Kobiety w pracy i w domu

        Tocząca się ostatnio dyskusja na temat pracy zawodowej zamężnych kobiet była zaledwie częścią o wiele większej dyskusji, która nie ogranicza się tylko do pracujących poza domem kobiet, ani nawet w ogóle do kobiet. Dotyczy ona pewnego rozróżnienia, o którym obydwie strony sporu często zapominają. Spór toczy się głównie wokół pytania o to, czy życie rodzinne można określić jako "pracę na pełen etat", czy na "pół etatu". Istnieje jednak również inny sens rozróżnienia pomiędzy pracą pełnowymiarową, a jej połową albo jedną setną - i nie ma nic wspólnego z czasem, który ona pochłania, ale tylko i wyłącznie z jej zakresem. Pewien specjalista od przemysłu chlubił się kiedyś tym, że potrzeba było dwudziestu osób do wykonania szpilki (na której, mam nadzieję, usiadł). Co jednak ważne - człowiek, wykonujący jedną dwudziestą szpilki, nie pracował tylko przez jedną dwudziestą godziny. Mógłby równie dobrze pracować dwanaście godzin, a w rzeczy samej, mógłby - ku uciesze przemysłowca - pracować przez dwadzieścia cztery godziny. Mógłby nawet pracować przez całe życie, ale nigdy nie wykonałby całej szpilki.

        Wciąż jednak są na tym świecie zacofani szaleńcy, do grona których mam zaszczyt należeć i którzy sądzą, że dobrze jest zachować tak wiele całościowych prac, jak to tylko możliwe. Cieszymy się jak dzieci, gdy tylko uda nam się znaleźć kogoś, kto sam robi coś od początku do końca. Nasze serca radują się kiedy natrafimy na człowieka doświadczającego zarówno rozpoczęcia, jak i zakończenia swej roboty. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że często zupełnie nie pasuje to do realiów nowoczesnej cywilizacji i fakt ów skłania nas czasem do powiedzenia, co o nowoczesnej cywilizacji myślimy. W każdym bądź razie - niezależnie od tego, czy mamy rację czy nie - o tym istotnym rozróżnieniu nie zawsze się pamięta, a właśnie o nim należy pamiętać przede wszystkim, kiedy dyskutujemy o pracy zawodowej kobiet.

        Można przypuszczać, że istnieje pewna liczba ludzi wykonujących prace, których nie doprowadzają sami do końca. Być może istnieje też pewna liczba ludzi, wykonujących prace, których sensu nie pojmuje. Jednak nie chcemy mnożyć tych ludzi w nieskończoność, aby następnie przykryć to wszystko wykrzykiwaniem haseł o wyzwoleniu i równouprawnieniu. Być może wyzwolenie faktycznie polega na tym, aby pozwolić kobiecie wytwarzać część szpilki, jeśli ona rzeczywiście tego chce. Być może będzie to również wyrazem równouprawnienia, jeśli kobietę rzeczywiście skręca z zazdrości na myśl o tym, że jej mąż dostąpił zaszczytu produkowania części szpilki. Pytamy jednak o to, czy wyprodukowanie kawałka szpilki jest faktycznie osiągnięciem bardziej godnym człowieka, niż uszycie całego fartuszka. Idziemy nawet dalej - i pytamy czy uszycie całego fartuszka jest osiągnięciem bardziej godnym człowieka, niż wychowanie całego dziecka. Sednem tej "połowy etatu", jaką stanowi macierzyństwo, jest to, że przynajmniej można je traktować jako samodzielną całość i cel sam w sobie - każda ludzka istota jest w pewnym sensie celem samym w sobie. Wszystko, co sprawia jej radość, albo czyni ją szlachetną jest, w obliczu Boga, rzeczą skierowaną ku ostatecznemu celowi. Macierzyństwo - w przeciwieństwie do przytłaczającej większości zajęć i zawodów - nie jest zaledwie środkiem do celu. Można je za to realizować - na mocy samej ludzkiej natury - z niekłamaną radością i entuzjazmem. Czy jest to praca na pół etatu, czy nie - z pewnością nie może być pracą, w którą wkładamy zaledwie połowę serca.

        Cóż, na dobrą sprawę nie ma dziś zbyt wielu zajęć, które zwykły człowiek mógłby z entuzjazmem wykonywać dla swych własnych celów. Świadczą o tym wszystkie te wyjątkowe sytuacje, w których ludzie osiągają sukces. Możemy oczywiście wyobrazić sobie kobietę tak bardzo lubiącą pływać przez Kanał La Manche, że będzie to robić, aż pobije rekord. Możemy sobie również wyobrazić kobietę tak bardzo pragnącą odkryć biegun północny, że zrobi to, nawet jeśli został on już dawno odkryty. O tak niezwykłych sukcesach rozpisują się natychmiast wszystkie gazety, ale właśnie dlatego, że są niezwykłe. Mają się one jednak nijak do prób rozstrzygnięcia tego, czy kobiety mogą osiągnąć większą wolność pracując zawodowo, czy zostając w domu. Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy założyć, że wszyscy marynarze na łodziach pływających po Kanale są kobietami, że wszyscy poławiacze śledzi są kobietami, oraz że wszyscy wielorybnicy na Morzu Północnym są kobietami - a następnie rozważyć, czy najsłabiej opłacana i najciężej pracująca wśród nich wszystkich naprawdę pędzi żywot szczęśliwszy czy może raczej dużo cięższy. Jeśli to zrobimy, natychmiast stanie się dla nas jasne, że zdecydowana większość kobiet w tej sytuacji musi wykonywać czyjeś polecenia - oraz być może i to, że część z nich musiałaby wykonywać polecenia, których w ogóle nie rozumie. Nie mogłaby również istnieć społeczność, w której przeciętna kobieta byłaby kapitanem statku. Istnieje za to społeczność, w której przeciętna kobieta jest panią domu.

        Byłoby oczywistą niemożliwością, aby wyrwać sto kobiet z domów i dać im pod komendę sto statków - chyba, że te statki byłyby czółnami. Doprowadziłoby to do fanatycznego wręcz wypaczenia indywidualistycznego ideału bycia dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Wyciągnięcie jednak z domów stu kobiet i umieszczenie ich na dziesięciu, a co bardziej realne - dwóch statkach - w sposób oczywisty zwiększyłoby znacznie liczbę służących, a zmniejszyło liczbę gospodyń. Z resztą jedyny znany mi statek, którego załogę stanowiłyby kobiety, był dowodzony przez porucznika Bellaya, bohatera "The Bamboat Woman's Story"(1), ale nawet w tym przypadku, żeglującym z nim kobietom przyświecały raczej rodzinne niż zawodowe ideały.

        Obawiam się, że praca wielu kobiet zatrudnionych w sklepach i fabrykach jest jeszcze bardziej mozolna. Użyłem tu bardzo prostej metafory, ale nie jestem pierwszą osobą, która dyskutując o państwie odwołuje się do porównania ze statkiem(2). Jednak metoda może równie dobrze odnosić się do sklepu, szczególnie do sklepu współczesnego, który jest chyba nawet większy, niż współczesne statki. Zarówno sklep, jak i fabryka muszą w zdecydowanej większości składać się z pracowników najemnych, mających w nich status służby - natomiast jedną z niewielu ludzkich instytucji, które tak ogromnej liczby służących nie potrzebują jest gospodarstwo domowe.

        Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele zmian i przeróżnych kompromisów wymagają od nas dość przypadkowe realia współczesnego świata i nie zamierzam tego negować. Nie dyskutujemy tu jednak nad propozycją zmiany ideału, ale jego likwidacji. Jest to propozycja polegająca na tym, aby do interesującej nas kwestii zostało zastosowane nowe kryterium, wedle którego nie oceniamy tego, czy praca w domu jest pełnowymiarowa w sensie zajęcia samowystarczalnego i dającego spełnienie oraz satysfakcję. Oceniamy to, czy jest pracą na pół etatu - to znaczy zajęciem, do którego można przykładać mechaniczne miary współczesnego rynku pracy.

        Istniały kiedyś domowe bóstwa, domowi święci i dobre domowe duszki, ale nie sądzę, abyśmy mieli już bóstwa fabryczne, świętych fabrycznych, czy fabryczne skrzaty. Mogę się oczywiście mylić, ponieważ nie jestem ekspertem przemysłowym, ale nigdy jeszcze o nich nie słyszałem. Sądzę, jednak że powód tego stanu rzeczy tkwi w rozróżnieniu, które uczyniłem na początku niniejszych rozważań. Wyobraźnia, zmysł religijny i poczucie humoru są swobodne, gdy człowiek ma do czynienia z czymś niewielkim, a jednocześnie pełnym i kompletnym jak Kosmos.

        Miejscem, w którym jedni przychodzą na świat, a inni z niego odchodzą, w którym rozgrywa się dramat doczesnego życia, nie jest ani urząd, ani sklep, ani biuro. Miejsce to jest mniejsze - jeśli chodzi o rozmiar, ale dużo większe - jeśli chodzi o zakres spraw, które go dotyczą. I podczas gdy nikt nie jest na tyle głupi, aby twierdzić, że jest to jedyne miejsce, w którym ludzie powinni pracować, ani jedyne miejsce, w którym powinny pracować kobiety, to z pewnością cechującej go jedności i uniwersalności nie doświadczymy w rozbitym na kawałki świecie przemysłowego podziału pracy.



(1) Jedna z humorystycznych ballad ze zbioru "Bab Ballads" W.S. Gilberta. Porucznik Bellay był tak oszałamiająco przystojny, że podczas postoju jego statku w Portsmouth, zaciągnęły się nań same kobiety przebrane za marynarzy. Porucznik nie miał z nich wiele pożytku i zwolnił je z większości obowiązków, ale i tak sam sterował okrętem, a całe dnie spędzał strzelając z działa i niewiele go poza tym interesowało.
(2) Chodzi prawdopodobnie o Platona, który również użył tej metafory w dziele "Państwo".

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 18th December, 1926.
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót