O zbawiennym wpływie poczucia humoru na życie

        Każdy naród posiada swą duszę, a każda dusza ma swój sekret - dlatego każdy lud ma w sobie coś, czego nie da się wyrazić słowami i niektóre narodowe cnoty obcokrajowcom zawsze będą wydawać się wadami. I tak prawdą jest, że żaden z europejskich myślicieli nie pojmuje angielskiej idei wolności, nawet jeśli ją podziwia. Istnieją również rodzaje nieporozumień pomiędzy narodami, spowodowane czymś dokładnie przeciwnym - powstają nie dlatego, że nie dostrzegamy tego, co narody różni, ale dlatego, że nie dostrzegamy tego, co je łączy. Można zrozumieć i wybaczyć to, że ludzie nie potrafią dojść do porozumienia, jeśli kłócą się z powodu różnych opinii, ale nie powinniśmy tolerować tego, że ludzie nie potrafią dojść do porozumienia, kiedy ich opinie są jednakowe. Możemy więc zrozumieć zdziwienie angielskiego patrioty, wywołane brakiem patriotyzmu wśród Chińczyków. Ale niestety ten sam angielski patriota jest zdziwiony patriotyzmem Francuzów. W wielu przypadkach Anglik może bardzo łatwo zrozumieć Francję, przyjmując proste założenie, że jest ona Anglią. Przykładowo - każdy normalny Anglik jest zdegustowany tradycyjnymi francuskimi pojedynkami, jednak nigdy nie potrafi się zdecydować, czy pojedynek jest zły, ponieważ jest zbyt niebezpieczny, czy też jest zły ponieważ nie jest wystarczająco niebezpieczny. Wystarczyłoby jednak, aby przypomniał sobie, że jego angielscy przodkowie walczyli ze sobą na gołe pięści, a co biedniejsi Anglicy wciąż to robią. Niezależnie od tego, czy uważa takie walki za złe czy dobre - są one czymś w rodzaju pojedynku - rzeczą generalnie nieszkodliwą, choć czasem zdarzy się, że ktoś zostanie zabity.

         Na tej samej zasadzie Anglik odwiedzający zagranicę jest zawsze wyjątkowo poruszony antyklerykalizmem karykatur ukazujących się w tamtejszej prasie, na których księża są nieustannie przedstawiani z obrzydliwymi twarzami i w obrzydliwych pozach, torturowani i ćwiartowani ołówkami demonicznych rysowników, tworzących piekło pełne kapłanów. Po powrocie do domu zawsze mówi, że cała Francja, albo Włochy, opanowane są przez wściekły ateizm, a Kościół chwieje się w posadach i jest o krok od upadku. Nigdy jednak nie zdarza mu się zajrzeć do angielskich gazet i zobaczyć, co by się stało, gdyby zastosować to samo kryterium. Gdyby inteligentny przybysz z Marsa przejrzał stos naszych rysunkowych wydawnictw (już mi go żal!), to dokładnie na tej samej zasadzie sformułowałby jedną, prostą i zdecydowaną opinię. Stwierdziłby, że cały angielski lud znajduje się o krok od powstania przeciw instytucji małżeństwa i ostatecznego jej zniszczenia. Zobaczyłby, że każda strona pełna jest drwin i szyderstw z mężczyzn na tyle żałosnych, że dali się uwiązać do żony i dziecięcego wózka. Zobaczyłby, że żonaci mężczyźni są niezmiennie przedstawiani, jako osobnicy mali i umysłowo upośledzeni. Zobaczyłby, że niezliczona ilość tych wszystkich żartów, to tak naprawdę wariacje na temat dwóch rzeczy - radości żonatego mężczyzny uciekającego od swej małżonki, oraz niedoli żonatego mężczyzny, któremu to się jeszcze nie udało.

         Marsjanin odkrywszy, że cały nasz poczytny komizm jest jednym, niekończącym się krzykiem przeciw małżeństwu, mógłby w swej intelektualnej niewinności stwierdzić, że cały kraj rzeczywiście jest na skraju rewolucyjnego szaleństwa. Mógłby przypuszczać, że u wrót Sądu Rozwodowego gromadzą się nieprzebrane tłumy i domagają, en masse, natychmiastowego wpuszczenia oraz rozwodu. Mógłby sobie wyobrazić, że ślubne obrączki są publicznie przetapiane w wielkim kotle na Trafalgar Square. Mógłby przypuszczać, że każda para ośmielająca się wziąć ślub, jest atakowana przed bramą kościoła i obrzucana cegłami, zamiast konfetti. Mógłby przypuszczać, że ci niestrudzeni satyrycy i entuzjaści - wydawcy "Snaps" i "Wheezes" - chodzą na wszystkie śluby i zabraniają ogłaszania zapowiedzi. "Cóż innego" - spytałby - "cóż poza najbardziej wzniosłymi celami moralnymi i najbardziej bezwzględną racją intelektu, cóż poza gorliwością godną krzyżowca oraz nieugiętym poczuciem obowiązku, mogłoby kogokolwiek skłonić do wypełnienia czternastu opasłych wydań "Snippy bits" jednym i tym samym żartem na jeden i ten sam temat?"

         Wiemy doskonale, że powody są nieco inne. Wiemy, że nie istnieje w chwili obecnej realna groźba zburzenia kościoła Św. Jerzego na Hanover Square(1) przez wzburzony lud, albo dokonania przezeń masowej rzezi teściowych. Krótko mówiąc - wiemy, że małżeństwo nie jest atakowane w taki właśnie sposób dlatego, że jest instytucją zanikającą, ale dlatego, że jest instytucją odwieczną i trwałą. Ludzie szydzą z niej, ponieważ nie mogą jej zmienić i nieustannie w nią uderzają, ponieważ nie chce ona upaść. Wystarczy że zastanowimy się nad tym przez moment, a stanie się dla nas jasne, że zależność pomiędzy drwinami "Snapsa", a potęgą instytucji małżeństwa, jest taka sama, jak zależność pomiędzy antykatolickimi karykaturami, a Kościołem katolickim w Europie. Jeśli człowiek postanowi z kimś lub czymś zerwać, to będzie generalnie żegnał się z tym z godnością i delikatnością, a nawet pewnym żalem. Dlatego ludzie, którzy zrywają zaręczyny są często pełni współczucia i zawsze poważni. To, co zostawiamy, jest z konieczności poważne. Ale jeśli zamierzamy z tym żyć, to musimy nauczyć się z tego śmiać.

         Oto powody, dla których nigdy nie zgadzałem się z zarzutami pod adresem sędziów żartujących podczas rozprawy - na przykład Pana Justice Darling, albo jeszcze lepiej - Pana Plowden'a. Jest oczywiście prawdą to, co podkreślają czasem dziennikarze, że kiedy sędzia żartuje, rzadko kiedy można powiedzieć, aby były to dobre żarty. Myli się jednak ten, kto uważa, że sędzia choćby przez moment mniemał, że jego żarty są dobre. Pamiętam jednego ze swoich belfrów, człowieka markotnego i nieco zdziwaczałego, który tłumacząc coś przy tablicy z długim wskaźnikiem w ręku, niespodziewanie powiedział coś tak niedorzecznego, że odpowiedział mu gwałtowny wybuch śmiechu wszystkich uczniów. Odwrócił się natychmiast w naszą stronę i celując swym długaśnym wskaźnikiem wprost we mnie zagrzmiał: "Czy wydaje ci się, abym uważał, że to było śmieszne?". Stwierdziłem, iż nie mam zielonego pojęcia. "Nie chłopcze, nie uważam" - odparł, kiwając głową dla podkreślenia wyjątkowej wagi swoich słów - "Nie uważam, aby było to zabawne; niewiele razy w swym życiu słyszałem coś równie głupiego. Powiedziałem to tylko po to, aby ulżyć niemożliwemu do zniesienia znużeniu po dwóch bitych godzinach lekcji". Był to człowiek niesamowicie bystry, znakomicie wykształcony i doskonale znał różnicę pomiędzy dobrym a złym żartem - w czym dorównywał nawet dziennikarzom. Wiedział jednak coś jeszcze. Wiedział, że jeśli nie pozwoli sobie na przebłyski dobroczynnej głupoty, a wręcz - dobroczynnego lekceważenia wobec wykonywanej pracy - to mógłby zacząć biegać po klasie w amoku, krzycząc i wymachując kijem. Wiedział, że gdyby brał swoją pracę całkiem na poważnie przez dwie godziny, to podłoga sali lekcyjnej mogłaby zostać przyozdobiona stosem nastoletnich trupów.

         Prawdopodobnie również i sędziowie są świadomi tej psychologicznej konieczności i nigdy nie bywają tak mądrzy, jak wtedy, gdy bywają głupkowaci. Belfer doskonale wie, że lepiej nawet stracić swą reputację dowcipnisia, niż stracić zimną krew i pracę. Wie że lepiej palnąć dowcip o niczym, niż palnąć kogoś w głowę za cokolwiek. Sędzia z kolei wie, że praca, którą wykonuje jest tak śmiertelnie poważna i odpowiedzialna, że myślenie wyłącznie o jej powadze i odpowiedzialności doprowadziłoby do paraliżu intelektu i woli. Jego praca jest dosłownie zbyt poważna, aby poważnie o niej myśleć. Czuje on jednak, tak jak czuł mój nauczyciel, że lepiej zostać marnym błaznem, niż mrocznym i zwichrowanym fanatykiem praworządności, wydającym nieludzkie wyroki w nieludzkiej atmosferze. Lepiej sędziemu zostać klaunem, jeśli jest to jedyny sposób na to, aby pozostać człowiekiem - proponować sędziemu by został klaunem jest mimo wszystko mniej szokujące, niż proponować mu, aby był wyłącznie sędzią. Jeśli więc zbyt często rzuca niemądre żarty, nie wyobrażajcie sobie natychmiast, że macie do czynienia z głupcem na eksponowanym stanowisku. Jeśli ich nie rzuca, macie być może do czynienia z szaleńcem.

         Wina leży oczywiście po stronie samych dziennikarzy, którzy zawsze gorączkowo relacjonują każdą sędziowską wypowiedź, po której "cała sala wybuchła śmiechem". Jest to wołająca o pomstę niesprawiedliwość. Wyobraźmy sobie, że każde bezcelowe albo wulgarne szyderstwo wypowiedziane przez ludzi wykonujących inne zawody byłoby opisywane w prasie: wszystko, co jeden górnik powiedział do drugiego przed wejściem do niebezpiecznego szybu; wszystko, co jeden żołnierz powiedział drugiemu przed ruszeniem wprost pod grad wrogich kul; wszystkie żarty wypowiedziane dla zabicia czasu w latarniach morskich, albo na kutrach rybackich; że za każdym razem, gdy kapral mówi do szeregowca: "tutaj czas mija szybko", jego żart byłby oglądany ze wszystkich stron i recenzowany, jak nowa książka; że za każdym razem, gdy jeden policjant mówi do drugiego, aby "trzymał gębę na kłódkę", byłby pytany, czy myślał, że jest to równie cięte, co riposty Talleyranda albo Whistlera. Bądźcie zatem bardziej wyrozumiali w tej kwestii - nie sądźcie, nawet jeśli możecie sądzić sędziego. Bez wątpienia znajdujecie się w okropnym sądzie, ale on jest tylko w swym miejscu pracy. Cieszcie się więc tym, że może w niej śpiewać, tak jak Szekspirowski klaun mógł śpiewać w swojej, chociaż w tym czasie kopał grób(2).

         Cała ta swobodna pogoń myśli rozpoczęła się od wspaniałej próbki sarkazmu Pana Plowdena, któremu nieustannie i zdecydowanie niesprawiedliwie wypomina się szyderstwa. Chodzi konkretnie o zdarzenie, o którym słyszał zapewne każdy czytelnik, kiedy to Pan Plowden zajmował się chłopcem hałasującym - jak to zgrabnie ujął policjant - na ulicy zamieszkałej przez "obywateli pierwszej klasy". W pierwszym odruchu można by zażądać, aby sędzia w słusznym gniewie zmieszał policjanta z błotem, pouczył go jak należy o braterstwie wszystkich ludzi oraz spytał ze świętym oburzeniem, czy jest on lokajem w bogatych domach albo służącym jakichś znamienitych rodzin. Nic jednak nie mogłoby się równać ze spokojnym wyjaśnieniem Pana Plowdena, który puszczając chłopca wolno powiedział: "obywatele pierwszej klasy wymagają także snu pierwszej klasy". Fundament prawdziwej demokracji został ukazany przez odwołanie do zwykłego, codziennego doświadczenia, bo to tak, jakbyśmy mieli powiedzieć, że określony rodzaj śmierci jest zarezerwowany wyłącznie dla ludzi dystyngowanych.

         I jest to dobry przykład tego, jaki użytek człowiek na stanowisku może uczynić z poczucia humoru. Zostało popełnione takie przestępstwo, na które można zareagować tylko używając satyry; w rzeczy samej zostało ono satyrą ukarane, za co należą się słowa uznania dla sędziego Plowdena. Dla jasności dodam, że kiedy mówię o przestępstwie, nie mam na myśli uczynku chłopca, bo nie był on przestępstwem. W przeciwieństwie do uczynku policjanta.



(1) Można powiedzieć, że Chesterton "wykrakał" w tym przypadku, gdyż 9 lat później - w 1914 roku - w kościele Św. Jerzego eksplodowała bomba domowej roboty, czyniąc niewielkie szkody. Był to jeden ze 141 aktów wandalizmu, dokonanych w związku z walką Sufrażystek o realizację ich postulatów, mających miejsce w ciągu siedmiu pierwszych miesięcy tego roku, tj. do wybuchu I Wojny Światowej.
(2) Chodzi o klauna z "Hamleta", podśpiewującego beztrosko podczas kopania grobu dla Ofelii.

G. K. Chesterton, Illustrated London News, 14th October, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót