O doniosłej wadze miejsc publicznych, Christian Science i nosie – raz jeszcze

        W trakcie jednego z niedawnych spotkań w dziennikarskim gronie, Dr Macnamara opowiadał o jednym ze swoich wyborców, który bardzo ostro skrytykował go za atak na Izbę Lordów. Oto jaki argument przytoczył ów człowiek na obronę tej szacownej instytucji: „Ostatecznie nie może Pan zaprzeczyć, że Lordowie, mając własne miejsce spotkań, trzymają się przynajmniej z dala od naszych piwiarni”. I jest coś prostego, a nawet szlachetnego, w tej niewinnej odpowiedzi biedaka na akty filantropii i prawodawstwo bogaczy. Być może jednak nie jest wcale tak trudno trzymać arystokrację z dala od publicznych miejsc spotkań biedaków, a nasze życie zbiorowe uległo by znacznej poprawie dopiero wtedy, gdyby udało nam się trzymać ich z dala od naszych własnych domów. Zadziwia mnie jednak to, jak niewielu ludzi dostrzega głębię i powagę tego rozróżnienia; to, że określenie „miejsce publiczne” traktujemy tak lekko, a nawet wypowiadamy je z lekceważeniem(1). To smutny przykład tej nieustającej dewaluacji słów, do której sprowadzają się dzieje ludzkiego języka.

         Nie można sobie bowiem wyobrazić wspanialszej i bardziej uświęconej kombinacji słów, niż określenie „public house”, które cudownie łączy w sobie prostotę i chwałę zarazem. Jest esencją tego, co najstarsze i najmocniejsze, tego co niezniszczalne w samej idei ludzkiego społeczeństwa: dom, w którym każdy jest gospodarzem i w którym każdy jest gościem. I jak mamy swoje prywatne zobowiązania, tak też powinniśmy mieć zobowiązania publiczne; jak mamy prywatne modlitwy, tak też powinniśmy modlić się publicznie; i konsekwentnie – jeśli mamy swe prywatne domy, tak też powinniśmy mieć przybytki publiczne. Nawet jeśli załamujemy ręce nad tym, co się w nich wyprawia, nawet jeśli widzimy, że zostały one zdegradowane do roli miejsc, w których ludzie się upijają do nieprzytomności, to nadal powinniśmy traktować je jak świątynie – świątynie, które zostały sprofanowane. Jeśli natrafiamy na jakieś hałaśliwe pijaństwo, albo jeszcze gorzej – na pijaństwo spokojne i dystyngowane – powinniśmy mówić o tym, jak o awanturowaniu się w kościele: „Ten człowiek powinien to robić” – tu zawieszamy głos i niskim, chropowatym tonem oznajmiamy – „w publicznym przybytku!”. Znam jeszcze jeden przykład zbezczeszczenia szlachetnej nazwy. Można spotkać ludzi, którzy z lekceważeniem w głosie wypowiadają słowa „hala koncertowa”, jakby to była najbardziej przyziemna rzecz na świecie. Czy jest coś bardziej trywialnego i pospolitego, niż sposób, w jaki ludzie mówią o hali muzycznej i miejscu publicznym? A cóż może być bardziej podniosłe i wspaniałe, niż Sala Muzyki i Dom Ludu? Mało tego, na własne uszy słyszałem, jak ludzie rozmiłowani w profanowaniu świątyń, o Publicznym Przybytku mówią „pub”. Równie dobrze mogliby mówić „kość” o kościele, albo „świąd” o świątyni.

         Mimo wszystko jednak, dżentelmen chcący utrzymać Lordów z dala od Publicznych Przybytków nieświadomie popadł w ironię, kiedy chciał to osiągnąć poprzez zamknięcie ich w Izbie Lordów, ponieważ Izba Lordów jest Publicznym Przybytkiem – zupełnie tak samo, jak Izba Gmin. To właściwie jedyna dobra rzecz, jaką da się o nich powiedzieć. I nie chodzi mi jedynie o to, że jak mniemam, wolno w nich serwować używki, ani o to, że ich rezydenci są czasami z hukiem wykopywani za drzwi. Chodzi mi o to, że za ich istnieniem stoi ta sama idea, która stoi za istnieniem wszystkich starodawnych karczm i hoteli tego świata – idea mówiąca, że człowiek mieszka w czymś więcej, niż tylko we własnym domu, że mówiąc słowami Arystotelesa (tego Greka, którego macie zwykle na końcu swego języka), „człowiek jest zwierzęciem politycznym”. I jeśli tawerny oraz inne miejsca, w których oddajemy się zbiorowemu spożyciu alkoholu nie wyglądają wcale tak, jakby służyły swemu wzniosłemu przeznaczeniu, to cóż – są ludzie na tyle pozbawieni ogłady, aby twierdzić, że i Parlament… może jednak nie kierujmy się w tę stronę. Wystarczy powtórzyć, dla dobra człowieka, który chciał trzymać Lordów z dala od miejsc publicznych, że Izba Lordów sama w sobie jest Miejscem Publicznym i że są ludzie, którzy chcieli by trzymać Lordów z daleka i od niego.

         Żyjemy z pewnością w czasach nawrotu moralnej inkwizycji. W zeszłym tygodniu komentowałem sprawę Księżnej, chcącej pozbawić dzieci bajek, a dziś widzimy człowieka, chcącego pozbawić członków Izby Lordów przyjemności wypicia drinka. Ponieważ uważam, że człowiek ma święte prawo do obydwu tych rzeczy, protestuję przeciw wtrącaniu się w nie, choć być może sprawa pierwszej z nich jest bardziej nagląca, ponieważ władza Księżnej nad dziećmi jest bądź co bądź większa, niż władza jednego z wyborców Dr Macnamary nad Książętami. Widziałem kiedyś, w jednej z francuskich gazet, wydrukowaną wielkimi literami reklamę „Rum; comme on le boit dans la Chambre des Lords a Londres”(2). Przyjemnie było sobie wyobrazić Lorda Spencera i Arcybiskupa Canterbury trącających się pucharami wypełnionymi tym pirackim napitkiem. Jeśli tak czynią, niechże tak czynią dalej bez zbędnych obaw o to, co może im zrobić wyborca Dr Macnamary. Książe Devonshire może pić swój half-and-half(3), a Książe Argyll swoje zwykłe bitter-and-dash(4), bez najmniejszych skrupułów. Ludzie ci są po prostu zbyt potężni, aby mówić, że stanowią „jeden z dzisiejszych problemów”. Tak więc przejdźmy do bardziej palących spraw.

         Uwagi Biskupa Londynu na temat Christian Science wydają się całkiem sensowne. W sporze, w którym jedna strona nawołuje do skrajnego spirytualizmu i każe wszystko sprowadzać do ducha, a druga – odwrotnie – nawołuje do bezwzględnego materializmu i fizykalizmu, jego wkład sprowadza się do zadania oczywistego pytania o to, dlaczego w ogóle mamy się tak jednostronnie ograniczać. Wszyscy doskonale wiedzą, że istnieje coś takiego, jak fizyczne przyczyny oraz skutki i wszyscy równie dobrze wiedzą, że istnieją przyczyny oraz skutki duchowe. Nikt za to nie wie, jak rozległy jest ich wpływ. Dlaczego więc człowiek nie miałby używać ich po równo, jeśli w danej chwili widzi taką możliwość? Nie jest to kwestia jedynie zdrowego rozsądku, ale również istotnego moralnego rozróżnienia. Każdy święty, zasługujący na miano świętego, leczył mocą ducha; ale żaden święty, zasługujący na miano świętego, nie odmówiłby człowiekowi butelki wina albo drewnianej protezy. Święci udzielali duchowej pomocy, ale nigdy nie odmawiali pomocy materialnej. Nigdy nie nazwaliby leczenia człowieka za pomocą namacalnych, materialnych środków „niegodnym”, tak jak nigdy nie nazwaliby „niegodnym” dawania człowiekowi chleba albo butów, pokarmu albo ognia. A jednak niektórzy ludzie związani z Christian Science uważają użycie jakichkolwiek materialnych środków za coś poniżającego. I to jest prawdziwa sprzeczność pomiędzy Christian Science a Chrześcijaństwem.

         Chrześcijaństwo mówi w istocie coś takiego: „Jeśli twierdzisz, że potrafisz czynić cuda, ja nie powiem, że cuda są niemożliwe – od jakichś stu lat jestem brutalnie atakowane za twierdzenie, że cuda są możliwe. Ale jeśli twierdzisz, że użycie materialnych środków jest niesłuszne, albo złe, to skrócę cię o głowę. Jeśli powiesz, że potrafisz wzlecieć na wysokość czterech pięter za sprawą cudownej lewitacji, to między nami nie będzie niezgody. Ale jeśli powiesz, że dla człowieka jest poniżającym wejść na czwarte piętro na własnych nogach, to w poczuciu świętego obowiązku skrócę cię o głowę. Jeśli powiesz, że cudownym sposobem potrafisz przeżyć dziewięć miesięcy bez jedzenia, nie będę się z tobą spierać. Ale jeśli twierdzisz, że inni są godni pożałowania, ponieważ jedzą mięso i piją wino, jak Apostołowie, wtedy się z tobą nie zgodzę – nie, wtedy skrócę cię o głowę. I jeśli powiesz, że potrafisz uleczyć chorobę siłą woli, nie będę się z tobą spierać, a wręcz cię pochwalę. Ale jeśli powiesz, że człowiek, który uzdrawiał ludzi za pomocą lekarstw i bandaży powinien się wstydzić, ponieważ używał środków materialnych, to wtedy z całą mocą swej świętości pozbawię cię tego, co nazywasz głową!”

         Mówiąc krótko – tym, czemu się sprzeciwiamy, nie jest nadprzyrodzona część atmosfery Christian Science, ale jej negacja tego, co przyrodzone. Nie chodzi o to, co Christian Science robi, ale o to, czego nie chce robić. Dla Chrześcijaństwa to, co nadprzyrodzone, jest normalne, a nawet więcej – jest niemal banalne. Chrześcijański święty posiada cudowną moc, ale nie używa jej w jakichś wyjątkowych, czy niezwykłych okolicznościach. Można niemal powiedzieć, że Chrześcijański święty posiada cudowną moc, ale nie traktuje jej poważnie. Niczego nie należy podkreślać bardziej, kiedy mówimy o wielkich postaciach duchowości chrześcijańskiej – poczynając od najwyższej z nich, niż faktu, że udzielają pomocy duchowej tak, jak by była ona materialną – zwyczajnie, na zawołanie, niemal przypadkiem. Czynią dla człowieka cud, tak jakby przypalali mu papierosa. Otwierają oczy ślepemu tak, jakby otwierali drzwi dla kobiety. Odejmują człowiekowi trąd tak, jakby strzepywali piórko z jego płaszcza. W atmosferze cudu nie ma nic uroczystego, ani mistycznego. Stanowi on jedynie akt dobrego usposobienia, ale jest to dobre usposobienie Boga. Jest rodzajem niebiańskiej uprzejmości. I żaden z proroków albo świętych nie mógłby być dalszy od głoszonego przez Christian Science mniemania, że środki materialne są nędzne albo niegodne, ponieważ uleczenie człowieka za pomocą ducha jest tak oczywiste, jak uleczenie go za pomocą zupy. Ale uleczenie go za pomocą zupy było by równie godne, co uleczenie go duchem.

         Po spisaniu na niniejszych łamach kilku uwag na temat nieobecności nosa w poezji miłosnej, powinienem był być przygotowany na to, że ktoś triumfalnie mi zaprzeczy, ponieważ takie uogólnienia nigdy nie są całkiem prawdziwe, szczególnie kiedy przyjmują postać całkowitej negacji. I oto jeden z czytelników napisał do mnie przemiły list, w którym zwraca moją uwagę na przykład, który z pewnością powinienem był pamiętać – słowa o kobiecie, której nos był „zadarty, niczym płatek kwiatu”(5). To bardzo delikatnie uczynione porównanie i wątpię aby ktokolwiek się na nie jeszcze poważył. Ale jeśli już, to młody poeta powinien bardzo ostrożnie dobrać kwiat, do którego zechce porównać nos swej ukochanej. Lilii tygrysich, goździków, słoneczników i tym podobnych, należy unikać. Inny uprzejmy dżentelmen przysłał mi pocztówkę z takim oto fragmentem Pieśni nad Pieśniami: „nos twój jako wieża na Libanie, która patrzy ku Damaszkowi”(6). Świetne porównanie, jeśli jesteś Wschodnim despotą i możesz prawić dowolne komplementy. Gdybym jednak dziś zechciał wkraść się w łaski jakiejś damy porównując jej nos do Wieży Eiffel’a, to jeden Bóg raczy wiedzieć, jak by się to dla mnie skończyło.



(1) Chesterton opiera tę cześć swego felietonu na grze słów „public house” i „private house”, którą trudno przełożyć na język polski, ze względu na zupełnie inne znaczenie określenia „dom publiczny” w naszym języku. „Public house” to tyle, co piwiarnia, pub („pub” – skrót od „public house”).
(2) „Rum; taki jaki piją w Izbie Lordów w Londynie”.
(3) Szkockie piwo Ale mieszane pół na pół z piwem India Pale Ale.
(4) Koktajl z „kropelką” ziołowej nalewki.
(5) Cytat z poematu „Gareth and Lynette” Lorda Alfreda Tennysona (1809-1892).
(6) Na podstawie Biblii Gdańskiej.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 25th November, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót