Ludzie wolni mają czas

         Nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego obecna pora nazwana jest przez dziennikarzy sezonem ogórkowym? Jest to przecież jedyna pora, gdy ludzie mają czas na zdobywanie wiedzy. Można to dostrzec nawet zerkając na te niewiarygodne dokumenty - nasze gazety codzienne. Tak długo jak Parlament obraduje, te drobne i najbardziej przelotne rzeczy zaczynają wydawać się ważne. Widzimy wielkie nagłówki na temat głosowania w sprawie dostaw mięsa dla kotów szwędających się wokół straży przybrzeżnej, lub też scenę w Izbie Gmin o wymaganiach dla sługi konsula w Port Said. Trywialności jednym słowem, a mają się wydawać sprawami wielkiej wagi, dopóki sezon ogórkowy, lub raczej sezon wiedzy, nie nadejdzie w pełni. Wówczas to, po raz pierwszy mamy chwilę dla siebie, czas by pomyśleć - ten moment na zastanowienie, którym mogą cieszyć się wszyscy chłopi i wszyscy barbarzyńcy. Chwile, podczas których wymyślili Iliadę i Księgę Hioba. W istocie niewielu z nas dokonało podobnych rzeczy. Ale fakt, że sezon ogórkowy to tak naprawdę czas powagi, jest akcentowany w mediach mimo wszystko. W sezonie tym tracimy nagle zainteresowanie wszystkimi frywolnościami. Odrzucamy puste dylematy straży przybrzeżnej i konsula w Port Said i przyciągają nas kontrowersje, których uczestnicy, choć sami mogą czasem bełkotać, to jednak przysparzają problemów, które już pomijalne nie są. Zaczynamy więc dyskutować „O rozpadzie życia domowego” lub „O tym, co jest nie tak”, „O autorytecie Biblii”, bądź „O tym, czy wierzymy”. Poza sezonem wypoczynkowym nie ma szans przegadać tych okropnych i wiecznych problemów. Przez resztę roku jesteśmy tak subtelni i nieodpowiedzialni, a teraz, przez kilka miesięcy żyjemy rzeczywiście na serio. Gdy politycy chłoszczą nas w mediach słowami, zaciekle walcząc o głosy, pytamy „Czy głosujemy?”; gdy jednak zostawią nas na chwilę, mamy czas pytać „Czy wierzymy?”. Na co dzień pytamy czy ten Rząd poniósł porażkę, lecz jedynie w wakacje umiemy tak pytać o Małżeństwo. Doprawdy, ten szybko uciekający czas jest okazją do myślenia o rzeczach, które same nigdy nie pierzchną. Czas naszych świąt jest jedynym czasem, w którym rzeczywiście potrafimy zwracać umysł w stronę posępnych i wiecznych szarad, które zamieszkują w każdej z cywilizacji. Święta to jedyny okres, gdy nie dajemy się porwać przypadkowym sytuacjom, gdy nie wprawia nas w automatyczne osłupienie dowolny szokujący plakat. Jest to jedyny czas, gdy wzorem filozofów możemy osądzać spokojnie i szczerze. Ten niedorzeczny czas, to jedyny czas, w którym sami nie jesteśmy niedorzeczni. Uroczysty charakter świąt wynika oczywiście z ich nazwy: świąteczny dzień jest to dzień, który uczyniono świętym. W praktyce oznacza to, że wakacje i święta są szansą na wyłonienie bardziej poważnej strony człowieka, który cały rok był zajęty przemijalnymi błahostkami, - pisaniem artykułów, czy sprzedażą mydła. Teraz spieszno mu do rzeczy wiekuistych, oddaje się sportom prostego kraju i polowaniom na wzgórzach. Jest urzędnikiem spędzającym całe życie na przedmieściach, - rzeczy najnowszej i z wszystkich zmiennej najbardziej. Cóż zatem robi w wakacje? Ucieka ku rzeczy najbardziej niezmiennej i najstarszej, - wyprawia się nad morze.

         Do jednej rzeczy jestem całkowicie przekonany, chodzi mianowicie o to, że najlepszy rodzaj spędzania wakacji to ten najbardziej bezczynny. Poprzez bezczynność łączysz się z najgłębszymi pokładami życia w miejscu swego pobytu; nie robiąc nic robisz tak naprawdę wszystko. Lokalna atmosfera wyczuwa twój brak oporu i wypełnia cię, podczas gdy pozostałych wypełniają treści przewodników i posępny wschodni wiatr kultury. Przede wszystkim odmawiaj, z namiętnością odmawiaj zwiedzania lokalnych atrakcji. Jeżeli gwałtownie odmówisz zwiedzania edynburskiego Zamku, otrzymasz swą nagrodę, rozkosz przeznaczoną dla bardzo nielicznych: zobaczysz Edynburg. Jeżeli zaprzeczysz samemu istnieniu Kostnicy, Kościoła Madeleine i Luwru; Tuileries, Wieży Eiffel’a i mogiły Napoleona, wówczas, w spokoju tej świętej korekty, nagle dostrzeżesz Paryż. W imię wszystkiego co święte, to nie jest paradoks, jest to natomiast fragment mądrego przewodnika, który nigdy nie został napisany. A jeżeli naprawdę wymagasz bym rozsądnie wykazał słuszność powyższych tez, oto uzasadnienie.

         Istnieje bardzo prosty i rozsądny powód, dla którego nikt nie potrzebuje zwiedzać zagranicznych atrakcji. Po prostu w całej Europie atrakcje turystyczne są dokładnie takie same. Wszystkie stanowią świadectwo wielkiej cywilizacji Rzymu lub wielkiej cywilizacji Średniowiecza, które w dużym stopniu we wszystkich krajach były takie same. W Kolonii rzeczy warte obejrzenia są dokładnie tymi samymi rzeczami, które możemy podziwiać bez potrzeby odbycia takiej podróży. Najwznioślejsze rzeczy w Paryżu są dokładnie tego rodzaju, co te znajdujące się w Smithfield. Wszystkie wspaniałości tego świata są dokładnie takie same w całym świecie, przynajmniej w całym świecie europejskiej kultury. Prawdziwe cuda stoją u wszystkich naszych drzwi. Urzędnik w Lambeth nie ma prawa nie wiedzieć, o tryskającej tam w trzynastym wieku energią chrześcijańskiej sztuce. Wystarczy bowiem, że za rzeką ujrzy żywe kamienie Średniowiecza, które wspólnie wznoszą się do gwiazd. Wieśniak kopiący ziemniaki w Sussex nie ma prawa nie wiedzieć o tym, że rzymskie drogi są w istocie kośćmi Europy. Rzymski obóz z francuskiej doliny jest właśnie tą rzeczą, której nie potrzebujemy oglądać, wszak sami posiadamy rzymskie obozy w Anglii. Znajdująca się w niemieckim mieście katedra jest dokładnie tym, czego nie trzeba nam oglądać, gdyż i w Anglii mamy takie katedry. Natomiast rzeczami, których właśnie w Anglii nie mamy są francuska kafejka i niemiecki piwny ogródek. To właśnie zwykłe życie ludzkie jest tym, co w obcym kraju przysparza zdumień i zachwytów. Czy to Francja, czy Niemcy, to zawsze zwyczajne dobrze nam znane rzeczy, zadziwiają nas najbardziej. Nieznośni przewodnicy z Opactwa Westminsterskiego i Wieży Londynu wszystko nam wyjaśnili. Człowiek, który nie zgadza się na opuszczenie swojego miejsca w paryskiej kafejce, by zwiedzać Musée de Cluny, oddaje najwyższy hołd ludowi Francji. Oczywiście, to samo dotyczy obcokrajowców przebywających w Anglii. Nie ma potrzeby, by Francuz z powagą patrzył na Opactwo Westminsterskie, jako przykład angielskiej architektury. To nie jest przykład angielskiej architektury. Ale jednokonka stanowi taki przykład. Jest to wynik osobliwej poezji naszych angielskich miast. Z jakichś tajemniczych powodów, nigdy tak naprawdę nie przyjęła się poza naszymi granicami. Jest to symbol pewnego nierozważnego komfortu, który jest prawdziwie angielski. Jest to rzecz służąca wędrówce narodów. Pełnego wyobraźni Anglika zastaniesz w kafejce; pełnego wyobraźni Francuza, gdy mknie jednokonką.

         Jednokonka jest rzeczą cudownie symboliczną, jak już wspomniałem, wynika z prawdziwego ducha naszego angielskiego społeczeństwa. Naczelnym złem angielskiego społeczeństwa jest fakt, że nasze umiłowanie wolności, choć samo w sobie tak szlachetne, oddaje zbyt wiele prestiżu i władzy bogatym; ponieważ wolność oznacza folgowanie sobie, a folgowanie oznacza pieniądze. Wybijanie okien, choć samo w sobie jest wielkim i ludzkim ideałem, w praktyce oznacza, że człowiek, który wybija najwięcej okien będzie prawdopodobnie tym, który może za nie zapłacić. Stąd tak wielka władza arystokratycznego indywidualizmu w angielskim życiu; arystokratycznego indywidualizmu, którego wspaniałym symbolem jest jednokonka. Koronnym cudactwem angielskiej klasy wyższej, jest to zestawienie pokaźnej odwagi osobistej z absurdalnym luksusem. Obcej armii najłatwiej byłoby pokonać takich ludzi kradnąc im kosmetyczki. Nie dbają o własne życie, lecz z wielką troskliwością i staraniem podchodzą do stylu życia. Tę właśnie kombinację odwagi i przestronności, którą powtarza się w niezliczonych angielskich instytucjach, możemy odnaleźć patrząc na jednokonkę. Porównując ją do innych pojazdów, w szczególności obcych, natychmiast widać, że jest pełniejsza w przepych oraz bardziej niebezpieczna. Jest to rzecz, w której człowiek może zostać zabity, jednak może zostać zabity bardziej komfortowo. Może z niej zostać wyrzucony, ale nie będzie tak naprawdę chciał wysiąść. Gdy kiedyś płynąłem w dół rzeki londyńskim parowcem, człowiek stojący obok wskazał na gmachy wielkich budynków, na obu brzegach rzeki, w okolicach Westminster i Lambeth, po czym rzekł: „To jest obliczone na imponowanie obcokrajowcom”. Dlaczego niby miałoby to imponować obcokrajowcom? Czy obcokrajowiec nie widział nigdy budynku mającego więcej niż jedno piętro? Czy Niemcy i Francuzi mieszkają w chatach z błota? Czy nie posiadają opactw i biskupich pałaców? Ależ nie; jeżeli chcesz zaimponować obcokrajowcom, kurczowo chwytaj się swojej jednokonki. Nigdy nie pozwól, by widział cię w innym pojeździe. Objeżdżaj nią dokoła swego ogrodu; jedź środkiem drogi, gdy udajesz się do kościoła. Gdy armia brytyjska postępuje w walce, pozwólmy, by każdy żołnierz siedział w jednokonce, a wrogowie uciekną w popłochu na ten widok. Jestem bardzo zmartwiony, że pan Max Beerbohm wygłasza opinie, w których nie uważa Londynu za miasto piękne lub romantyczne. Nie tylko bowiem Londyn pełen jest romansu, ale pełen jest osobliwie delikatnej romantyczności starego świata. Każde inne miasto śpiewa i tętni życiem współczesnych metod, a w szczególności te miasta, które powszechnie zwiemy dekadenckimi. Rzym w porównaniu z Londynem jest modny i jankeski; Florencja to Chicago, gdy porównać ją z Londynem. Stare włoskie miasta brzęczą elektrycznymi pojazdami, gdzie ulice oznaczono na wielkich higienicznych mapach. Jedynie nasz Londyn zachowuje swe fascynujące pokrzywione ulice. Jedynie nasz Londyn zachowuje swój senny, niespieszny autobus. To godny uwielbienia marzyciel, który ze szczytu swych wież, szeptem zdradza nam ostatnie tajemnice Średniowiecza! Ktoś tak powiedział na temat Oxfordu, (jeżeli myślisz, że nie wiem, był to Matthew Arnold); ale naprawdę te słowa dotyczą Londynu, w żadnym razie Oxfordu. Jeżeli naprawdę chcesz wypełnić swoją duszę pieśnią i symboliką przeszłości, udaj się do londyńskiego metra na Victoria Station i jedź, powiedzmy, do Mansion House. Zamknij oczy i dostojnie wsłuchuj się w nazwy stacji. St. James’s Park, - pielgrzymi, każdy z kijem i muszlą. Westminster Bridge, - angielscy święci i królowie. Charing Cross, - król Edward. The Temple, - upadek tej dumnej, tajemniczej ligi Templariuszy. Blackfriars, - ciemna linia kapturów! Błagam cię, nie niszcz Londynu. Ta ruina jest święta.

G. K. Chesterton, Illustrated London News, 30 September, 1905
(Przekład: Paweł Kaliniecki)

Powrót