W obronie pochopnych przyrzeczeń

        Gdyby współczesny zamożny człowiek, we fraku i cylindrze, uroczyście przysiągł przed wszystkimi swymi pracownikami i przyjaciółmi, że policzy liście na co trzecim drzewie Holland Parku, że co czwartek będzie skakał do City na jednej nodze, że powtórzy "Wolność" Milla siedemdziesiąt sześć razy, że zbierze 300 mleczy na łące każdego, kto nazywa się Brown, że przez trzydzieści jeden godzin będzie prawą ręką trzymał swe lewe ucho, że stojąc na dachu autobusu wyśpiewa imiona wszystkich swoich ciotek poczynając od najmłodszej, lub podejmie jakiekolwiek tak niezwykłe zobowiązanie, to natychmiast stwierdzimy, że jest szalony lub, jak to się czasem określa, że jest "nowoczesnym artstą". Jednak te przysięgi nie są ani trochę bardziej niezwykłe od składanych w Średniowieczu i podobnych okresach, i to bynajmniej nie przez fanatyków, ale przez najwybitniejsze osobistości społeczne - królów, sędziów, poetów i kapłanów. Pewien mężczyzna przysiągł, że zepnie dwie góry przy pomocy łańcucha i powiadają, że wielki łańcuch faktycznie wisiał pomiędzy nimi przez stulecia, jako świadectwo owego mistycznego kaprysu. Inny przysiągł, że znajdzie dorogę do Jerozolimy z zasłoniętymi oczami i umarł szukając jej. Nie jest łatwo dostrzec, że te dwa wyczyny, oceniane z całkowicie racjonajnej perspektywy, są rozsądniejsze od przytoczonych wcześniej. Góra jest zazwyczaj obiektem nieruchomym i solidnym, którego nie trzeba przywiązywać łańcuchem na noc jak psa. Nie jest również, na pierwszy rzut oka, oczywiste by wyrazem wielkiego szacunku do Świętego Miasta było wyruszenie w podróż doń w sposób, który praktycznie w ogóle nie gwarantuje, że się tam dotrze.

        W tym co przytoczyłem jedna rzecz rzuca się w oczy. Gdyby ktokolwiek zachowywał się w ten sposób w naszych czasach, uznalibyśmy go za symbol "dekadencji". Jednakże ludzie, którzy to faktycznie uczynili nie byli w żadnym stopniu dekadenccy, gdyż należeli do najzdrowszych środowisk w uznawanych za najzdrowsze czasach. I znów - jeśli osoby całkowicie normalne uczyniły coś tak nienormalnego, będziemy przekonywani, że stało się tak z powodu zabobonnej religii. Jednakże i to okaże się nieprawdą, ponieważ w najbardziej przyziemnych i zmysłowych aspektach życia, takich jak miłość i pożądanie, średniowieczni książęta skłądają tak samo szalone przysiegi, dokonują tak samo szalonych wyczynów, i wykazują się tak samo wielką skłonnością do samopoświęcenia. I oto sprzeczność, wyjaśnienie której, musimy zacząć od poznania samej natury przysięgi. I jeśli do natury przysięgi podejdziemy poważnie i w prawidłowy sposób, powinniśmy, o ile się nie mylę, uznać, że przyrzeczenie spięcia gór łańcuchem jest całkowicie normalne, a jeśli pojawia się tu jakiekolwiek szaleństwo, to jest nim złamanie przyrzeczenia.

        Człowiek, który składa ślubowanie umawia się na spotkanie z samym sobą w przyszłości. Niebezpieczeństwo tkwi w tym, że człowiek moze na nie nie przyjść. We współczesnych czasach ów terror ludzkiego ja, terror słabości i zmienności ludzkiego ja, niebezpiecznie się zwiększył, i jest prawdziwym powodem sprzeciwu wobec wszelkich przyrzeczeń. Współczesny człowiek nie przysięga, że policzy wszystkie liście na co trzecim drzewie w Holland Parku nie dlatego, że jest to głupie (robi o wiele głupsze rzeczy w życiu), ale dlatego, że jest dogłębnie przekonany, że zanim dotarłby do trzysta siedemdziesiątego dziewiątego liścia na pierwszym drzewie byłby wyczerpany i chciałby iść do domu napić się herbaty. Innymi słowy, byłby wtedy już całkowicie kimś innym. Istotą dekadncji jest więc okropna opowieść o człowieku, który nieustannie zmienia się w innych ludzi. To, że John Preston ze stoickim spokojem czeka na to by w poniedziałek stać się Genarałem Bakerem, Doktorem Macgregorem we wtorek, Sir Walterem Carstairsem w środę i Samem Slugg w czwartek wydaje się koszmarem, ale my ten koszmar nazywamy współczesną kulturą. Pewien wybitny dekadent, który już nie zyje, jakiś czas temu wydał wiersz, w którym doskonale podsumował ducha ruchu dekadenckiego deklarując, że mógłby stanąć na dziedzińcu więzienia i całkowicie zrozumieć uczucia człowieka, który ma być zaraz stracony

"Ten, który żył więcej niż jednym życiem
musi umrzeć więcej niż jedną śmiercią"


        Zakończeniem tego wszystkiego jest ów szalony horror iluzoryczności, który dopada dekadentów, i w porównaniu z którym ból fizyczny posiadałby młodzieńczą świerzość. Piekłem, które wyobraźnia musi uznać za najbardzeij piekielne jest ciągłe granie w sztuce bez najmniejszej możliwości wejścia do garderoby, w której można by być zwykłym człowiekiem. A to właśnie jest stan, w jakim znajduje sie dekadent, esteta, zwolennik wolnej miłości. Stan w którym napotykamy niebezpieczeństwa niemogące nas przerazić, w którym podejmujemy zobowiązania niemogące nas zobowiązać, w którym pokonujemy przeciwników, którzy nie mogą nigdy pokonać nas samych - oto radosna tyrania dekadencji zwana wolnością.

        Zwróćmy się z teraz w stronę przysięgającego. Człowiek, który złożył przysięgę, jakkolwiek szalona by ona nie była, dał zdrowy i naturalny wyraz doniosłości wielkiej chwili. Poprzysiągł, na przykład, spiąć łańcuchem dwie góry, być może jako symbol wielkiej ulgi, miłości czy jakiegoś dążenia. Tak krótka, jak sam moment owego powstanowienia była, jak wszystkie doniosłe momenty, chwila nieśmiertelności, a pragnienie powiedzenia o tym exegi monumentum aere perennius było jedynym uczuciem, które zadowoliło jego umysł. Współczesny esteta z pewnością dostrzegłby tą szansę przeżycia emocji i przysiągłby spiąć góry łańcuchem. Ale w następnej chwili równie radośnie przysiągłby, że połączy łańcuchem Ziemię i Księżyc. A świadomość tego, że wcale nie miał na myśli tego co powiedział, że tak naprawdę nie powiedział nic istotnego, odebrałoby mu całkowicie owo poczucie wyzwania, które sprawia, że przysięga jest tak podniecająca.

        Bunt przeciw przysięgom został w dzisiejszych czasach rozniecony aż do rozmiarów buntu przeciw zwykłej przysiędze małżeńskiej. Najzabawniejsze jest słuchanie przeciwników małżeństwa gdy o tym mówią. Wygląda jakby wyobrażali sobie, że idea trwałości jest jarzmem nałożonym na ludzkość przez diabła, a nie jarzmem, które w rzeczywistości kochankowie zgodnie nakładali na samych siebie. Wynaleźli oni określenie, które stanowi czarno-białą sprzeczność wyrażoną dwoma słowami - "wolna miłość" - tak jakby kochanek kiedykolwiek był, czy kiedykolwiek mógł być, wolny. Naturą miłości jest to, że wiąże siebie, a instytucja małżeństwa jest niczym więcej jak uczynieniem przeciętnemu człowiekowi honoru wzięcia go za słowo. Współcześni mędrcy, z obłudnym uśmiechem, oferują kochankowi największe swobody i największy brak odpowiedzialności, ale nie szanują go tak, jak szanuje go Stary Kościół, nie wypisują jego przysięgi w niebiosach, jako zapisu chwili jego największej chwały. Oferują mu każdy rodzaj wolności, poza wolnością zrzeczenia się własnej wolności, która jest jedyną, jakiej zakochany naprawdę pragnie.

        To dokładnie to wyjście awaryjne, to poczucie posiadania drogi odwrotu, przez które współczesne przyjemności wyjaławiają nam umysły. Wszędzie obecna jest ta szalona, nieustanna próba uzyskania przyjemności bez płacenia za nią. A zatem, współcześni szowiniści twierdzą w istocie: "Miejmy przyjemność należną zdobywcom, bez bólu odczuwanego przez żołnierzy: siedźmy na naszych kanapach i bądźmy twardym narodem". A zatem, odnośnie moralności i etyki, mistyczni dekadenci twierdzą: "miejmy wspaniałość świętej czystości bez okropieństw powstrzymywania się przed czymkolwiek, śpiewajmy hymny na przemian ku czci Dziewicy i Priapa". A zatem, w kwestii kochania, zwolennicy wolnej miłości twierdzą: "miejmy przyjemność oddawania się bez groźby zaangażowania; zobaczmy czy ktoś nie może popełnić samobójstwa nieskończoną ilość razy".

        To zdecydowanie nie zadziała. Istnieją, niewątpliwie, wstrząsające momenty w życiu obserwatora, amatora i estety, ale jest jeden wstrząs znany tylko żołnierzowi na polu bitwy, pustelnikowi poszczącemu by dojść do własnego oświecenia, kochankowi, który w końcu dokonuje wyboru. I to właśnie owa przemieniająca samodyscyplina czyni przysięgę rozsądną. Świadomość, że w konsekwencji jakiejś chwili, w której została podjęta decyzja, dziwny łańcuch zawiśnie w Alpach pośród ciszy śniegu i gwiaz, musiała zaspokoić nawet największy głód duszy kochanka czy poety. Wszędzie wokół nas rozciąga się miasto małych grzeszków, pełne awaryjnych wyjść i ucieczek, lecz z pewnością, prędzej czy później, potężny płomień wystrzeli z przystani oznajmiając, że zakończyły się rządy tchórzy i człowiek pali swe statki.

G. K. Chesterton "A Defence of Rash Vows", skrócona wersja rozdziału książki "The Defendant"
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót