich popsuć. Jeśli umysł człowieka błędnie opętała myśl, że jest on doskonałym skrzypkiem, to nie musi ona koniecznie zapobiec jego uczciwości oraz postawie dżentelmena. Ale kiedy tylko jego umysł opęta mocne przekonanie, że samo kłamstwo jest dżentelmenem, to on już wkrótce przestanie nim być.

         Ale jest jeszcze trzeci rodzaj zadowolenia, którego jeden czy dwa przejawy ostatnio miałem okazję zaobserwować – to odmienny typ satysfakcji, która nie jest ani przyjemnością płynącą z cnót, które posiadamy jak i z cnót, których nam brak. Jest to przyjemność, którą człowiek odczuwa w obecności lub pod nieobecność tych rzeczy w nim samym, odnośnie których nigdy nie postawił pytania, czy w jego przypadku rzeczy te w ogóle są cnotami. Człowiek taki sam się wygładzi, wszak nie jest osobą złą w jakiś szczególny sposób, ale prawda jest taka, że nie jest wystarczająco dobry, aby mógł być złym w ten właśnie sposób. Niepokaźny, pedantyczny urzędnik powie: „Mam powody, by sobie pogratulować, że jestem osobą cywilizowaną, a nie krwiożercą pokroju szalonego mułły.” Ktoś powinien mu odpowiedzieć: „Prawdziwie dobry człowiek będzie mniej krwiożerczy niż mułła, ale ty jesteś mniej krwiożerczy nie dlatego, że jest w tobie więcej z dobrego człowieka, ale o wiele mniej z człowieka w ogóle. Nie jesteś krwiożerczy, ale nie dlatego, że oszczędziłbyś swojego wroga, ale przed nim uciekł.” Z kolei dowolny purytanin, o posępnym rodzaju pobożności, mógłby powiedzieć: „Mam powody, aby pogratulować sobie, że nie czczę posągów, jak dawni poganie Grecy.” Znów ktoś powinien odrzec: „Najlepsza religia może nie czcić posągów, ponieważ może dostrzegać to, co znajduje się poza nimi. Ale jeśli ty nie oddajesz czci rzeźbionym bożkom, to tylko dlatego, że jesteś psychicznie i moralnie niezdolny, aby w ogóle je wyrzeźbić. Być może prawdziwa religia jest ponad bałwochwalstwem, ale ty względem niego znajdujesz się poniżej. Nie jesteś wystarczająco święty, by móc czcić nawet kamienną bryłę.”

         Wertując stertę gazet zauważyłem dwa przykłady tego zamieszania. W jednym przypadku pan F. C. Gould, błyskotliwy i trafiający bez pudła karykaturzysta, wygłosił niezwykle ciekawe przemówienie nt. charakteru i atmosfery nowoczesnej karykatury angielskiej. Myślę, że jest naprawdę bardzo niewiele powodów do gratulacji, biorąc pod uwagę kondycję karykatury angielskiej. Istnieje jednak kilka powodów do dumy, a prawdopodobnie największym z nich jest pan F. C. Gould. Jednak pan F. C. Gould, któremu skromność nie pozwoliła przywołać tej doskonałej podstawy do optymizmu, ograniczył się do wyrażenia rzeczy, o której mówi wielu innych ludzi, a która być może nie była poruszana ostatnimi czasy z pełnią autorytetu przynależnego wybitnemu rysownikowi kreskówek. Powiedział bowiem, iż pomyślał, „że artyści mogą pogratulować sobie, że styl karykatury, która obecnie znalazła akceptację różni się wysoce od rysunkowego paszkwilu dawnych dni”. Kontynuując, według raportu gazety, powiedzieć miał jeszcze: „Patrząc na polityczne rysunki Rowlandsona i Gilray’a, określiliby je jako szorstkie i brutalne. Nadal w niektórych krajach za granicą, nawet w Ameryce, polityczna karykatura pozostała rodzajem cepa, którym się wywija. My jednak etap wywijania cepem mamy już za sobą. Jeśli nasi satyrycy brutalnie atakowali człowieka, nawet z powodów politycznych, to wzbudzali do atakowanego współczucie. Należało jedynie wytrzeć punkt, który chcieli podkreślić, tak delikatnie, jak to tylko możliwe.” (Śmiech i brawa).

         Ktokolwiek czyta te słowa, i każdy kto je usłyszał, z pewnością czuje, że jest w nich wiele prawdy i wesołości. Ale wraz z tą prawdą i wesołością jest tam również smuga tego mylnego optymizmu, wspartego na błędnym przekonaniu, o którym mówiłem wyżej. Zanim pogratulujemy sobie braku pewnych wad w naszym narodzie, czy społeczeństwie, powinniśmy zadać sobie pytanie, dlaczego tak jest, że wady te u nas nie występują. Czy jesteśmy bez jakiejś wady, ponieważ wykształciliśmy przeciwną do niej cnotę? Czy może jesteśmy bez danej wady, ponieważ wykształciliśmy przeciwną do niej wadę? Zapewne dobrą rzeczą jest stan nieskalania nadmiarem, ale bądźmy pewni, że winy nadmiaru nie unikniemy zaledwie obciążając się winą defektu. Czy to prawda, że nasza angielska satyra polityczna jest tak umiarkowana, ponieważ jest tak wspaniałomyślna, tak wyrozumiała, tak święta? Czy jest przeniknięta na wskroś mistyczną miłością, psychologicznym rozrzewnieniem? Czy oszczędzamy uczuć premiera, ponieważ przenikamy wszystkie jego oczywiste zbrodnie i szaleństwa, schodząc w głąb, aż do tych mrocznych cnót, których istnienia nie jest świadoma nawet jego własna dusza? Czy jesteśmy łaskawsi wobec lidera opozycji, bo w naszych obejmujących wszystko sercach żałujemy i hołubimy jego duszę spragnioną przytuleń? Krótko mówiąc, czy skończyliśmy z brutalnością, bo jesteśmy na nią zbyt wielcy i hojni? Czy to prawda, że jesteśmy lepsi, niż brutalność? Czy na pewno etap wywijania cepem mamy już za sobą?

         Obawiam się, że istnieje, co najmniej druga strona sprawy. Czy nie jest to aż nazbyt prawdopodobne, że łagodność naszej politycznej satyry, w zestawieniu z polityczną satyrą naszych ojców, wynika po prostu z głębokiego odrealnienia dzisiejszej polityki? Rowlandson i Gilray nie walczyli tylko dlatego, że z natury byli knajpianymi bokserami; walczyli ponieważ mieli o co walczyć. Dość łatwo uszlachetniać się w sprawach, które nie mają znaczenia, jednak ludzie odrobinę szamotali się i kopali w tych złowieszczych zapasach, w których kołysały się tam i z powrotem jednakowo oszołomione niebezpieczeństwem, niepodległość Anglii, niepodległość Irlandii, niepodległość Francji. Jeśli chcemy dowodu na to, że brak uwznioślenia nie wynika ze zwykłej brutalności, dowiedzenie tego jest łatwe. Dowodem jest to, że w tej walce żadne osobowości nie były bardziej brutalne, niż osobowości naprawdę dystyngowane. Żadna z osób nie była bardziej gwałtowna i nietolerancyjna od tych ludzi, którzy z natury posiedli ogładę i wrażliwość. Nelson, na przykład, posiadał nerwy i dobre maniery kobiety: nikt przy zdrowych zmysłach, jak przypuszczam, nie nazwałby Nelsona „brutalem”. Ale kiedy dotknęła go sprawa narodowa, z ust wytrysnęły mu strumienie przysiąg, i nakazać ludziom mógł jedynie „Zabić! Zabić! Zabić przeklętych Francuzów”. Równie łatwo o przykłady po drugiej stronie. Camille Desmoulins był człowiekiem w dużej mierze tego samego typu, nie tylko eleganckim i słodkim w temperamencie, ale niemal drżąco czułym i humanitarnym. Był jednak gotów, jak powiedział, „uściskać wolność na stosie trupów.” W Irlandii było jeszcze więcej przykładów. Robert Emmet był tylko jednym znanym przykładem całej rodziny osób jednako czułych i okrutnych. Myślę, że pan F. C. Gould zupełnie nie ma racji mówiąc o tej politycznej zaciekłości, jakoby była jakąś pozostałością po bardziej surowych warunkach, niczym krzemienna siekiera lub owłosiony mężczyzna. Okrucieństwo jest chyba najgorszym rodzajem grzechu. Okrucieństwo intelektualne jest na pewno najgorszym rodzajem okrucieństwa. Ale w intelektualnym okrucieństwie nie ma nic barbarzyńskiego lub płynącego z niewiedzy. Wielcy artyści renesansu, którzy znakomicie mieszali kolory, równie znakomicie mieszali trucizny; wielcy książęta renesansu, którzy projektowali instrumenty muzyczne, projektowali też instrumenty tortur. Barbarzyństwo, złośliwość, chęć krzywdzenia ludzi, to wszystko są złe rzeczy, które powstały w atmosferze intensywnej rzeczywistości, gdzie wielkie narody lub wielkie sprawy znajdują się w stanie wojny. Być może wolno nam się cieszyć, że ich nie posiadamy, ale już trochę niebezpiecznie jest wyrażać z tego powodu dumę. Być może nie jesteśmy wystarczająco wielcy, aby je mieć. Być może niektóre wielkie cnoty muszą się wpierw wytworzyć, jak u mężczyzn pokroju Nelsona i Emmeta, zanim w ogóle będziemy mogli posiąść te wady, nawet w postaci pokus. Ja na przykład wierzę, że jeśli nasi karykaturzyści nie darzą swych wrogów nienawiścią, to nie dlatego, że sami są zbyt wielcy, aby ich darzyć nienawiścią, ale dlatego, że ich wrogowie nie są wystarczająco wielcy, aby być godnymi takowej. Nie sądzę, abyśmy mieli za sobą etap wywijania cepem. Uważam, że jeszcze do niego nie doszliśmy. Musimy być o wiele lepsi, odważniejsi, i czystsi, zanim tam dobrniemy.

         Dlatego, jak najbardziej pozwólmy sobie na dumę z cnót, których nie posiadamy, ale nie bądźmy zbyt aroganccy w kwestii cnót, których obecności nie możemy zaradzić. Być może człowiek żyjący na bezludnej wyspie ma prawo, aby pogratulować sobie medytowania z łatwością. Nie powinien jednak gratulować sobie tego, że jest na bezludnej wyspie, a w tym samym czasie gratuluje sobie powściągliwości, wyrażanej powstrzymaniem się co noc, od uczestnictwa w balu. Podobnie nasza Anglia może mieć prawo, aby pogratulować sobie faktu, że jej polityka jest bardzo spokojna, życzliwa i nudna. Nie powinna jednak przy tym gratulować sobie również powściągliwości, którą wykazuje nie rozrywając na strzępy samej siebie i swych obywateli. Między dwoma angielskimi radnymi, uprzejmy język to oznaka cywilizacji, ale naprawdę nie jest to znak wielkoduszności. Podobna do tej kwestii jest kwestia, którą tak często chwali się niewinny Brytyjczyk – fakt, że nasi politycy prywatnie są między sobą na bardzo przyjaznej stopie, choć w Parlamencie siedzą po przeciwnych stronach Izby. Również i w tym przypadku należy się wyzbyć złudzeń. Nasi politycy to nie potwory o mistycznej hojności, czy też szalonej logice, która pozwala im nienawidzić człowieka w godzinach od trzeciej do dwunastej, a kochać od dwunastej do trzeciej. Jeśli nasze stosunki społeczne są bardziej pokojowe od tych we Francji, Ameryce czy też Anglii sprzed stu lat, to po prostu dlatego, że nasza polityka jest spokojniejsza, nie zaś z tego nieprawdopodobieństwa, że nasza polityka jest bardziej fikcyjna. Jeśli nasi politycy w dużej mierze zgadzają się prywatnie, to z tej bardzo prostej przyczyny, że w dużej mierze zgadzają się też na forum. Natomiast powodem, dla którego zgadzają się ze sobą jest w obu przypadkach to, że należą do jednej klasy społecznej, a więc życie sal bankietowych jest ich życiem prawdziwym. Torysi i Liberałowie nawzajem darzą się sympatią nie dlatego, że jedni i drudzy zwiększają własne wpływy, ale dlatego, że na równi odgrodzili się od ogółu.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 16th December, 1905
(Przekład: Paweł Kaliniecki)

Powrót