Czy Humanizm jest religią?

        Czytałem właśnie książkę Pana Normana Fostera "Ameryańska Krytyka" i mam nadzieję, że nie będzie wyrazem braku szacunku dla zawartości tej pozycji, serii poważnych badań nad myślicielami Amerykańskimi, stwierdzenie, że cały jej sens został wyrażony w ostatnim rozdziale, który przedstawia pewien problem stanowiący wyzwanie dla współczesnej myśli. Problem, czy to co autor nazywa Humanizmem może zaspokoić potrzeby ludzkości. O innych podejmnowanych przez niego tematach możnaby mówić bez końca. Generalnie ma rację, czasem wypowiada ostatnie słowo w tak sugestywny lub prowokujący sposób, że aż korci by dopowiedzieć jeszcze jedno. W mojej ocenie Whitman byłby o wiele większym myślicielem a Lowell - o wiele mniejszym niż przedstawił to autor. Do Emersona wydaje się podchodzić uczciwie i z odpowiednią wrażliwością. Emerson z pewnością był doskonały, ale jest to ten beznamiętny rodzaj doskonałości, co do którego zawsze obawiam się, że podejdę niesprawiedliwie. Purytanin starał się być Poganinem i udało mu się być Poganinem, który wahał się czy powinien patrzeć na tańczącą dziwczynę. Wszystkie te sprawy są inspirujące, ale drugorzędne wobec pytania, z którym pozwolę sobie zmierzyć się osobno i spróbować odpowiedzieć na nie poważnie. Obawiam się, że poważna odpowiedź musi oznaczać odpowiedź osobistą. Owo pytanie w rzeczywistości jest pytaniem o to czy Humanizm może pełnić wszystkie funkcje religii, i nie mogę rozpatrywać go inaczej niż tylko w odniesieniu do mojej własnej religii. Nie wystarczy powiedzieć, że Humanizm jest czymś innym niż Humanitaryzm. Oznacza on, jak wyjaśniono, coś w tym rodzaju. Współczesna nauka i organizacja są w pewnym sensie jedynie nazbyt zakotwiczone w naturze. Spędzają nas jak bydło wzdłóż linii dziedziczenia albo zagłady, zakorzeniają człowieka w ziemi jak roślinę zamiast go wyzwolić, choćby jak ptaka, nie mówiąc już o aniele. Ich obecna psychologia znajduje się w istocie poniżej linii życia. To co podświadome jest pod-ludzkie i mniej niż ziemskie. Ta walka o kulturę jest przede wszystkim walką o świadomość: o coś, co możnaby nazwać samoświadomością, ale w każdym razie przeciw samej podświadomości. Potrzebujemy zbioru prawdziwie ludzkich wartości, woli będącej moralnością, pamięci będącej tradycją, kultury będącej mentalnym dziedzictwem naszych ojców. Niemniej, jestem przede wszystkim zobowiązany odpowiedzieć na zadane mi pytanie i muszę odpowiedzieć przecząco.

        Nie wierzę w to, by Humanizm mógł całkowicie zastąpić Superhumanizm. Nie wierzę w to z powodu pewnej prawdy, dla mnie tak oczywistej, że nazwę ją faktem. Wiem, że brzmi to zupełnie jak słowa typowej i powierzchownej apologetyki, ale nie mam na myśli czegoś tak niejasnego i wymijającego. Prawdy tej nie odziedziczyłem jako konwencji a raczej wpadłem na nią jak na odkrycie. Zdałem sobie z niej sprawę stosunkowo późno i zorientowałem się, że w rzeczy samej jest ona hisorią i moralnością mojego własnego życia. Ale nawet kilka lat temu, gdy większość mych poglądów religijnych i moralnych była już całkiem dobrze uformowana, nie widziałem jej dość ostro i wyraźnie, tak jak widzę ją obecnie.

        Oto owa prawda: nowoczesny świat, z jego nowoczesnymi ruchami wyrasta wprost z Katolicyzmu. Wciąż zużywa prawdy wydobywające się ze skarbca Chrześcijaństwa, włączając, oczywiście, wiele prawd pogańskiej starożytności, które wykrystalizowały się w Chrześcijaństwie. Ale z pewnością nie budzi entuzjazmu sam z siebie. Nowatorstwo jest kwestią nazw i etykietek, jak we współczesnej reklamie, w niemal każdej innej postaci nowatorstwo jest zaledwie negacją. Nie tworzy nowych zjawisk, które mogłoby kontynuować i rozwijać w przyszłości. Przeciwnie - podchwytuje stare rzeczy, których w ogóle nie potrafi rozwinąć. Oto dwie charakterystyczne cechy nowoczesnych idei. Pierwsza, że zostały pożyczone lub wykradzione starożytności bądź czasom średniowiecznym. Druga, że szybko obumierają we współczesności. Oto, w skrócie, teza, którą podtrzymuję i tak się składa, że książka pod tytułem "Amerykańska Krytyka" mogła być właściwie pomyślana jako dowód mojej tezy.

        Rozpocznę od pewnego przykładu, zawartego również w omawianej książce. Całą moją młodość wypełniał, niczym wschód słońca, blask optymizmu Walta Whitmana. Był dla mnie gigantem, niczym Adam, Pierwszy Człowiek. Przeszywał mnie dreszcz gdy tylko ktoś twierdził, że ktoś inny widział go przechadzającego się ulicą. To tak jakby sam Chrystus wciąż żył. To, czy forma jego wolnych wierszy była rozsądna czy nie, obchodziło mnie nie więcej niż to, czy Ewangelia o Jezusie została nabazgrana na pergaminie czy wyryta w kamieniu. Nigdy nie dostrzegłem nawet cienia zła, jakie niektórzy mu przypisywali. Wyrażałem uznanie dla nowej równości, która nie była tępym zrównywaniem, lecz entuzjastycznym uwzniaślaniem, radosnym uniesieniem z powodu prostego faktu, że ludzie są ludźmi. Realni ludzie byli więksi niż nierealni bogowie, a każdy dorównywał majestatem bogu, stając się jednocześnie szczerym i dającym pocieszenie towarzyszem. Istotę rzeczy najlepiej oddają słowa samego Whitmana, który pisze gdzieś, że dawni artyści malowali tłumy, pośród których jedną głowę otaczał złoty, świetlisty nimb, "lecz ja maluję setki głów i żadnej nie brakuje złocistego nimbu". Chwała miała przylgnąć do człowieka jako takiego, wzajemny szacunek miał zrodzić wspólnotę, w którą ma być włączony najmniejszy z ludzi; nawet garbatego czarnego półgłówka bez jednego oka, maniakalnego mordercy, nie wolno namalować bez złocistego nimbu. Może się wydawać, że to tylko forma, jaką ostatecznie przyjął ruch zapoczątkowany w poprzednim stuleciu przez Rousseau i Rewolucjonistów, a ja zostałem wychowany w wierze i wierzyłem, że ten ruch był ledwie początkiem spraw o wiele większych i lepszych. Ale były to jedynie pieśni poprzedzajace wschód słońca, a nie ma porównania nawet pomiędzy wschodem słońca a samym słońcem. Whitman to bratertstwo w pełnym świetle dnia ukazującym nieskończone możliwości wspaniałych radosnych istot, uświęconych jednością. Shelley wielbił Człowieka, ale Whitman wielbił Ludzi. (...)Król był człowiekiem traktowanym w sposób, w jaki każdy winien być traktowany. Bóg był człowiekiem czczonym w sposób, w jaki każdy człowiek winien być czczony. Cóż mogli uczynić przeciw rasie bogów i republice królów, prawdziwie Nowemu Światu?

        A oto co Pan Foerster mówi o obecnej sytuacji twórcy nowego świata demokracji: "Współczesna nauka bardzo skromnie wspiera wrodzoną 'godność człowieka' czy jego 'potencjalną doskonałość'. Jest całkiem możliwe, że nauka przyszłości odwiedzie nas od demokracji ku jakiejś formie arystokracji. Mamy dziś świadomość, że milenijne oczekiwania, które Whitman zbudował na nauce i demokracji, stały na wątłych fundamentach... Perfekcja natury, wrodzona dobroć człowieka, 'wielka duma człowieka z zamego siebie' kontrastujące z emocjonalnym humanitaryzmem - są budulcem struktury ledwie muśniętej farbą nowoczesności. Jego polityka, etyka i religia należą do przeszłości, nawet ta naiwna 'religijność', która, jak miał nadzieję, zabarwi i uzupełni dorobek nauki i demokracji... Musimy uznać, że zasadnicze elementy jego przepowiedni nie wytrzymały konfrontacji z faktami." Jest to bardzo łagodne stanowisko, łatwo byłoby znaleźć to samo stanowisko wyrażone dużo ostrzej. Oto okrutna opinia Pana H.L. Menckena: "(pewni liberalni czy ex-liberalni myśliciele) zdali sobie sprawę, że kretyni, których zmuszali do ocalenia nie chcą być ocaleni i nie są warci ocalenia". Oto Nowy Duch, o ile w ogóle istnieje Nowy Duch. "Stworzę niezwyciężone miasto, z ich ramionami obejmującymi wzajemnie swe szyje", łkał Walt Whitman, "miłością towarzyszy, dożywotnią miłością towarzyszy". Uwielbiam myśleć o twarzy Pana Meckena z Baltimore, gdyby jakiś przypadkowy towarzysz z Pittsburga próbował uczynić go niezwyciężonym obejmując ramieniem jego szyję. Ale idea jest martwa dla o wiele mniej okrutnych ludzi niż Pan Mencken. Jest również martwa dla takiego człowieka jak Aldous Huxley, który narzekał ostatnio na "nieuzasadnioną" przesadę starego republikańskiego poglądu na ludzką naturę. Jest martwa wśród najbardziej humanitarnych i zabawnych z naszych niedawnych krytyków. Jest dziś martwa wśród tak wielu mądrych i dobrych ludzi, że nie mogę przestać zastanawiać się czy przy nowoczesnym stanowisku jego ulubionej "nauki" nie byłaby martwa u samego Whitmana.

        Nie jest martwa we mnie. Pozostaje dla mnie realna, nie z powodu jakichś moich zasług, ale dlatego, że ta mistyczna idea, która ulotniła się jako nastrój, wciąż istnieje jako wiara. Mogę stanowczo zapewnić, tak stanowczo jak powinienem był to zrobić w młodości, że garbatego murzyńskiego półgłówka dekoruje złoty świetlisty nimb. Prawda jest taka, że szalony obraz Whitmana, czy raczej to co uznawał za szalony obraz, jest w istocie bardzo starym i ortodoksyjnym obrazem. Istnieje niezliczona ilość starych obrazów, na których całe tłumy są ukoronowane aureolami wskazującymi, że osiągnęli stan Błogosławiony. Dla Katolików fundamentalny dogmat stanowi wiara, że wszyscy bez wyjątku ludzie zostali stworzeni w specjalny sposób, że zostali ukształtowani i naostrzeni jak lśniące strzały, których ostatecznym celem jest Błogosławieństwo. To prawda, że stateczniki ich drzewców stanowi wolna wola i kładzie się na nie cień wszelkich tragicznych konsekwencji wolnej woli. Prawdą jest również i to, że Kościół (będący również świadom czasów panowania owej mrocznej części prawdy, którą właśnie odkryli sceptycy) zwraca uwagę na mrok owej możliwej tragedii. Jednak nie umniejsza ona chwalebności potencjalnej chwały. Pod pewnym względem jest nawet jej częścią, jak że wolność sama jest chwałą. W tym sensie mogliby wciąż posiadać swe aureole nawet w piekle.

        Chodzi jednak o to, że wierzący w to , iż wszyscy ludzie zostali stworzeni po to by ich błogosławić i wielu z nich faktycznie postępuje dogą do błogosławieństwa, ma naprawdę rozsądny powód by ich wszystkich uznać za radosne i cudowne stworzenia, lub by widzieć aureole nad ich głowami. To przekonanie czyni każdą twarz i każdy ludzki rys sprawą mistycznej poezji. Jednak nie jest to wcale żadna nowoczesna poezja. Najbardziej nowoczesna z nowoczesnych poezji nie jest poezją przyjmowania, lecz odrzucenia, czy raczej - odrazy. Ducha obecnego w najnowszych dziełach możnaby nazwać szaleństwem wybredności. Współczesny literat nie uzyskuje efektu mówiąc, że dla niego garbaty murzyn ma aureolę. Uzyskuje go mówiąc, że właśnie gdy miał już objąć najcudowniejszą z kobiet, ogarnęły go mdłości na widok krosty nad jej brwią lub tłustej plamy na jej lewym kciuku. Whitman starał się dowieść, że brudne rzeczy są naprawdę czyste, tak jak wtedy gdy wychwalał gnój jako nawóz pod czystość trawy. Jego następcy w pisaniu wolnych wierszy starają się dowieść, że rzeczy czyste są w istocie brudne, zasugerować coś odrażającego w gęstej bieli mleka lub coś złośliwego i chorobliwego w niewytłumaczalnym wzroście włosów. Krótko mówiąc, całkowitej zmienie w treści poezji uległ nastrój. Lecz nie zmienił się w treści teologii i jest to argument przemawiający za tym, by posiadać niezmienną teologię. Teologia katolicka nie ma nic wspólnego z demokracją, nie jest ani za ani przeciw, w sensie sposobu głosowania czy krytyki poszczególnych przywilejów politycznych. Nie jest zaangażowana we wspieranie tego co Whitman powiedział na rzecz demokracji, ani nawet tego co na rzecz demokracji powiedzieli Jefferson czy Lincoln. Jednakże jest całkowicie zaangażowana w sprzeciw wobec tego, co Pan Mencken demokracji zarzucił. Nastąpią Dioklecjańskie prześladowania, ruszą Dominikańskie krucjaty, rozpadnie się międzyreligijny pokój i kompromis, nastąpi nawet koniec cywilizacji i świata zanim Kościół Katolicki przyzna, że ten pojedynczy kretyn, czy ten pojedynczy człowiek "nie jest wart ocalenia".

        Zatem, będąc w średnim wieku, odkryłem ów ciekawy fakt o lekcji życia mojego i całego mego pokolenia. Wszyscy wzrastaliśmy w powszechnym przekonaniu rozpalonym przez pisarski geniusz Rousseau, Shelleya, Victora Hugo i ostatecznie rozpalającym się w pożogę w uniwersalizmie Walta Whitmana. I uznaliśmy za pewnik, że wszyscy nasi potomkowie uznają go za pewnik. Powiedziałem, że odkrycie wspólnoty wyglądało jak odkrycie jasnego światła dnia, czegoś czym ludzie nigdy nie mógliby się zmęczyć. Jednak nawet w czasie mego krótkiego życia ludzie się tym już zmęczyli. Nie możemy się obecnie odwołać do umiłowania równości jako EMOCJI. Nie możemy obecnie otworzyć nowego tomu poezji i oczekiwać, że będzie traktował o dożywotniej miłości towarzyszy czy "Miłości, ukochanej republice, która daje wolność i życie". Zdajemy sobie sprawę, że u większości ludzi jest martwa, ponieważ była uczuciem, a nie doktryną. I zbyt późno zaczynamy się zastanawiać, w typowym dla wiekowych ludzi tonie mędrca, jak mogliśmy kiedykolwiek oczekiwać by utrzymywała się jako nastrój skoro nie była wystarczająco silna by trwać jako doktryna. Zaczynamy również zdawać sobie sprawę, że jedyna siła jaka w niej była i jedyna siła, która w niej pozostaje jest pierwotną siłą doktryny. Oto co się naprawdę stało: wielu ludzi w XVIII wieku,zwyczajnie zirytowanych zepsuciem i cynizmem księży, zwróciło się do owych księży i w istocie powiedziało: "Cóż, zdaje się, że nazywacie samych siebie Chrześcijanami, więc nie możecie właściwie ZAPRZECZYĆ, że ludzie są braćmi, czy że naszym obowiązkiem jest pomóc biednym". Pewność ich wyzwania, sam grzmiący ton głosu rewolucjonisty brały się stąd, że Chrześcijańscy reakcjoniści znajdowali się na fałszywym stanowisku jako Chrześcijanie. Demokratyczne żądanie zwyciężyło, ponieważ wydawało się bezsporne. A wydawało się bezsporne bynajmniej nie dlatego, że nie ma na nie odpowiedzi, ale dlatego, że nawet Chrześcijanie na skraju upadku nie śmieli na nie odpowiedzieć. Pan H.L. Mencken zawsze będzie rad służyć odpowiedzią.

        Dokładnie tutaj sprawa zaczęła być dla mnie dziwna i interesująca. Ponieważ, patrząc wstecz na dawny kryzys religijny, zaczynam dostrzegać pewien zbieg okoliczności, czy raczej, zbiór zdarzeń zbyt zbieżnych by okrzyknąć je zbiegiem okoliczności. Ostatecznie, kiedy o tym myślę, wszystkie inne rewolty przeciw Kościołowi, poprzedzające Rewolucję (Francuską - przyp. tł.), a szczególnie te, które nadeszły po Reformacji, opowiadały tę samą historię. Każdy wielki heretyk zawsze wykazywał trzy połączone ze sobą, niezwykłe cechy. Po pierwsze, wyciągał jakąś mistyczną ideę ze zbioru mistycznych idei Kościoła. Po drugie, przeciwstawiał tą jedną mistyczną myśl wszystkim pozostałym. Po trzecie (co najdziwniejsze), wydawał się nie mieć najmniejszego pojęcia, że jego ulubiony mistyczny pogląd był poglądem mistycznym, przynajmniej w sensie poglądu tajemniczego, wątpliwego czy dogmatycznego. I w swej dziwnej, osobliwej naiwności wydawał się zawsze traktować go jako oczywistą prawdę, zakładając, że jest on bezsporny, nawet gdy używał go by atakować wszelkiego rodzaju podobne poglądy. Najpopularniejszy i najbardziej oczywisty przykład stanowi Biblia. Dla bezstronnego poganina czy sceptycznego obserwatora musi to zawsze być najdziwniejsza historia na świecie, gdy ludzie wpadają by zburzyć świątynię, wywróciwszy ołtarz i przegoniwszy kapłana, znajdują pewne święte księgi zapisane "Psalmami" czy "Ewangeliami", i (zamiast spalić je z całą resztą) zaczynają używać ich jako nieomylnych wyroczni odrzucając całą resztę. Jeśli święty ołtarz był zły, to dlaczego drugorzędne święte księgi muszą koniecznie być dobre? Jeśli kapłan sfałszował swoje Sakramenty, to dlaczego nie mógł sfałszować swych Ksiąg? Zdażyło się to jednak na długo zanim tym, którzy wymachiwali jednym elementem wyposażenia Kościoła by zniszczyć całą resztę, przyszło do głowy że ktokolwiek mógłby być aż takim bluźniercą by podważać ów elemnt. Ludzie byli całkiem zaskoczeni, a w niektórych miejscach wciąż są zaskoczeni, że ktokolwiek śmie to robić.

        I znów, Kalwiniści zapożyczyli Katolicką ideę absolutnej wiedzy i potęgi Boga i traktowali jako twardy nieredukowalny truizm tak solidny, że możnaby na nim zbudować wszystko, jakkolwiek druzgocące czy okrutne by to nie było. Tak mocno wierzyli w swoje wnioski i ich pierwszą zasadę predestynacji, że torturowali intelekt i wyobraźnię okropnymi wywodami o Bogu aż w końcu wydawało się, że zmienili Go w demona. Jednak wydaje się, że nigdy nie przyszło im na myśl by ktoś mógł nagle stwierdzić, że nie wierzy w demona. Byli całkiem zaskoczeni gdy ludzie zwani "niwiernymi" tu i ówdzie zaczęli tak twierdzić. Założyli, że Boska wiedza poprzedzająca akt stworzenia jest na tyle niezmienna, że w razie konieczności, by się spełnić, spełni się poprzez zniszczenie Boskiego miłosierdzia. Nie pomyśleli nigdy, że ktokolwiek mógłby zaprzeczyć tej wiedzy dokładnie tak, jak oni sami zaprzeczyli miłosierdziu. Następnie przyszedł Wesley i reakcja przeciw Kalwinizmowi. Ewangelicy pochwycili iście Katolicką ideę, mówiącą że ludzkość ma poczucie grzechu i tułali się proponując każdemu uwolnienie od tajemniczego brzemienia grzechu. Jest przysłowiem i niemal żartem, że zwracali się do nieznajomego człowieka na ulicy i proponowali załagodzenie jego ukrytego cierpienia z powodu grzechu. Jednakże wydaje się, że żadko ich uderzało, iż człowiek z ulicy mógł, być może, odpowiedzieć, że nie chce zostać uwolniony od grzechu bardziej, niż od gorączki plamistej czy pląsawicy, gdyż przypadłości owe nie przyprawiają go o żadne cierpienie. Oni z kolei byli całkiem zaskoczeni gdy wpływ Rousseau i rewolucyjnego optymizmu zaczął się wyrażać w powszechnychtwierdzeniach o czysto ludzkim szczęściu i godności, zadowoleniu z towarzystwa podobnych sobie, i kończył radosnym okrzykiem Whitmana, że nie będzie "leżał przebudzony i płakał za swe grzechy".

        Szczerze mówiąc Shelley, Whitman i rewolucyjni optymiści sami robili dokładnie to samo. Oni również, choć mniej świadomie z powodu zamętu swoich czasów, wyciągnęli z Katolickiej tradycji osobliwą transcendentalną myśl, że człowiek jako człowiek posiada swą duchową godność i powszechny obowiązek miłości człowieka jako człowieka. I znów działali dokładnie w ten sam dziwaczny sposób co ich pierwowzory, Metodyści i Kalwiniści. Uznali za pewnik, że owa duchowa myśl była absolutnie oczywista, jak słońce i księżyc, że nikt nigdy nie mógł jej zniweczyć, choć w jej imię zniweczyli wszystko inne. Pracowali bez wytchnienia nad boskością i godnością człowieka i nieuchronną miłością do wszystkich ludzi, tak jakby były one naturalnymi, nagimi faktami. I dziś są całkiem zdziwieni gdy obecni niespokojni realiści wybuchają nagle twierdząc, że świniobij z rudymi bokobrodami i brodawką na nosie nie uderza ich jako szczególnie boski czy dostojny, że nie odczuwają najmniejszego szczerego impulsu by go kochać, że nie potrafili by go kochać nawet gdyby próbowali i że nawet nie uznają żadnej szczególnej powinności by go kochać.

        Wydawałoby się, że cały proces dobiegł końca, że nagi realista nic więcej już nie może odrzucić. A jednak wcale tak nie było i cały proces mógł trwać dalej. Wciąż istnieją tradycyjne wartości, do których ludzie mogą przylgnąć. Wciąż isnieją tradycyjne wartości, które mogą odrzucić, gdy tylko się okaże, że są zaledwie tradycyjne. Z pewnością każdy zauwazył, że u współczesnych pisarzy przetrwał pewien męczący rodzaj miłosierdzia. Nie oddają już czci całej ludzkości, jak Św. Paweł i inni mistyczni demokraci. Nie byłoby wielką przesadą stwierdzenie, że gardzą ludźmi, często (by oddać im sprawiedliwość) również samymi sobą. Jednak w pewnym sensie miłują wszystkich ludzi, zwłaszcza tych godnych politowania, tym razem obejmując swym uczuciem także wszystkie pozostałe zierzęta. Owo współczucie dla ludzi również jest skażone przez swój historyczny związek z Chrześcijańskim miłosierdziem, a nawet - w przypadku zwierząt - przykładem wielu Chrześcijańskich Świętych. Nic nie wskazuje na to, by wstręt bijący z nowych sentymentalnych kultów nie wyzwolił człowieka nawet z obowiązku żalu z powodu utrapień tego świata. Nie tylko Nietzsche, ale i wielu neo-pogan, których inspiruje, sugeruje, że taka brutalność jest wyrazem wyższej intelektualnej czystości. Czytając wiele współczesnych poematów o zimnych, stalowych Ludziach Przyszłości, bez problemu potrafię sobie wyobrazić literaturę chełpiącą się swym bezlitosnym brakiem zaangażowania w sprawy tego świata. Przypuszczalnie, mozna będzie wtedy smętnie domniemywać, że umarła ostatnia z Chrześcijańskich cnót. Jednak dopóki żyją są Chrześcijańskie.

        A zatem nie wierzę jakoby Humanizm i Religia były rywalami równorzędnymi. Jest to bowiem rywalizacja pomiędzy sadzawką a fontanną, pomiędzy pochodnią a ogniem. Każdy z tych starych intelektualistów porwał żagiew z niegasnącego ogniska, sęk jednak w tym, że choć dziko nią wymachiwał, choć nawet i podpalił nią pół świata, to jego pochodnia i tak wkrótce zgasła. Purytanie nie sprawili, że ich wzniosła radość z powodu ubezwłasnowolnienia stała się nieśmiertelna, sprawili jedynie, że stała sie niepopularna. Nie wpatrywaliśmy się w Brooklińskie tłumy oczami Whitmana, lecz w dziwacznym pośpiechu zerkaliśmy na nie oczami Dreisera. Krótko mówiąc, nie mam zaufania do duchowych eksperymentów prowadzonych poza obrębem największej tradycji duchowej, z tego prostego powodu, że nie potrafią one trwać, nawet jeśli potrafią się rozprzestrzeniać. Są związane najwyżej z jednym pokoleniem, najczęściej - z jednym obyczajem, a w najgorszym wypadku - z jedną kliką. Wybaczcie takiemu staremu demokracie jak ja, że uznaje pewną zasadniczą ważność tej ostatniej wątpliwości, owej wątpliwości czy Humanizm może ogarnąć całość życia ludzkości. Ilu Humanistów ma się znaleźć pośród tłumu szarych ludzi? Czy, na przykład, tylu, ilu było Filozofów w tłumie radosnych greckich pogan? Czy ma ich być nie więcej niż było osób skupionych wokół Kultury Matthew Arnolda, niż w tłumie podążającym za Kardynałem Manningiem czy Generałem Boothem? Nie zamierzam tu szydzić z Humanizmu, starałem się podejś do niego w duchu pokory, jednak troszeczkę ciekawi mnie ileż to osób spośród naszej biednej, sponiewieranej ludzkości miałoby go pojąć? Pytam z pewnym osobistym zainteresowaniem, jako że jest na tym świecie 300 milonów ludzi, którzy przyjmują te same tajemnice co ja i żyją w tej samej wierze co ja. Naprawdę chciałbym wiedzieć czy przewiduje się, że pośród ludzi będzie 300 milionów Humanistów. Optymiści mogą twierdzić, że Humanizm dla kolejnego pokolenia będzie religią, tak jak Comte twierdził, że dla następnego pokolenia Ludzkość stanie się Bogiem, i w pewnym sensie była. Lecz pytanie brzmi - co będzie religią pokolenia, które nadejdzie po nim, czy po wszystkich kolejnych (jak mówiła pewna pradawna przepowiednia) aż do końca świata.

        W rozumieniu Pana Foerstera, Humanizm posiada pewną wspaniałą cechę. Naprawdę stara się wszystko zebrać do kupy. To co uczyniono wcześniej było najpierw aktem ślepej destrukcji a następnie nieudolnego klecenia, tak jakby dzieciaki rozbiły witraż, a następnie z rozbitych kawałków porobiły sobie kolorowe okulary, różowe okulary dla republikanów lub zielone czy żółte dla pesymistów i dekadentów. Lecz humanizm, jak tu oświadczono, nachyli sie by pozbierać wszystko co możliwe do zebrania, na przykład - jest wystarczająco wielki by pochylić się i podnieść klejnot pokory. Pan Foerster, w przeciweństwie do ludzi w XVIII i XIX wieku, zna wartość pokory. Matthew Arnold, za pomocą czegoś, co zwał Kulturą, próbował uczynić to samo z prostotą, którą, w dość irytujący sposób, określał jako "czystość". Jednak zanim uznamy Kulturę czy Humanizm za substytut religii możemy zadać bardzo proste pytanie. Humanizm może zbierać te wszystkie resztki, ale czy potrafi posklejać z nich całość? Gdzie jest to spoiwo, które sprawiło, że religia jest zjawiskiem zbiorowym i tak powszechnym? Które sprawia, że nie rozsadzają jej indywidualne gusta i punkty widzenia? Co przeszkodzi jednemu Humaniście chcieć czystości bez pokory, drugiemu pokory bez czystości a kolejnemu prawdy bez piękna lub na odwrót? Problem trwałej etyki i kultury tkwi w znalezieniu takiego układu elementów, w którym są wzajemnie powiązane, jak kamienie tworzące łuk. A ja znam tylko jeden układ, który dowiódł swej trwałości obejmując przestrzenie ziemi i stuleci swymi gigantycznymi łukami i Rzymskimi akweduktami niosący wszędzie rzekę chrzcielnej wody.

G. K. Chesterton "The Thing", rozdz. I, 1929
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót