Co wiemy o prawdziwych detektywach?

        Zastanawiam się, jacy są prawdziwi detektywi. Usług żadnego z nich nigdy nie potrzebowałem, być może dlatego, że moje życie było nadzwyczaj spokojne. Nigdy również (uprzedzam ciętą ripostę z Waszej strony) żaden detektyw nie interesował się mną. To znaczy, kiedy się zainteresował, była to całkowicie odrębna od jego pracy prywatna i niepohamowana osobista sympatia, którą ukrył, pozwalając jedynie, aby zarysowała się na jego twarzy. Trudno z resztą wejść w intymny, duchowy kontakt z detektywem, nie będą albo jego klientem, albo obiektem jego pracy. Inni ważni ludzie są o wiele bardziej dostępni. Każdy może spotkać wydawcę, o ile przychodzi z listą pilnych reform, które bezwzględnie należy wprowadzić gdzieś zagranicą. Wydaje się, że fundamentalną i bezdyskusyjną zasadą naszego wspaniałego i nieco tajemniczego zawodu jest to, że jeśli chcecie polepszyć los Norwegów, musicie najpierw wzbudzić poruszenie w Wiedniu, a jeśli nie podoba wam się rząd Portugalii, to pytacie mieszkańców Glasgow jak długo zamierzają się na niego godzić. To samo dotyczy mężów stanu - o ile istnieją w ogóle jacyś mężowie stanu. Co do koronowanych głów, wielkich książąt, Papieża i osób tego typu, to z setek uroczych dziennikarskich anegdot dowiadujemy się, że może je zobaczyć każde dziecko, któremu popsuła się zabawka, albo którego kotek jest ranny. Wystarczy więc postarać się o rannego kotka (oczywiście nie zachęcam do tego, aby specjalnie robić mu krzywdę) oraz zepsutą lalkę i stawić się z kotkiem w jednej dłoni i lalką w drugiej u bram Watykanu, albo na schodach Białego Domu w Waszyngtonie, aby zostać wpuszczonym na audiencję przez zginających się w ukłonach lokajów i salutujących z szacunkiem strażników. Można nawet, przy odrobinie szczęścia, poznać służących - jak dotąd najbardziej tajemniczą, najmroczniejszą i najbardziej niedostępną klasę społeczną. Znałem kiedyś pewnego szaleńca, który wśród znajomych miał lokaja. To tak, jakby widział ciemną stronę księżyca, "silver lights and darks undreamed of" - jak pisał Browning(1). Nie możesz jednak dobrze poznać detektywa, chyba że zadasz sobie trud popełnienia przestępstwa. Jeśli jednak możesz upaść tak nisko, to czemu nie pójść na całość i samemu nie zostać detektywem? Wtedy poznasz go dogłębnie. Jedyny detektyw, jakiego kiedykolwiek widziałem, składał zeznania w sądzie, w którym byłem przysięgłym - był człowiekiem serdecznym, wesołym i nieco głupkowatym. Miał puste, niebieskie, patrzące obojętnie oczy, nosił strój jak do jazdy konnej, a z jego własnych wypowiedzi wynikało, że łączy go zażyłość z całym kryminalnym półświatkiem, ponieważ wszystkie jego rozmowy z oskarżonymi zaczynały się od "cóż, Jim...", "No więc, Joe...". Zastanawiam się czy był typowym przykładem prawdziwego detektywa, bo z pewnością różnił się bardzo od typowego detektywa z książek, które ludzie biorą czasem za bezpieczne przewodniki po świecie detektywów i zbrodni. Nie jest oczywiście jakąś skomplikowaną zagadką pytanie o to, dlaczego tak trudno poznać detektywa - ponieważ nierozpoznawalność stanowi część jego pracy. Wydawcy nie zaprzeczają temu, że są wydawcami, chyba że (jak mi doniesiono) akurat kręcą się w pobliżu jacyś poeci. Politycy nie chcą wzbudzać poczucia, że nie są politykami - jeżeli to robią, to tylko w błogiej nieświadomości. Jednak bycie detektywem polega na niewyglądaniu jak detektyw i jeśli nasza policja jest rzeczywiście skuteczna (co, przyznaję, jest wielce nieprawdopodobne), to w miejscach publicznych i prywatnych musi istnieć całkiem spora liczba ludzi, będących w rzeczywistości policjantami, właśnie dlatego, że wcale na policjantów nie wyglądają. Być może Ty jesteś policjantem. Być może ja nim jestem. Jeśli chodzi o moje podejrzenia, to zawsze kierowałem je w stronę Pana Hall Caine'a(2).

         Podczas gdy moja znajomość z prawdziwymi detektywami jest żenująco słaba, to znajomość z detektywami z popularnej literatury jest pełna i dogłębna. Przynajmniej byłaby taka, gdybym był w stanie zapamiętać niezliczoną ilość opowiastek za sześć pensów, które przeczytałem. Nie ma książek lepiej nadających się do wielokrotnego czytania, poza oczywiście wielką klasyką. Czytamy historie Dickensa sześć razy, ponieważ już je znamy, taka literatura jest rzeczą tajemniczą. Jeśli jednak możemy przeczytać popularną historię detektywistyczną sześć razy, to tylko dlatego, że możemy ją sześć razy zapomnieć. Głupia historyjka za sześć pensów (i nie jest to jakaś wątpliwa, niepełna głupota, ale poważna, silna i bogata ludzka głupota), jest niczym bijące wiecznie, niewyczerpane źródło. Jej rozstrzygnięcie jest tak idiotyczne i bezsensowne, że choćbyśmy je usłyszeli nie wiadomo ile razy, to zawsze jest niespodziewane niczym eksplozja, albo broń, która sama przez przypadek wypaliła. Rzecz jest napisana tak niedbale, że nie zachowuje nawet wewnętrznej spójności, przez co kierunek, w którym zmierza fabuła jest niemożliwy do uchwycenia, a tym bardziej do zapamiętania. Nie należy z resztą oczekiwać, że czytelnik zapamięta taką książkę, skoro sam autor nie pamięta o czym pisał w poprzednim rozdziale. Nie da się również przewidzieć zakończenia, jeśli sam autor najwyraźniej go nie zna. Taka opowieść wpada do głowy i natychmiast ulatuje, nie mając szans zaczepić się w niej na dłużej. I właśnie dlatego staje się nieskończonym źródłem radości oraz piękna i zyskuje dar wiecznej młodości. Staje się czymś na wzór bezdennej sakiewki Fortunata, albo niemożliwego do opróżnienia garnka, należącego (o ile pamiętam) do Baukidy i Filemona. Zabierzcie ze sobą to nieziemsko głupie dzieło, jeśli zamierzacie podróżować przez pustynię, albo zdobywać Mount Everest. Gdybyż pełne splendoru słońce mogło zostać tak zapomniane i góry witające poranek i źdźbła trawy u naszych stóp, abyśmy mogli ujrzeć je nowymi, abyśmy mogli znów wyskoczyć z krzaków, niczym z rąk zielonego stwora i wpatrywać się w słońce będące niezwykłą, gigantyczną gwiazdą na niebie!

         Jest coś pięknego i kojącego w myśli o nieprzebranej rzeszy absolutnie wspaniałych detektywów, o których wszystko zapomniałem. Przez chwilę zajmowali mój umysł, dowodzili, że kapitan jest niewinny, wyciągali wszystkie pręty utrzymujące dywan na schodach, pokazywali kto zjadł ostatnią sardynkę, przeprowadzali konfrontację biskupa, badali haczyk do zapinania guzików, odkryli sekret obrotowej szklarni, znaleźli pudełko zapałek - dokonali wszystkich tych wspaniałych i oszałamiających rzeczy - a ja nie potrafię sobie nawet przypomnieć ich imion, ani tytułów książek, których byli bohaterami, ani ich autorów. Czy ta zwiewność i ulotność jest właściwością samego dochodzenia? A może po prostu, żeby zapamiętać prawdziwego detektywa, trzeba zostać przez niego zatrzymanym kilka razy? Być może ta psychologiczna prawda, którą tu naświetliliśmy pozwoli nam wyjaśnić fenomen starego przestępcy, zasiadającego na ławie oskarżonych zawsze za to samo? Być może przestępstwa ulatują z głowy zupełnie jak powieści kryminalne? Być może kiedy sędziwy i zahartowany w bojach przestępca zmierza na kolejną rozprawę jest święcie przekonany, że robi to po raz pierwszy? Być może umysł działa tak, jak w przypadku spraw opisanych w powieściach detektywistycznych. Wiele razy zdarzyło mi się czytać tę samą melodramatyczną opowieść po raz kolejny i za każdym razem, w tym samym punkcie fabuły, docierało do mnie, że już ją kiedyś czytałem. Być może to samo dzieje się w przypadku poważniejszych i bardziej zbrodniczych przestępstw. Być może stary recydywista czuje się jak wstydliwy młokos, gdy zabiera się do ćwiartowania bankiera siekierą, ale w momencie gdy właśnie odcina lewą nogę zatrzymuje się nagle i z siekierą w zamarłej dłoni zaczyna drapać się w czoło, a jego błyszczące oczy oznajmiają, że w głowie pojawiła mu się niespodziewana myśl. Doświadcza tego dziwnego uczucia, które tak bardzo zdumiewa naszych psychologów, że kiedyś już to robił. Zaczyna powoli zdawać sobie sprawę, że poprzedniego dnia, o tej samej godzinie, również odcinał lewą nogę jakiemuś bankierowi. Być może, że za każdym razem, kiedy człowiek zostaje oskarżony o przestępstwo, wydaje mu się to jakimś poetyckim zaskoczeniem i kiedy prokurator stawia mu zarzuty, ten słyszy nową, pokrzepiającą opowieść. Może tak właśnie być, ale z drugiej strony wcale nie musi.

         Kiedy przystępowałem do pisania niniejszego tekstu, przyświecały mi twarde i nieugięte cele moralne, ale wychodzi na to, że zboczyłem z tej drogi i ich nie zrealizuję. Chciałem pisać wyłącznie o duchu, w jakim należy podchodzić do zagadek kryminalnych oraz o tym, jak jesteśmy w tej kwestii wprowadzani w błąd przez popularną literaturę. Chciałem wydobyć na światło dzienne następujące ponadczasowe, spiżowe prawdy: że umysł każdego człowieka zajmującego się na przykład sprawą z Merstham(3), znajduje się prawdopodobnie pod silnym wpływem współczesnej literatury kryminalnej; że ma to miejsce, ponieważ ludzie w każdym wieku zawsze znajdują się pod większym wpływem poetyckiej wyobraźni niż rzeczywistości, a to z kolei dlatego, że szczegóły rzeczywistości są różnorodne i niepewne, podczas gdy szeroko rozpowszechniona książka jest taka sama dla każdego. Tragedia w Balham(4) (jak i wszystko inne) zdarzyła się komuś konkretnemu, zaś tragedia ze "Studium w szkarłacie"(5) - można tak powiedzieć - zdarzyła się wszystkim. Zdarzyła się wszystkim jako idea, a idee są rzeczami użytecznymi.

         Kolejna prawda jest nie mniej istotna. Oto ona - swoiście zły wpływ powieści detektywistycznych kryje się w tym, że jako literacka fikcja są one o wiele bardziej racjonalne, niż praca prawdziwego detektywa. Sherlock Holmes może istnieć wyłącznie jako postać fikcyjna, ponieważ jest zbyt logiczny, jak na realia prawdziwego życia. W prawdziwym życiu zgadywałby połowę swoich wniosków, na długo przed ich odkryciem za pomocą dedukcji. Zamiast wnioskować o winie dziedziców z Reigate(6) na podstawie subtelnych analiz grafologicznych, mógłby to samo wyczytać po prostu z bandyckiego wyrazu ich twarzy. Zamiast przesłuchiwać londyńskie modystki i badać sprawę kulawych owiec, mógł prawdopodobnie dojść do tego, że trener Starker(7) ma coś na sumieniu, rozmawiając z jego żoną. W jednym z opowiadań(8) Sherlock Holmes wyraża swą pogardę dla operacji umysłowej zwanej "zgadywaniem", twierdząc że to "destrukcyjne dla zdolności logicznego myślenia". Być może zgadywanie faktycznie niszczy zdolność logicznego myślenia, ale jest fundamentem praktycznego świata. Nie ma najmniejszej przesady w twierdzeniu, że cała praktyczna część ludzkiej egzystencji, cała zdolność robienia interesów, w najściślejszym sensie opiera się na umiejętności uchwycenia ulotnej duchowej atmosfery oraz nienazwanych, subtelnych emocjach. Ludzie praktyczni zawsze w działaniu opierają się na wyobraźni i intuicji - nie mają po prostu czasu, aby odwoływać się do mądrości tego świata. Co robi pracodawca, gdy przychodzi doń człowiek pytający o zatrudnienie? Mierzy jego czaszkę? Sprawdza jakie cechy odziedziczył po przodkach? Nie - po prostu zgaduje.



(1) W poemacie "One word more".
(2) Sir Thomas Henry Hall Caine (1853 - 1931) - bardzo popularny w swoim czasie pisarz i dramaturg.
(3) Głośna w owym czasie i nigdy nie rozwiązana zagadka śmierci Mary Sophii Money, znalezionej w tunelu kolejowym w Merstham (miasteczko w pobliżu Londynu). Początkowo sądzono, że popełniła samobójstwo wyskakując z pociągu, później okazało się, że została zamordowana, ale zabójcy nigdy nie odnaleziono.
(4) Chodzi prawdopodobnie o głośną i nigdy nie wyjaśnioną śmierć prawnika Charlesa Bravo w 1876 roku. Sprawa do dziś wzbudza zainteresowanie i jest przez niektórych roztrząsana, ponieważ dotyczy tzw. "wyższych sfer" i przemian obyczajowych wiktoriańskiej Anglii (m. in. nowego prawa pozwalającego żonie posiadać własny, niezależny od męża majątek). Poza tym Charles Bravo podczas swej trwającej od dwóch do trzech dni agonii nie chciał współpracować przy wyjaśnianiu sprawy, wobec czego istnieje podejrzenie, że przez przypadek zażył truciznę, którą sam od jakiegoś czasu podtruwał swoją żonę, aby przejąć jej majątek.
(5) "The study in scarlet" - powieść Sir Artura Conan Doyle'a, w której po raz pierwszy pojawia się postać Sherlocka Holmes'a.
(6) "The Reigate squire" albo "The Reigate puzzle" ("Sprawa Reigate").
(7) Zagadkę jego śmierci Sherlock Holmes rozwiązywał w opowiadaniu "Silver Blaze".
(8) W "The sign of four" ("Znak czterech").

G. K. Chesterton, The Illustrated London News, October 21, 1905
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót