Buddyzm i Chrześcijaństwo

        Pewien dystyngowany wojskowy napisał ostatnio list do gazety aby ogłosić, że wkrótce odwiedzi Anglię Chiński Buddysta z twardym postanowieniem zaprowadzenia ostatecznego pokoju. Wyjaśnił on - to znaczy wojskowy - że Buddyzm oznacza Oświecenie i że jedynie oświecenie może zaprowadzić pokój. I nie powinienem czepiać się tak wspaniałego pomysłu gdyby autor nie użył starej, brudnej sztuczki polegającej na przeciwstawieniu oświecenia Buddystów ciemnocie Chrześcijan. Faktem jednak jest, że tak, jak większość ludzi w dzisiejszym zamęcie, niepotrzebnie plącze się używając tego samego słowa w dwóch zanczeniach i po obydwu stronach i przeciwstawia Chrześcijaństwo samemu sobie. Buddyzm jest Chrześcijaństwem, Buddyzm jest lepszy niż Chrześcijaństwo, a Chrześcijaństwo nigdy nie będzie lepsze, zanim się dostatecznie nie oświeci i nie stanie czymś innym. Jednakże ta logomachia nie zmienia istoty jego opinii, z którą większość z nas już się dotychczas spotykała, w takiej czy innej postaci. Kluczowe są tu słowa stwierdzające, że "Chrześcijaństwo nie dało rady" zaprowadzić pokoju, a to z tej smutnej przyczyny, że Chrześcijanie nie są oświeceni lub, innymi słowy, z tego niesamowitego powodu, że Chrześcijanie nie są Buddystami.

        Zacznę od tego, że normalny Europejczyk nie potrzebuje odczuwać choćby cienia pogardy dla Azjatów by poczuć się lekko urażonym a nawet oburzonym czyms takim. Jeśli szacowny Chińczyk przybywa do Anglii z cudownym talizmanem, który powstrzyma wszelką przemoc, to czy nie należałoby mu zasugerować, aby raczej pozostał w Chinach i powstrzymywał tamtejsze walki? Ani walki nie były nigdy zwyczajem wyłącznie Chrześcijan, ani wojny nie były zjawiskiem całkowicie obcym światu pozachrześcijańskiemu. Być może jacyś pojedynczy pustelnicy i święci, zarówno ze wschodu jak i z zachodu, porzucali wojowanie. Jednak nie mówimy tu o zaniechaniu walki, ale o całkowitej rezygnacji z wojny jako takiej. W jakim sensie Chrześcijanie zawiedli w czymkolwiek, w czym Buddyści również nie zawiedli? Pod jakim wzgledem Buddyzm, który przez cztery tysiące lat przyglądał się wszelkim Azjatyckim wojnom, jest lepszy od Chrześcijaństwa, które przyglądało się im zaledwie przez dwa tysiące lat? Nie sądzę by przynosiło to ujmę tak Chrześcijaństwu jak i Buddyzmowi, w oczach człowieka, który jest naprawdę "oświecony" w kwestii historii i ludzkiej natury. Lecz jeśli każda gazeta i każdy natrętny gaduła wmawia nam co najmniej dziesięć razy na tydzień, że Chrześcijaństwo zawiodło całkowicie, bo nie potrafiło zaprowadzić powszechnego pokoju, to co mamy mówić o szansach zaprowadzenia go w Europie przy pomocy nowej religii skoro Chińskiemu jegomościowi nie udało się dokonać tego w Azji przy pomocy starej? Zdaje się, że Chrześcijańskie apele o pokój miały zazwyczaj więcej wspólnego z realną polityką niż metafizyczne oświecenie Buddysty. Jestem gotów założyc się, że Franciszkański święty miał bardziej realną szansę wpłynąć na politykę Ryszarda Lwie Serce, niż Buddyjski mnich zatrzymać pochód Czyngis Hana. Jednak nie ma to znaczenia. Oczywistym jest, że jeślibyśmy mieli uznać Chrześcijaństwo za niewypał, ponieważ nie zaprowadziło powszechnego pokoju, to Buddyzm z pewnością także nie jest jego gwarantem. Z resztą, całe to gadanie o zaprowadzaniu tego czy tamtego w sytuacji ciągłych nieporozumień i pokus ludzkości świadczy o zupełniej nieznajomości ludzkiej natury. Nie zostawia to miejsca na masę sprzeczności, dylematów, rozpaczliwych wyjść z sytuacji i konfliktów lojalności człowieka. Ktoś moze być prawdziwie wierzącym i dobrym pod każdym względem człowiekim i być w błędzie. Odnosząc się do autora listu - sam jest niekonsekwentny jako Chrześcijański żołnierz a nawet jeszcze bardziej niekonsekwentny, skoro wydaje sie być żołnierzem-Buddystą.

        Wziąłem się za ten konkretny artykuł z gazety codziennej, ponieważ wszyscy jesteśmy świadomi tego, jak religia naszych ojców jest nieustannie chłostana w tego typu tekstach. I nawet nie ze względu na przywiązanie do swojej wiary, ale przez szacunek do swych przodków i wzgląd na reputację Anglkiów i Europejczyków uważam, że należy takie kpiny traktować tak, jak na to zasługują. Nie jest żadnym powodem do wstydu dla Chrześcijaństwa, ani żadnej innej wielkiej religii, że ich wskazówki jak osiągnąć ideał nie uczyniły nikogo idealnym. Skoro po tylu stuleciach istnieje rozbiezność pomiędzy tym, co głoszą jako ideał a tym, jacy są ich wyznawcy, to znaczy, że religie wciąż utrzymały swe ideały a wyznawcy wciąż ich potrzebują. Nie jest to jednak rzecz, z powodu której zdrowy na umyśle filozof mógłby odczuwać zaskoczenie. Byłoby, w istocie, o wiele bardziej sensowne kpić w ten sposób z niewierzących, którzy z kolei tak właśnie kpią z wierzących. Ponieważ najczęściej dopuszczają się owych kpin dokładnie ci sekularyści i humanitaryści, którzy obiecują tysiąclecia pokoju, a także przeróżni sceptyczni pisarze i eseiści, którzy ogłaszają nadejście Wojny, Która Zakończy Wszystkie Wojny, albo Światowego Rządu, który zaprowadzi globalny pokój. Chrześcijaństwo nigdy nie obiecywało, że wprowadzi globalny pokój, ponieważ miało zbyt wiele szacunku dla ludzkiej wolności. Sceptycznemu teoretykowi wolno produkować Utopię za Utopią i nikt nie czyni mu wymówek, gdy rzeczywistość im przeczy, lub gdy jedna przeczy drugiej. Nieszczęsny wierzący jest za to zawsze odpowiedzialny i rozliczany za obietnice, których nie dawał.

        Oczywiście, tego typu szyderstwa są równie niesprawiedliwe wobec Buddyzmu jak wobec Chrześcijaństwa. Ideał Buddy może wciąż być najlepszy dla ludzi, nawet jeśli miliony z nich będą wybierać gorsze od lepszego. Jednakże to czy Ideał Buddy jest najlepszy dla ludzi stanowi pytanie zbyt poważne by można tu na nie w pełni odpowiedzieć. Istnieje w ogóle wielka rozbieżność opinii na temat tego czym tak na prawdę był ideał Buddy, szczególnie wśród samych Buddystów. Jest to również bezczelna kpina rzucana w twarz Chrześcijan i można ją tak samo rzucać w twarz Buddystom. Tajemniczy Chiński jegomość może narzucić wszystkim Narodom Ziemi tą samą definicję pokoju, choć o wiele trudniejszym zadaniem byłoby dla niego narzucenie jednej definicji Teozofii wszystkim Teozofom. Jednak przynajmniej niektórzy z uczniów wielkiego Gautamy interpretują jego ideał, o ile dobrze rozumiem, jako absolutne wyzwolenie z wszelkich pożądań, wysiłków czy wszystkiego tego, co ludzie zwykli nazywać nadzieją. W tym sensie, filozofia ta oznaczałaby porzucenie broni, ponieważ oznaczałaby porzucenie niemal wszystkiego. Nie odrzuciłaby wojny bardziej niż odrzuciłaby pracę. Nie odrzuciłaby pracy bardziej niż odrzuciłaby przyjemność. Wojownikowi powiedziałaby z pewnością o rozczarowaniu, które czekałoby go jako zdobywcę i o tym, że jego wojna nie warta była zwyciężenia. Jednak, przypuszczalnie, powiedziałaby również kochankowi, że jego miłość nie była warta zdobycia i że róża zwiędnie tak jak i laur. Poecie powiedziałaby, zapewne, że jego wiersz niewart był napisania, co mogłoby (w pewnych przypadkach, których nie trzeba wymieniać z nazwiska) być słuszne. Lecz zdecydowanie nie byłaby to filozofia inspirująca do pisania raczej dobrych wierszy niż złych. Być może ludzie ci mylą się co do tego czemu Buddyzm zagraża. Być może inni ludzie mylą się co do tego co Chrześcijaństwo obiecuje. Ale mam nadzieję, że usłyszeliśmy ostatnie mętne wyrazy niezadowolenia ze strony piewców doczesności, którzy przeklinają Kościół za nie ocalenie świata, który nie chciał być ocalony i że są gotowi wymyślić nową teorię przeciw niemu - nawet tak szaloną, że zniszczy świat.

G. K. Chesterton, Illustrated London News March 2, 1929
(Przekład: Bolesław Zujewicz)

Powrót