Praktyczne ideały dobra i zła

        Pewien polityk (którego w żadnym wypadku nie chcę tu omawiać) powiedział kiedyś o pewnej instytucji (której nazwy za żadne skarby świata nie wymienię), że "należy ją naprawić albo zlikwidować". Spośród wszystkich ludzi, tak stanowczo stawiających sprawę reform, tylko niewielu zwraca uwagę na pewien istotny fakt - że proponują wybór pomiędzy rozwiązaniami, które nie są podobne, ale całkowicie ze sobą sprzeczne. Różnica pomiędzy naprawą, a likwidacją nie jest ilościowa; działania te w istocie różnią się jak ogień i woda. Naprawa danej rzeczy wynika z przekonania, że jest ona ze swej natury dobra; likwidacja zaś opiera sie na przekonaniu, że jest ona ze swej natury zła, albo przynajmniej - że bezpowrotnie utraciła wszystko to, co czyniło ją dobrą.

         Jeśli "naprawiam" fotel, to dlatego, że chcę mieć fotel. Naprawiam go, ponieważ chcę go przywrócić do stanu bardziej doskonałej fotelowatości. Tym, co mi nie odpowiada w zepsutym fotelu, są jego uszkodzenia, sprawiające że nie jest on już w pełni fotelem. Jeśli (powiedzmy) jego oparcie się oderwało, a trzy nogi gdzieś zniknęły, to patrząc na niego nie stwierdzę jedynie, że wygląda żałośnie - stwierdzę rownież, że w tym stanie jest daleki od ideału boskiego, archetypowego Fotela, który - jakby to powiedział Platon - istnieje w niebie.

         Powiedzmy jednak, że pośród mebli znajdujących się w moim salonie, posiadam na przykład madejowe łoże albo zgniatarkę kciuków, których sama natura i racja istnienia są dla mnie obrzydliwością. Gdyby zgniatarka kciuków została uszkodzona, to nie powinienem jej w ogóle naprawiać, ponieważ im mniej jest uszkodzona, tym bardziej nadaje się do zmaiżdżenia czyichś palców. Gdyby moje madejowe łoże nie nadawało się już do użytku, to z całą pewnością nie powinienem się tym w ogóle przejąć, ponieważ moje zasady moralne nie pozwalają mi nikogo za jego pomocą torturować, a im bardziej byłoby ono bezużyteczne, tym mniejsza szansa, że jakiś przypadkowy przechodzień mógłby na nim wylądować.

         Mówiąc krótko - dana rzecz jest albo zła albo dobra, ze względu na swoje pierwotne przeznaczenie. Jeśli jest dobra, to powinniśmy ją naprawić; a skoro powinniśmy ją naprawić, to naszym obowiązkiem jest sprzeciwić się jej likwidacji. Jeśli zaś jest zła, to powinniśmy ją zlikwidować; a skoro powinniśmy ją zlikwidować, to pod żadnym pozorem nie wolno nam jej naprawiać. I właśnie to fundamentalne rozróżnienie, słuszności albo niesłuszności pierwotnej idei, powinniśmy rozstrzygnąć, kiedy zajmujemy się kwestią przyjmowania pieniędzy na cele charytatywne od ludzi wykonujących zawody o wątpliwej reputacji - od właścicieli piwiarni po piratów.

         Oto soskonały przykład tego, na co nieustannie zwracam uwagę - że nia ma nic bardziej praktycznego od ideału. Jeśli bycie sprzedawcą piwa jest złe ze swej natury, to najlepszym sposobem rozwiązania problemu jest ukaranie człowieka sprzedającego piwo, prześladowanie go tak, jakby był przemytnikiem i traktowanie tak, jakby sprzedaż piwa była tym samym, co sprzedaż trucizny. Jeśli jednak prowadzenie piwiarni jest dobre samo w sobie, to najszybszym sposobem na to, abyśmy mieli najlepszych sprzedawców piwa, jest podziwianie ich, tłumne podążanie za nimi i nakładanie na ich głowy laurowych wieńców za to, że sprzedają piwo. Zniszczenie danej rzeczy jest praktycznym rozwiązaniem, ale jedyną równie praktyczną alternatywą jest jej idealizacja. Szanowany despota może czasem być dobry, ale pogardzany despota zawsze musi być nikczemnikiem. Jeśli chcesz zlikwidować sprzedawcę piwa, możesz to bardzo łatwo zrobić za pomocą topora. Jeśli jednak chcesz go naprawić, musisz zrobić to delikatnie i z nabożeństwem. Musisz przyprawić mu dodatkową rękę albo nogę, mając cały czas przed oczami platoński obraz idealnego sprzedawcy piwa, na wzór którego dokonujesz naprawy.

         Tak właśnie postąpiłbym ze sprzedawcą whisky albo okrętów wojennych, których datki dla organizacji charytatywnych zostały, dla zachowania czystego sumienia, odrzucone w najnowszym dramacie Pana Bernarda Shaw. Rozumny człowiek z całą pewnością nie może naśladować uczynku "Major Barbary" i odrzucić jałmużny inaczej, niż likwidując źródło zarobków ofiarodawcy. Jeśli uważamy, że sprzedawcy whisky albo okrętów wojennych błądzą, to absurdem jest ograniczać się tylko do odrzucania ich datków. Oznacza to bowiem, że tolerujemy ich przez cały czas, kiedy czynią zło, a ubliżamy im dopiero wtedy, gdy zaczynają czynić dobro.

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, 9th December, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót