Rozważania o wyjątkowości ludzkiego nosa

        Otrzymałem któregoś dnia list, w którym zapytano, o co mi chodziło, kiedy stwierdziłem, że z czyjejś wypowiedzi odczytujemy nie to, co powiedział, ale to, co miał na myśli. Oczywiście nie zawsze tak bywa, twierdzę jednak, że jeśli ktoś przyśle nam list napisany co prawda normalnym rzymskim alfabetem, ale za to w języku Zulusów, to prawdopodobnie zobaczymy, co pisze, ale nie będziemy mieć najmniejszego pojęcia o co mu chodzi. Jeśli jednak napisze tak, jak przytłaczająca większość naszych korespondentów, używając nie tylko tego samego języka, co my, ale również zwrotów oraz pojęć, to wniosek pozostaje bez zmian: widzimy o co mu chodzi, nie patrząc na to, co mówi. Przykładowo - większość listów zaczyna się od słów: "Szanowny Panie", gdyby jednak ktoś zaczął się od słów: "Mój Ukochany Panie", to nie mieli byśmy zielonego pojęcia o co mu chodzi i mogli co najwyżej popaść w osłupienie. Albo gdyby ktoś zaczął od: "Mój Słodki Panie", bylibyśmy w ten sam sposób zaszokowani użytym wyrażeniem, ale jego znaczenie pozostało by dla nas zagadką - szczególnie, gdyby autor informował następnie, że jeśli w ciągu najbliższych dni nie otrzyma należnej kwoty, to sprawa zostanie przekazana komornikowi. Nieustannie otrzymujemy takie pełnie pogróżek listy, które rzeczywiście zapierają dech, ale nigdy nie wydaje nam się zabawne, że autor zaczyna od nazwania nas "szanownym". Dlaczego? Ponieważ nigdy w istocie nie czytamy słowa "szanowny". Nie czytamy tego, co autor pisze; czytamy jedynie to, co ma na myśli - a to, co ma na myśli pisząc: "Szanowny Panie", nie ma z tymi słowami nic wspólnego. To, co chce nam przekazać, brzmi mniej więcej tak: "To, że uważam Cię za bezwzględnego bandziora i wyrzutka społeczeństwa, nie jest powodem, abym zwracając się do Ciebie rezygnował ze zwyczajowej dla obywatela i człowieka cywilizowanego etykiety". Mam nadzieję, że ten niezbyt wyszukany przykład wyjaśnia sprawę i rozwiewa wątpliwości, którymi podzielił się ze mną mój korespondent. Można oczywiście podać i inne - ja sam na przykład używam zwyczajowych pozdrowień: "Jak się masz?", czy: "W porządku, dziękuję", jako form czysto ceremonialnych i nie przywiązuję najmniejszej wagi do ich dosłownego znaczenia. Gdyby kula armatnia rozszarpała mi obydwie nogi, bomba wypaliła obydwoje oczu, szabla obcięła prawe ramię, a generał wrogiej armii przystanął naprzeciwko, ukłonił się przyjaźnie i spytał: "Jak się masz?", to gdybym był jeszcze w stanie wydobyć z siebie głos, odpowiedział bym: "Dziękuję, w porządku". Podobnie, gdybym to ja pociął go na ćwierci wielkim mieczem i zadał mu rytualne pytanie, a ten nie odpowiedział: "Dziękuję, w porządku", to byłbym bardzo zaskoczony. Dokładnie z tego samego powodu przeżywam rozczarowanie, gdy w strugach ulewnego deszczu mówię do kogoś, jak zwykle: "Piękny mamy dzionek", a on nie chce się ze mną zgodzić. Jest to oczywiście tylko kwestia moich prywatnych upodobań. Ogólny sens jest jednak następujący - ludzie żyjący wspólnie jako społeczeństwo szybko dostrzegają znaczenie, jakie zdecydowana większość przypisuje pewnym słowom i zwrotom. Szybko zaczynają zwracać uwagę na to, co inni mają na myśli i równie szybko przestają zwracać uwagę na to, co mówią.

         Parę dni temu (4 listopada(1), by być ścisłym) przyszło do mnie dziecko i poprosiło o jałmużnę. Nie odwołało się jednak z wyrachowaniem do mego poczucia litości, ale dźwięcznie i nawet nieco rytmicznie zaapelowało do moich historycznych oraz protestanckich uczuć(2). Chłopiec miał oczywiście złociste włosy oraz błękitne anielskie oczy - ufne i chwytające za serce. Ale jego owalna, subtelna buzia, ozdobiona niewinnym uśmiechem, była nieco zakryta wielkim, sztucznym nosem, którego noszenie sprawiało mu najwyraźniej wielką frajdę. Cała reszta jego ekwipunku była typowa dla wszystkich religii i ceremonii. Fajerwerki są czymś naturalnym dla wielu innych ludzkich rytuałów, ponieważ ogień jest istotny dla niemal wszystkich z nich. Czy istnieje bardziej naturalny wyraz przekonania o słuszności własnych poglądów niż spalenie czegoś w ich imię? Płomienna wiara nade wszystko wyraża się w płomiennym ogniu - podpalenie czegoś jest bez wątpienia działaniem słusznym, szczególnie jeśli w ten sposób wyrażamy cześć dla tego, co najbardziej fundamentalne. Nie należy tylko palić ludzi - ci rzadko palą się dobrze. Dlatego potrafię zrozumieć fajerwerki, a widząc grupkę chłopców bawiących się petardami, wiedziałem, że ich historycznym dziedzictwem jest strzelający w niebo płomień rozpalony na wszystkich ołtarzach ludzkości. Kukła Guya również jest czymś naturalnym - jest po prostu idolem, którego dzikie ludzkie istoty (jak również te oswojone) tworzą za sprawą jakiegoś mrocznego instynktu, nakazującego urzeczywistniać własne koszmary. Ich przykładem są bóstwa czczone na wyspach Pacyfiku, albo postacie z artystycznych plakatów Pana Aubrey Beardsley'a(3). Barbarzyńcy i nowocześni artyści posiadają dokładnie tę samą dziwną skłonność do tworzenia czegoś brzydszego niż oni sami, co - przyznaję - dla artystów jest o wiele trudniejsze. Tak więc kukła jest po prostu kukłą, "ohydą dla samej ohydy" i należy do tej samej kategorii, co kanibalizm, ofiary z ludzi, twórczość drugorzędnych pesymistycznych poetów oraz wszystkie inne formy kultu Diabła. Skąd jednak wziął się sztuczny nos? Jakie jest jego znaczenie? Nie przypominam sobie, aby towarzyszył którejkolwiek z wcześniejszych uroczystości religijnych człowieka. Cóż może symbolizować? Jakąś nadzwyczajną czujność zmysłów wywołaną zagrożeniem ze strony spisku prochowego? Czy chodzi o to, że kiedy członek straży parlamentarnej wyczuł woń prochu, jego nos nabrzmiał nagle do takich rozmiarów, aby w nadludzkim wysiłku wywęszyć jej źródło?

         A może grupa poszukiwawcza Izby Gmin umyślnie przywdziała specjalne żelazne nosy dla ochrony przed dymem, w razie gdyby rzeczywiście doszło do eksplozji? Tak czy inaczej, sztuczny nos w sposób oczywisty nabrał charakteru rytualnego i prawdę powiedziawszy nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wielka różowa trąba, którą nałożył sobie rzeczony chłopiec, nie miała wiele wspólnego z jego własnym nosem. Mimo to jego sztuczny nos miał o wiele więcej wspólnego z prawdziwym, niż, przykładowo, sędziowska peruka z prawdziwymi włosami sędziego - o ile ten w ogóle takowe posiada. Nikt chyba nie wierzy, że Pan Justice Darling posiada opadające na ramiona śnieżnobiałe loki, uczesane i pozawijane tak, aby uformować wymyślną fryzurę, którą nosi na głowie. Istnieją więc całkiem racjonalne przesłanki ku temu, aby sztuczny nos także stał się elementem publicznej etykiety. Sędzia ogłaszając jakiś straszny wyrok mógłby, zamiast czarnego nakrycia głowy(4), zakładać rzymski nos. Publiczny mówca, chcący urozmaicić swe przemówienie jakimś rekwizytem, mówiąc: "nasza polityka wymaga nowych, wyrazistych elementów", mógłby nagle wyciągnąć z kieszeni nos. Albo mówiąc: "musimy całkowicie zmienić nasze oblicze", mógłby rzeczywiście zmienić je jednym szybkim ruchem, ku zaskoczeniu słuchaczy. Mogłoby wreszcie istnieć coś takiego, jak porządna i oficjalna regulacja oznaczenia przynależności partyjnej za pomocą nosa. Wiemy jak wielkie i powszechne poruszenie wywołało uroczyste odsłonięcie statuy Gladstone'a. Z jakąż satysfakcją przyjęto by fakt, że najwspanialszy element jego fizjonomii, na fali radości uczyniono kwestią de rigueur! Jak cudownie by było, gdyby żaden polityk Partii Liberalnej nie mógł się pokazać publicznie bez nosa Gladstone'a! Jak niebywale odmieniło by to oblicze Pana Johna Burnsa! W jak ogromnym stopniu udoskonaliło by to wygląd Pana Winstona Churchilla! A jakby to wyglądało po drugiej stronie sceny politycznej? Czy nos Chamberlaine'a byłby sprzedawany z przymocowanym doń monoklem? Czy byłby rzeczywiście popularny wśród członków Ruchu Reformy Taryfy(5)? Czy przykładowo Pan Chaplin, którego natura obdarzyła nader wspaniałym nosem, byłby rzeczywiście zadowolony z jego imperialnego substytutu? Zdaje się jednak, że w swych rozmyślaniach wypływam na wody zbyt dla mnie głębokie...

         Jedną z wielkich tajemnic ludzkiej natury stanowi fakt, że mówienie o nosie wydaje się zabawne. Pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego wszystkie inne elementy ludzkiej twarzy budzą tak poważne, liryczne skojarzenia. Kiedy ktoś mówi o oczach, nie przychodzi nam na myśl "Two lovely black eyes"(6), ani jakaś inna nikczemna rzecz. Myślimy raczej o oczach damy, które są niczym gwiazdy, jak w barokowym sonecie. Gdy ktoś mówi o ustach, nie myślimy o gębie rozwartej w bezmyślnym uśmiechu. Kojarzą nam się one raczej z przydomkiem "złotousty", który nadano Ojcu Kościoła, Świętemu Chryzostomowi. Nie ma jednak legend na temat nosa. Żaden barokowy sonet nie wspomina o damie, której nos błyszczał niczym gwiazda. Żaden święty Kościoła, o ile nie myli mnie moja pamięć, nie jest znany jako "złotonosy". Nawet twórcy poezji miłosnej nie wynaleźli choćby jednej metafory ludzkiego nosa. Ucho, jak wiemy, przypomina muszlę. Podobieństwo nie jest oczywiście uderzające, ale i tak na tyle wyraźne, aby ta przenośnia uchodziła za obowiązującą. Oko, na tej samej zasadzie, jest gwiazdą. Naturalnie trudno sobie wyobrazić rzecz mniej podobną do gwiazdy, ale skojarzenie już się zakorzeniło. Niektórzy poeci upierają się, że usta kobiety są jak łuk - mnie co prawda przypominają one łuk w takim samym stopniu, w jakim przypominają karabin Lee-Metford(7), ale porównanie z łukiem upowszechniło się w literaturze. Dlaczego jednak nie istnieje żadna metafora nosa? Najwyraźniej nic na ziemi, ani na niebie - żadna pływająca w oceanicznej głębi ryba, ani najdalsza gwiazda - nie przypominają kobiecego nosa. Myślę, że nie bez przyczyny. Sam próbowałem znaleźć jakieś porównanie, lecz z mizernym skutkiem. Kilka rzeczy nasunęło się co prawda samoistnie, jednak rozsądek podpowiada mi, abym o nich nie wspominał.

         Powyższe jałowe rozważania poniosły mnie daleko od mojego małego przyjaciela ze sztucznym nosem. Mówiąc jednak poważnie, jest coś osobliwego w tym, że po trzystu latach sprawa spisku Guya Fawkes'a sprowadzona została do czegoś tak niedorzecznego, jak trąba. Popełnijcie grzech - jeden z tych potwornych grzechów, które zdławiły dwór Króla Jakuba - popełnijcie go, a zostaniecie przeklęci, lecz ludzkość przeklęta nie zostanie. Kilka stuleci później cała sprawa będzie już tylko okazją do założenia wielkiego tekturowego nosa.



(1) Czyli w przeddzień "Bonfire Night", rocznicy udaremnienia "spisku prochowego", kojarzonego powszechnie z osobą Guya Fawkes'a, którego celem było wysadzenie Parlamentu w powietrze. Zgodnie z tradycją 4 listopada dzieci prosiły o drobne pieniądze, "penny for a Guy", za które kupowały następnie fajerwerki - nieodzowny element święta, podczas którego puszczano sztuczne ognie i palono kukły Guya na stosie.
(2) Prawdopodobnie śpiewając jedną z ułożonych specjalnie na tę okazję, tradycyjnych rymowanek.
(3) Prace tego angielskiego artysty można obejrzeć na stronie: beardsley.artpassions.net
(4) W tradycji angielskiego sądownictwa sędzia ogłaszający wyrok śmierci miał na głowie tzw. "black cap", czyli kwadratowy kawałek czarnego sukna nałożony na perukę.
(5) The Tariff Reform League (TRL) - ruch powstały w 1903 roku, domagający się m. in. wprowadzenia ceł na towary niemieckie i amerykańskie, aby chronić angielskich producentów. Joseph Chamberlaine był najbardziej zapalonym zwolennikiem Reformy, a TRL w apogeum swej popularności (tuż przed wybuchem Pierwszej Wojny Światowej) liczyła ok. 250 tys. członków.
(6) Satyryczna piosenka Charlesa Coburne'a.
(7) Pierwszy karabin wielostrzałowy, jaki znalazł się na wyposażeniu armii brytyjskiej.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 11th November, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót